Walka między dobrem a… dobrem

źródło
Czasem niebo budzi strach, a wspólny język łatwiej znaleźć z demonami. Szczególnie gdy stajesz się jednym z nich. Dzień, w którym umarłam to debiut młodziutkiej hiszpańskiej pisarki Belen Martinez Sanchez, laureatki konkursu literackiego na najlepszą powieść młodzieżową. Książka podbiła serca nastolatków w Hiszpanii, a teraz może również przypaść do gustu naszym czytelnikom. W książce z pewnością znajdziemy odpowiedź na pytanie: jak może potoczyć się walka między aniołami a demonami i po której stronie najlepiej stanąć?

Życie po śmierci istnieje. Przekonała się o tym Diletta Mair, dla której świat przestał istnieć drugiego października dwa tysiące trzeciego roku. Tego dnia umarła. Dziewczyna obudziła się w zupełnie innym świecie, w którym rządzą demony, w książce zwane Lilim. A w dodatku okazało się, że od teraz Diletta jest jednym z nich. Nic jednak nie jest takie, jakim się wydaje. Trwa wojna między aniołami a Lilim. Diletta musi zmierzyć się z silniejszymi od siebie ptaszydłami, a uczucie do aroganckiego demona Aloisa wcale jej w tym nie pomaga. Dziewczyna jednak nie wie, że nie jest tym, za kogo się uważa, a tajemnica może mieć znaczący wpływ na przebieg wojny.
Książka jest bardzo przyjemną lekturą fantastyczną dla młodzieży, a nawet dla dorosłych. Przedstawia całkowicie inny obraz piekła i nieba, który wydał mi się lepszy niż ten, w który wierzymy. Autorka ukazała w nim demony, które wcale nie są złe, a domniemana walka o dusze ludzi to tak naprawdę wolny wybór. Chodzi o to, że człowiek może wybrać, czy chce zostać abstrakcyjnym bytem i trafić do nieba, czy też pragnie dalej żyć i funkcjonować jako Lilim. Zazwyczaj drugą szansę wykorzystują młodzi ludzie, dla których życie skończyło się zbyt wcześnie. A wojna wynika ze zwykłego anielsko-diabelskiego zatargu, który nie wiadomo, jak się rozpoczął, ale jest szansa na zawiązanie sojuszu. 
– Tu nie chodzi o dobrych i złych. Wszystko zależy od grupy, do której zdecydujesz się dołączyć. A raczej od grupy, która cię wybierze. 
Myślę, że główna bohaterka jest bardzo dobrze wykreowaną postacią. Przede wszystkim jest przekonująca, nie sztuczna, a czytelnik pała do niej sympatią już od pierwszych stron powieści. Dla większości jest szarą myszką, ale czytelnik wie, że to tylko pozory, bo wśród przyjaciół dziewczyna rozkwita. Dzięki temu nie możemy powiedzieć, że zmiana jej zachowania nastąpiła nagle, bo mamy świadomość, jaki naprawdę jest jej charakter. Bardzo mi się to podobało, bo miałam wrażenie, że Diletta mogłaby być normalną nastolatką, żyjącą w naszym świecie. 
Najlepszym bohaterem książki jest jednak Alois. Czytając książkę, nie wiedziałam, czy go kochać, czy nienawidzić. Raz miałam ochotę palnąć go w zarozumiałą głowę, a zaraz potem mocno przytulić. Ale jednocześnie go rozumiałam. Jako Lilim Alois jest zarozumiały, samolubny i arogancki, ale tkwi w nim zalążek dobra, który ujawnia się za sprawą Diletty. Alois to po prostu demon z krwi i kości. Demon, którego można pokochać. Ale najlepiej scharakteryzuje się sam: 
– Jesteś… 
– … okrutny, zarozumiały, wyniosły, arogancki, zimny, dumny, bezwzględny, porywczy, bezduszny, nieczuły, powierzchowny, pyszny, egocentryczny?  wtrąciłem, jednym tchem wylewając z siebie ów potok słów.  Wiem. Znam się na wylot. Mógłbym kontynuować, ale musiałbym uciec się do wulgaryzmów, a nie znoszę kalać ust przekleństwami. 
W książce prowadzona jest narracja z perspektywy dwóch bohaterów – Diletty i Aloisa. Dzięki temu czytelnik może spojrzeć na wydarzenia z dwóch punktów widzenia i samodzielnie wyciągnąć wnioski. Ale to nie wszystko. Dodatkowo mamy wgląd w charaktery głównych bohaterów, przez co jeszcze lepiej ich rozumiemy. Czasem styl pisania autorki mówił mi, że jest ona młodą osobą, ale w większości nic nie zauważałam. Zupełnie jakbym czytała książkę jakiejś znanej pisarki z wieloletnim stażem, a nie debiutantki, o której jest tak mało informacji. A szkoda, bo naprawdę może być dumna z książki.
Dzień, w którym umarłam to książka pobudzająca wyobraźnię. Sanchez doskonale wymyśliła świat demonów i przedstawiła jego hierarchizację. Dzięki dobrym opisom i dzięki świetnej czcionce powieść czyta się naprawdę szybko. Mnie zajęło to jeden dzień, bo gdy już rozpoczęłam wędrówkę z bohaterami, nie mogłam się od niej oderwać. Muszę przyznać, że wydawnictwo Mira przyłożyło się do wydania książki, a okładka, choć zbytnio nie ukazuje bohaterów, to i tak zachwyca i wyróżnia się na tle innych.
Komu mogłabym polecić książkę? Przede wszystkim nastolatkom, bo uważam, że powieść została napisana jednak z myślą o nich. Co wcale nie oznacza, że dorosłym się nie spodoba. W książce znajdziemy konflikt, przygodę, szybką akcję, ale również miłość i przyjaźń. Dzień, w którym umarłam to naprawdę udany debiut.

Leave a comment



angelikazdunkiewiczkaczor

8 lat ago

Debiut. Kocham debiuty 😉
To chyba nie do końca mój target, ale kto wie, może przypadnie mi do gustu?

katarzynalochowska

8 lat ago

Rzeczywiście to bardziej młodzieżówka, ale dla takich debiutów warto się odmłodzić 😀

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Join 13 other subscribers

Czytaj pierwszy!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia