3 przygody z Kapuścińskim – podróż I

źródło
Dla większości nieznany. Nieliczni wiedzą, że był prawdziwym mistrzem. Dzisiaj zapraszam was w pierwszą z trzech podróży z Ryszardem Kapuścińskim. Przysłowie mówi, że żadna praca nie hańbi, ale nie każda jest warta swojej ceny – ceny własnego życia, szczęścia i rodziny. Praca może być również pasją, ale w dzisiejszych czasach rzadko można spotkać człowieka, który powie, że kocha to, co robi. Pieniądze? Tak, to zdecydowanie siła napędowa dwudziestego pierwszego wieku. Jak to jednak wyglądało pięćdziesiąt lat temu?

Przyznaję szczerze, że gdy w moje ręce trafił zbiór reportaży zatytułowany Wojna futbolowa, nie byłam zachwycona. Nie spodziewałam się cudów, bo nie byłam przyzwyczajona do tego typu literatury. Reportaże? Miałam czytać coś, co widział i opisał jakiś mężczyzna? A gdzie akcja, romans, sensacja i groza? Chyba z nudów i trochę z przymusu sięgnęłam po książkę i zaczęłam czytać tytułowy reportaż. A potem… doznałam olśnienia. Wszystkie moje uprzedzenia odeszły w niepamięć, gdy przeczytałam zaledwie kilka stron i chyba nawet mogę pokusić się o stwierdzenie, że „czułam” tę książkę całym swoim jestestwem. Jestem Ryszardowi Kapuścińskiemu niezwykle wdzięczna. Za każde przyspieszone bicie serca, każdą zaciśniętą z przejęcia pięść i każdy szybszy oddech.
A po przewróceniu ostatniej stronicy nadeszło opamiętanie. Wtedy przypomniałam sobie, że przecież reportaż jest sprawozdaniem, relacją o faktach. To wszystko się kiedyś wydarzyło, a Kapuściński uczestniczył w tych zdarzeniach, widział wszystko i to opisał. Nasunęło mi się pytanie: dlaczego?. Czemu człowiek, który wcale nie musiał się narażać, postawił wszystko na jedną kartę? Czy rzeczywiście chęć przekazania informacji była tak silna, że reporter nie zważał na niebezpieczeństwo? Mam nadzieję, że kiedyś znajdę odpowiedź na te pytania…
Praca reportera nie należy do łatwych i przyjemnych, a Kapuściński bynajmniej nie ułatwiał sobie zadania. Często towarzyszyła mu niepewność, niepokój, ale również niesamowite podniecenie. Jak pisał w reportażu zatytułowanym Hotel Metropol, nie znał nazwisk, pierwszy raz leciał do Afryki, nie znał nikogo, do kogo mógłby się zwrócić, nie miał również większych pieniędzy, które ułatwiłyby mu pobyt. Towarzyszyły mu jednak niesamowite emocje, bo mimo przeciwności dążył do osiągnięcia wyznaczonego sobie celu. Sam fakt, że znalazłam się w innej rzeczywistości, kulturze i części świata, przyprawiłby mnie o zawrót głowy. Wydaje się jednak, że reporter nie przejmuje się niczym. Jeśli będzie musiał, to spędzi noc na dworze. Znosi wszelkie niewygody i niczym kameleon wtapia się w otoczenie. 


Jest zbyt duszno. Wilgotne, lepkie powietrze wypełnia pokój. Zresztą nie jest to powietrze, a mokra wata. Oddychać – znaczy tyle, co łykać kłębki waty nasączonej ciepłą wodą. Tego nie można znieść. To mdli, upadla, denerwuje. Człowiek czuje się tam rozbity jak stary kapeć.
Reporter musi odznaczać się odwagą, bo w przeciwnym razie niczego nie osiągnie. Kapuściński wielokrotnie daje temu przykład samą chęcią uczestnictwa w wojnie. Szuka wszelkich możliwych sposobów, by podejść jak najbliżej niebezpieczeństwa, poczuć je na własnej skórze, doświadczyć strachu, a potem ulgi i szczęścia, gdy po raz kolejny uda mu się ocalić życie. W Ofensywie pisał: Bardzo chciałem z nimi pojechać. Chciałem zobaczyć wojnę, po to przedzierałem się do Konga (…) Dlatego chciałem pojechać z wojskiem. Wojsko to jest jakaś konkretna rzeczywistość, a nie te mdłe bajania przy szklance ciepłego piwa. Czytając takie fragmenty, często zastanawiałam się, czy Kapuściński nie jest przypadkiem jakimś masochistą. Wydaje mi się, że normalny człowiek nie myśli w ten sposób. Nie pcha się w łapy niebezpieczeństwa tylko po to, by zrelacjonować przebieg wydarzeń. To musi być szaleństwo. A może jednak nie?
Najbardziej wstrząsnął mną reportaż zatytułowany Płonące bariery. Kapuściński jest korespondentem wojennym w Nigerii, gdzie w 1966 rozpętała się wojna domowa. Tam rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Nie ma karabinów, granatów ani czołgów. Jest ogień. Wszystko płonie. Kapuściński jedzie drogą, którą podobno żaden biały żywy nie przejedzie. On jednak uparcie dociska pedał gazu, choć wie, co go czeka na końcu drogi. Doskonale zdaje sobie sprawę, że zaraz zostanie poddany rewizji i wcale nie wyjdzie mu to na zdrowie.


Teraz dopadli mnie i wyciągnęli z samochodu (…) Poczułem trzy końce noży przystawione do pleców i zobaczyłem kilka maczet wymierzonych w moją głowę. (…) dostałem dwa straszne haki w brzuch i podarli mi koszulę (…) Potem oblał mnie benzolem, bo tu palą ludzi w benzolu, który zapewnia spalenie doszczętne. 

Czytając takie fragmenty Płonących barier, czułam szacunek do Kapuścińskiego, jego odwagi, wytrwałości i uporu. Nigdy nawet nie podejrzewałam, że praca może narażać reportera na takie niebezpieczeństwo.

Leave a comment



Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Join 13 other subscribers

Czytaj pierwszy!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia