Gdy zawieje wściekły wiatr…

źródło
Trylogia Emmy Laybourne o grupce dzieciaków i starszej młodzieży, uwięzionych razem w supermarkecie, zyskała nie tylko światową popularność, ale także tysiące pozytywnych opinii czytelników. Mnie pierwsza część trylogii przypadła do gustu ogromnie, problemy pojawiły się podczas czytania drugiej. Zwieńczenie serii trochę stało na półce, zanim finalnie się za nie zabrałam, ale w końcu ten moment musiał nastąpić. Jakie są moje wrażenia po lekturze?
Tytuł: Monument 14. Wściekły wiatr
Autor: Emmy Laybourne
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
Grupa ocalałych opuszcza doszczętnie zniszczoną strefę, kiedyś zwaną domem, by wspólnie przenieść się w miejsce zorganizowane dla uchodźców – takich samych jak oni. Dosyć dobre warunki bytu decydują o tym, że grupa zostaje tam na dłużej. Kiedy jednak Niko trafia w jednej z gazet na zdjęcie Josie, postanawia bezzwłocznie odnaleźć dziewczynę, by w końcu cała grupa mogła być razem. W dotarciu do ukochanej mają mu pomóc Dean, Jake i Astrid, która musi uciekać z obozu ze względu na niebezpieczne testy, jakim ma zostać poddana. Tymczasem okazuje się, że ukochana Nika wcale nie żyje w tak samo komfortowych warunkach jak jej przyjaciele. Zamknięta w obozie dla osób z grupą krwi zero nieustannie musi walczyć o przetrwanie w krwawej rzeczywistości tego miejsca. Jak poradzi sobie paczka przyjaciół, odpowiedzialna za uratowanie Josie? Jakie przeszkody staną na ich drodze?
Na początku chciałabym wspomnieć o tym, że jak dla mnie Niebo w ogniu było napisane na kompletnie innym poziomie niż Odcięci od świata. Owszem, było ciekawe, nawet wciągające, ale to już nie to samo. Sięgając więc po Wściekły wiatr byłam pełna obaw co do tego, jak autorka dalej pociągnie te – bądź co bądź – słabo zaczęte wątki. Okazało się, że moje obawy niestety się sprawdziły i trzecia część serii nie dość, że kompletnie nie przypadła mi do gustu, to dodatkowo uważam, że jest najgorszą książką z całej trylogii.
Początek historii przenosi nas do świata Deana i jego przyjaciół dokładnie w momencie, w którym skończyła się pierwsza powieść. Już od chwili, kiedy grupka przyjaciół: Dean, Jake, Astrid i Niko postanawiają wyruszyć na poszukiwania Josie, lektura przestała sprawiać przyjemność, a stała się czystą torturą, jeśli chodzi o przebrnięcie przez te paręnaście pierwszych stron. Nie dość, że styl pisania pani Laybourne, bez zbędnych opisów, bardzo konkretny, powiedziałabym nawet, że mało pasujący do takiej powieści, utrudniał czytanie książki, to jeszcze pomysł na książkę kompletnie wyczerpał się po paru stronach. Jak to zwykle bywa – autorka, nie mając pomysłu, co dalej zrobić z bohaterami, po prostu schematycznie poprowadziła fabułę i na tym polu – niestety! – zawiodła. 
Wszystko to pogarszał jeszcze fakt, że Emmy Laybourne zdecydowała się podzielić rozdziały na te, w których akcja kręci się wokół czwórki przyjaciół, oraz te, w których czytelnik dowiaduje się, co tak naprawdę dzieje się z Josie i innymi w obozie-więzieniu. Normalnie bardzo lubię, kiedy autor stosuje jakieś urozmaicenia w strukturze prowadzenia narracji, ale w tym wypadku taki zabieg okazał się katastrofą. Przede wszystkim dlatego, że kiedy akcja w końcu się rozkręcała, autorka gwałtownie zmieniała postaci główne i w efekcie czytelnik na nowo męczył się z inną sytuacją.
Tak jak wcześniej pisałam o całkiem ciekawych bohaterach, tak teraz zdecydowanie cofam swoje słowa. Nie wiem, kiedy dokładnie nastąpiła taka zmiana, ale nie poznaję postaci, o których czytałam w pierwszej części i postaci, o których czytałam we Wściekłym wietrze. Dean zmienił się nie do poznania, trudno odgadnąć kierujące nim motywy – niby wyjazd z Nikiem jest spowodowany troską o Astrid, ale czy chłopak tak naprawdę uważał na swoją ukochaną czy raczej nieustannie skupiał się na sobie, tego już nie mogłam rozgryźć. Tak czy inaczej, bohater wiele stracił w moich oczach, jak zresztą cała grupa. Nie poznawałam nastolatków, którzy jeszcze parę miesięcy temu z nadzieją i odwagą czekali na ratunek z supermarketu, a którzy teraz tak mocno się zmienili. Zapewne jest to zasługa świata, jaki napotkali po wyjściu z bezpiecznego schronienia, ale mimo wszystko – bardzo tęskniłam za tamtymi bohaterami.
Będę szczera i powiem wam, że po tylu reklamach, pozytywnych recenzjach i pochwałach, spodziewałam się chociaż dobrego zakończenia trylogii. Czegoś dobitnego, mocnego i zastanawiającego, czegoś, co zostawi mnie z ważną myślą w głowie. Tymczasem nawet sama kocówka mocno mnie zawiodła. Przesłodzona i do bólu schematyczna, a szkoda, bo przecież pierwsza część miała potencjał, żeby stworzyć z tego coś naprawdę oryginalnego.
Nie będę owijać w bawełnę i powiem po prostu, że nie polecam wam książek Emmy Laybourne. Niestety, po przeczytaniu całej trylogii dochodzę do takiego wniosku. Bo o ile Odciętych od świata czyta się łatwo, szybko i przyjemnie, tak dwa następne tomy niestety nijak nie utrzymują poziomu poprzedniczki. Zarówno jeśli chodzi o wykonanie, jak i o sam pomysł, który z części na część coraz bardziej się wyczerpuje. Jeśli więc macie ochotę sięgnąć po dobrą dystopię, to raczej odradzam wam Monument 14.

Leave a comment



Czarny Kruk

8 lat ago

Czytałam jedynie pierwszą częsc tej serii i bardzo żałuję, że nie dane mi było przeczytać jej kontynuacji, ponieważ bardzo mi się ta pierwsza czesc spodobała. Niemniej jednak nadrobie zaległości.

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Join 13 other subscribers

Czytaj pierwszy!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia