Kącik poetycki – o ludziach aniołach

źródło
Szeptem modlę się do słonecznego nieba o zwykły
chleb uśmiechu (parafrazuję odrobinkę). Lubię dni takie jak ten, gdy słońce
wstaje, jeszcze zanim otworzę oczy, gdy wplata mi we włosy swoje złote
palce, gdy muska moje serce, wlewając w nie złotym lejkiem promienistą
nadzieję. W dni takie jak ten cała ziemia jest poematem o słońcu, które otula
złocistym blaskiem twój uśmiech i moje problemy, a może mój uśmiech i twoje
problemy, problemy i uśmiechy, łzy i szczęście. Słońce na bezchmurnym niebie
i słońce, które mogę dziś tobie prawdopodobnie ofiarować. 

nie wiem czyś czarny czy biały
nie wiem czy głowę Twą ozdabia
lśniąca niczym złoto aureola

nie wiem nawet czy ze złych snów
budzi mnie trzepot skrzydeł czy rzęs
serce jednak wybija kroków Twych melodię
czuję gdy czasem chwytasz za rękę
bym nie zawadziła o leżący na rozgrzanym
asfalcie kamień


czuję Twój ciepły szept
gdy radzisz jak powinnam żyć
czuję jak pieścisz mą duszę
gdy tocząca się łza rozbija
ją na miliony mikrocząstek


i lubię gdy czasem spoglądasz
na mnie oczyma nieznanego niemowlęcia
bo tylko w niewinnym spojrzeniu
zdolny jesteś nakreślić me serce

ANIELE
Czy życie bez słońca jest możliwe? Teraz już
pewnie tak, ale co to by było za życie? Jakieś takie sztuczne, jałowe. Siedzę w
zatłoczonym tramwaju, spoglądam w okno, zaczynam się uśmiechać i nagle nachodzi
mnie niepokojąca myśl: „co ja robię, pomyślą, że jestem nienormalna, uśmiecham
się sama do siebie, a przecież nie jestem zakochana ani nie spotkało mnie
wielkie szczęście”. Uśmiecham się dziś, bo słońce. Bo drzewo. Bo kościół. Bo
zamek. Bo zielony liść. Bo przystojny mężczyzna. Bo ładna witryna. Bo. Potem
znów się krzywię, wpadając w schemat świata, w schemat ludzi wciąż wykrzywiających w grymasie twarz. Gdy znów siedzę w tramwaju, moje kąciki ust samodzielnie
lekko się unoszą, nadając sobie kształt na wzór uśmiechu. Czemu? Bo do
zatłoczonego pojazdu weszła pani z dziecięcym wózkiem i zajęła w nim, według
większości i pewnie według mnie też, zbyt dużo miejsca. Po chwili opuszcza mnie jednak uczucie zafrasowania i
złości i pozwalam kącikom ust malować najpiękniejszy obraz na mojej twarzy. 

W
zajmującym zbyt dużo miejsca wózku siedzi mały człowiek o rumianej twarzyczce,
prześlicznych niebieskich oczętach, niesfornych blond lokach i ma coś jeszcze,
coś, co zdecydowanie wyróżnia go z tłumu – uśmiecha się. Ja też się uśmiecham,
więc on uśmiecha się jeszcze bardziej, słychać już gdzieś delikatnie między
odgłosem telefonu, rozmową studentów, narzekaniem starszej pani, głos jego
dźwięczącego uśmiechem serca. Jawi się mały blond chłopiec jako anioł ubrany w
granatowy kaftanik, anioł przypięty beżowymi szelkami do naszej rzeczywistości,
porwany na chwilę niebu. Na dłuższą chwilę, mam nadzieję. Jutro pewnie spadnie
z pokrytego czarnymi chmurami nieba deszcz, pewnie ubiorę od niechcenia bluzę i stare
sprane dżinsy, pewnie o porannej godzinie zadzwoni telefon zwiastujący złą
nowinę, pewnie zagubię się w tym szaleńczym biegu ku lepszemu życiu, które
nigdy nie nadejdzie. Wtedy we śnie albo pośród bezsennej nocy wróci do mnie
uśmiech blond aniołka. A może popołudniową porą w dusznym, ciasnym autobusie,
gdy sama będę zajmować o kilka miejsc więcej, bo ciężko posadzić na jednym
fotelu sfrustrowaną twarz, podkrążone oczy, sklejone od deszczu włosy, może
wtedy właśnie spotkam starszą panią z krótszą lewą nogą albo dojrzałego
mężczyznę w zielonym szaliku, może właśnie oni uprzejmie poproszą moje
podkrążone oczy, by ustąpiły im miejsca albo po prostu wyproszą je z autobusu,
posyłając ku mnie szczery uśmiech, rozświetlą choć na sekundę moje serce. 

Uśmiech to rzecz łatwa i najtrudniejsza zarazem. Czasami możemy uśmiechać się
ot tak, do świata, afirmować ze wszystkich sił, czasem uformowanie twarzy w
uśmiech kosztuje zbyt wiele, zbyt wiele bólu ma się w sobie, by być zdolnym
posłać komuś słońce, ale wtedy najbardziej potrzebujemy ludzi aniołów, którzy
spojrzą w nasze załzawione codziennością oczęta i prześlą cząstkę siebie. Ta
cząstka powróci w trakcie bezsennej nocy, skradzione uśmiechy zawsze powracają
w najmniej oczekiwanych momentach. Dlatego wybieram się czasem do cukierni po
drożdżówki albo po trzy kilogramy słońca, bo wiem, że sprzedawczyni-anielica
zawsze zapakowuje sprawunki w paczuszkę zawiązaną uśmiechem. Bawmy się czasem w
anioły, proszę, to zabawa dla każdego, nie tylko dla dzieci, choć one najlepiej
znają reguły; bawmy się, gdy tylko nas na to stać, bo nigdy nie wiadomo, kto
dziś jest nieszczęśliwy i potrzebuje, by jakieś słońce, choćby z innej planety,
rozświetliło planszę jego życia. Mnie dziś stać, dlatego osłodzę ci kawę
uśmiechem zamiast cukrem, podam na stół spaghetti z uśmiechem zamiast bazylią,
zmienię kanał w telewizorze uśmiechem, a nie pilotem, uplotę córce warkocze
uśmiechem, a nie sprawnymi dłońmi, i wepnę w nie uśmiech, a nie różową wstążkę.
Dziś potrafię, dziś mnie stać. Dlatego ślij do mnie uśmiech, świecie, proszę,
każdego dnia, gdy mój już pęknięty na pół leży schowany w szufladzie pod stertą
zimowych swetrów. Ślij, proszę, dopóki nie zrozumiem, że dziś moja kolej na
granie głównej roli w poemacie o słońcu.

Leave a comment



Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Czytaj pierwszy!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia