Zobaczyć wreszcie świat na żółto

Są książki, obok których po prostu nie da się przejść obojętnie. Ich widok aż razi, bije po oczach, zwęża źrenice. Jedną z nich jest Świat na żółto. 23 małe odkrycia, które uratowały mi życie. Gdy wchodzimy do księgarni, pierwszym, co zauważamy, jest właśnie historia Alberta Espinosy. Prawdziwy walorem tej pozycji nie jest jednak ani nieprzeciętna, pozytywna okładka, ani intrygujący tytuł, ale… treść. Przeczytajcie.

Tytuł: Świat na żółto. 23 małe odkrycia, które uratowały mi życie
Autor: Albert Espinosa
Wydawnictwo: Znak

Historia jak z Oskara i Pani Róży.
Tyle że… wydarzyła się naprawdę
i co więcej zakończyła się szczęśliwie.

Tak możemy przeczytać na okładce. Pierwsza myśl? Historia kończy się szczęśliwie, ale to będzie dramat, po którym zaliczę trzydniowy stan depresyjny. Wypłaczę hektolitry łez, wykorzystam roczny zapas chusteczek. Jest lato! Trzeba się cieszyć życiem. Normalni ludzie nie czytają o raku, kiedy słoneczko świeci, ptaszek śpiewa, świat kwitnie. Cóż… przeczytam to! Kto wariatce zabroni?
Świat na żółto… to pewnego rodzaju autobiografia opowiadająca o latach spędzonych na oddziale onkologii. Autor przekazuje czytelnikowi, czego te doświadczenia go nauczyły, oraz przybliża nam sylwetki ludzi, którzy zmienili jego życie. Sam Espinosa przyznaje, że większość książek o takiej tematyce przede wszystkim przygnębia i zasmuca, jednak ta ma spełniać całkiem inne zadanie: dawać nadzieję i pokazywać, jak piękny jest świat. Muszę przyznać, że cel został osiągnięty.



Przede wszystkim musisz wiedzieć, kto jest twoim wrogiem, a następnie dowiedz się o nim wszystkiego i dopiero wtedy zacznij z nim walczyć. Myślę, że najlepszą rzeczą w czasach, kiedy miałem raka, było to, że zawsze udzielano mi odpowiedzi. Odpowiedzi leczą, odpowiedzi pomagają. Zadawanie pytań sprawia, że czujesz, że żyjesz. Kiedy udzielą ci odpowiedzi, to znaczy, że wierzą, że będziesz wiedział, co zrobić ze zdobytymi informacjami.
Sięgnęłam po tę publikację z psychicznym nastawieniem na smutek, ale już sam dodatek (możecie go zobaczyć na zdjęciu) wywołał na mojej twarzy uśmiech i nakłaniał do szerzenia wśród moich bliskich pozytywnego myślenia. To była pierwsza zaleta tej książki, a przecież jeszcze nawet nie zaczęłam czytać. Później był wiersz, którego ze względu na moje zamiłowanie do poezji nie mogłabym nie docenić. Jego treść miała zbudować odpowiednią konwencję książki, nadać jej początek, środek i koniec i odnieść ją do ludzkiego życia, które przecież również składa się z takich etapów. Każda kolejna strona tylko utwierdzała mnie w przekonaniu, że moje postanowienie przeczytania Świata na żółto było słuszne. No i tak to się zaczęło…
Faktycznie historia okazała się bardzo pozytywna. Czytelnik musi się w niej zmierzyć z problemem śmierci, odchodzenia, ale – co ciekawe – pierwszy raz od dawien dawna tematy te nie przytłaczały. Espinosa próbuje przekonać nas, że umieranie stanowi nieodwracalny proces ludzkiego życia, a naszym jedynym sposobem jest sprawienie, aby to życie nie poszło na marne. Autor uczy, jak cieszyć się tym, co się ma, oraz pokonywać przeciwności losu, które często wydają nam się nie do ominięcia. Sądzę, że próbuje przez to powiedzieć: Hej! Umierałem, byłem dzieckiem chorym na raka, amputowali mi nogę. Można powiedzieć, że mam prawo użalać się nad sobą, ale tego nie robię. A ty tak. Halo. Coś tu jest nie tak. Nie sądzisz?
Świat na żółto daje zatem nadzieję i wydaję mi się, że taka była jego rola.
Jeśli chodzi o język – Espinosa posługuje się stylem lekko gawędziarskim. Sprawia wrażenie, jakby odpowiadał historię tu i teraz, przy wspólnej kawie, w czasie normalnej rozmowy. To dobre rozwiązanie, bo chyba większość z nas jest już znudzona moralizatorstwem i próbą narzucenia, jak powinniśmy żyć. Ponadto „lekcje” prowadzone są płynnie, każdą z nich ładnie oddzielono, wprowadzono dające do myślenia cytaty. Budowa stanowi dobrze dopracowaną całość.
Doświadczenie to dobry punkt wyjścia do nawiązania porozumienia: zobaczyć siebie samego w kimś innym oznacza, że jest się już w połowie drogi do zwycięstwa.

Niestety książka nie ustrzegła się wad, chociaż mam wrażenie, że ich wystąpienie zależne jest przede wszystkim od liczby tego typu pozycji, jakie udało się danemu czytelnikowi przeczytać. Osobiście często sięgam po poradniki i muszę zaznaczyć, że większość z prezentowanych w Świecie na żółto prawd nie była niczym odkrywczym na tle innych książek. Jednak to potwierdza przynajmniej, że są uniwersalne i słuszne. Dziwnie wypada końcowa część pozycji objaśniająca teorię żółtych. I tutaj też na pierwszy plan wysuwa się kwestia indywidualnego odbioru. Mogę zatem wydać opinię tylko i wyłącznie w oparciu o własne życiowe doświadczenia, a co za tym idzie – ocena tego aspektu staje się mocno subiektywna. Teoria żółtych jest ciekawa i wierzę, że wielu ludzi postanowi wprowadzić ją w życie. Dla mnie jednak przewodnia idea wydaje się niedopracowana, lekko chaotyczna i zbyt odbiegająca od klimatu całej pozycji. Mam wrażenie, że bez tego elementu historia bardziej by mi się podobała, ale to już kwestia gustu, a jak wiemy, jeszcze się taki nie urodził, co by każdemu dogodził.
Polecałabym tę książkę każdemu, kto potrzebuje pocieszenia albo po prostu lubi tego typu literaturę. Pozycja bardzo pozytywna, prezentująca inne spojrzenie na problem raka. Uczy, bawi, czasami wzrusza. Nie jest idealna, ale na pewno warta poświecenia jej kilku godzin. A nóż, widelec zmieni wasze życie na lepsze.

Leave a comment



Dziewczyna z książkami

5 lat ago

Pozycja ta bardzo mnie ciekawiła, lecz aktualnie wydaje się ginąć w tłumie innych, fantastycznych premier :c

http://zagoramiksiazek.blogspot.com/

Ania

5 lat ago

Z przyjemnością sięgnę po tę pozycję. Akurat taka dla mnie 🙂 Pozdrawiam cieplutko 🙂

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Czytaj pierwszy!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia