Playlist for the dead. Posłuchaj, a zrozumiesz

Ze względu na to, że mamy zaszczyt patronować powieści Playlist for the dead, prezentujemy Wam krótki fragment promocyjny, tak na zachętę. 
Wieloletnie oglądanie telewizji wyrobiło we mnie przekonanie, że można znaleźć zwłoki i uświadomić to sobie dopiero w momencie, gdy przekręci się tę osobę na plecy i odsłoni dziurę po kuli lub ranę kłutą. Poniekąd okazało się to prawdą – Hayden leżał na łóżku opatulony w lamerską kołdrę z nadrukiem z Gwiezdnych wojen (ile myśmy w końcu mieli lat, co?), tak jak zawsze, gdy nocowałem w jego domu.
Hayden miał mocny sen; czasami musiałem dosłownie zepchnąć go z łóżka, żeby się obudził. Co zresztą nie było łatwe, bo był niski i raczej pulchny, a ja jestem o wiele wyższy i tykowaty, więc gdy twardo zasnął, ciężko go było ruszyć. Gdy tamtego ranka zastałem go w łóżku, westchnąłem, zastanawiając się, jak połączyć przeprosiny za to, co zaszło poprzedniego wieczora, z przeprosinami za zrzucenie go z łóżka na podłogę.
Moje westchnienie zabrzmiało tak strasznie głośno, że całą minutę zajęło mi uświadomienie sobie dlaczego. Otóż Hayden nie chrapał. Tyle że on zawsze chrapał. Moja mama, pielęgniarka, uważała, że cierpi na bezdech senny – gdy nocował w naszym domu, jego burczenie docierało korytarzem aż do jej sypialni. Próbowała nawet namówić go, aby porozmawiał ze swoją mamą o zakupie specjalnej maski, ale wiedziałem, że on nigdy tego nie zrobi. Hayden rozmawiał ze swoją mamą tylko wtedy, gdy nie miał innego wyjścia, a z tatą jeszcze rzadziej.
Cisza panująca w pokoju zaczynała mnie przerażać. Próbowałem sobie wmówić, że to nic takiego, że Hayden po prostu przyjął do snu dogodną pozycję, która nie wywoływała chrapania, ale to i tak oznaczałoby cud, i nawet jeśli niewielki, to po pięciu latach szkółki żydowskiej raczej niechętnie wierzyłem w cuda.
Trąciłem go w nogę.
– Hayden, pobudka.
Nie poruszył się.
– Hayden, poważnie, wstawaj.
Nic. Nawet nie stęknął.
Już miałem chwycić za nadruk przedstawiający łeb szturmowca Imperium i zerwać kołdrę, kiedy na biurku dostrzegłem pustą butelkę po wódce. Stała między laptopem a modelem Sokoła Millenium, nieopodal miejsca, gdzie Hayden spał. 
To było dziwne – Hayden przecież w ogóle nie pił, nawet na nielicznych imprezach, na których mieliśmy okazję się pojawić. A z tego, co wiedziałem, zeszłej nocy nie miał czasu, żeby pociągnąć choć łyk piwa z kija. Nic nie tłumaczyło obecności tej butelki. Chyba że był jeszcze bardziej wkurzony, niż myślałem; bez problemu mógł ją wyjąć z barku ojca po powrocie do domu.
Poczułem mdłości wywołane, jak zdałem sobie sprawę, poczuciem winy. Na pewno dlatego nie chciał się obudzić: był przepity. Nawet wyrzuty sumienia nie powstrzymały mnie od chichotu. Pierwszy kac Haydena – ależ będę miał z niego ubaw, gdy w końcu się ocknie. Potem zaciągnę go na tłuste śniadanko i się pogodzimy. I wszystko będzie git.
Niech no tylko wstanie.
Przysunąłem się do wezgłowia łóżka, ostrożnie pociągając nosem, aby sprawdzić, czy wcześniej się nie porzygał. Powietrze jednak miało zapach typowy dla jego domu – było przesadnie zdezynfekowane, a sosnowa woń przytłumiała wszystkie inne.
Daję słowo, jego mama kazała przychodzić sprzątaczkom prawie codziennie. Zastanawiałem się, czy przetoczyć go na bok, czy też wyciągnąć mu spod głowy poduszkę, ale gdy się przymierzałem, by szarpnąć za pościel, zawadziłem łokciem o pustą butelkę po wódce. Spadła na podłogę z łoskotem, strącając po drodze parę innych rzeczy.
Schyliłem się, aby ją podnieść. Nie chciałem wkurzać Haydena bałaganem mojego autorstwa; mieliśmy wystarczająco dużo do obgadania. Kiedy wziąłem do ręki butelkę, od razu spostrzegłem leżące obok niej opakowanie po lekach i też je zgarnąłem. Była to buteleczka Valium. Widniało na niej imię i nazwisko matki Haydena. Okazała się pusta. Nie miałem pojęcia, ile tabletek powinno znajdować się w środku, ale zgodnie z datą na etykiecie lek kupiono zaledwie kilka dni wcześniej. To mogło oznaczać, że mama Haydena z dnia na dzień opróżniła całe opakowanie.
Spojrzałem na butelkę po wódce. 
Albo zrobił to Hayden. 
Wtedy dostrzegłem jeszcze jedną rzecz, którą strąciłem na podłogę. Pendrive’a leżącego obok kartki wyrwanej z zeszytu.
„Dla Sama” – było na niej napisane. „Posłuchaj, a zrozumiesz”.
Dopiero wtedy zadzwoniłem po pogotowie.
Kto z Was już przeczytał tę książkę? Jakie macie wrażenia po lekturze? 

A wszystkich, którzy jeszcze nie sięgnęli po Playlist for the dead, gorąco do tego zachęcamy. Nie będziecie żałować!

Leave a comment



Czarny Kruk

5 lat ago

Nawet dsobie nie wyobrażasz jak bardzo pragnę przeczytać tą książkę. Fragment nadzwyczajnie ciekawy! Musze ją przeczytać jak najszybciej!
Przy okazji zapraszam na nowy post:
kruczegniazdo94.blogspot.com

klaudiaraflik

5 lat ago

Wyobrażam sobie! 🙂 Jeśli o mnie chodzi – czeka w kolejce, sięgnę po nią zaraz po "Czy wspominałam, że cię kocham?". Już się nie mogę doczekać, bo to cudo, cudeńko 🙂

Magdalena Jagła

5 lat ago

Wow, fragment zachęca i to bardzo. Jeszcze bardziej dlatego, że muzyka to istotna część mojego życia. 🙂

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Czytaj pierwszy!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia