Zbrodnia spowiedzi… – fragment książki Spowiedź

źródło
Ponieważ mamy zaszczyt patronować najnowszemu kryminałowi Tomasza Mackiewicza Spowiedź, zaprezentujemy wam dzisiaj sylwetkę autora oraz krótki fragment powieści. Miłego czytania! 🙂

Tomasz Mackiewicz (ur. w 1979 roku w Pruszkowie) – absolwent UW, filolog, dziennikarz, doktor nauk humanistycznych. Do tej pory głównie autor i redaktor prac naukowych, między innymi monografii Norwida oraz książki poświęconej Franzowi Kafce. Od 2008 roku jest redaktorem kwartalnika „Tekstualia”. W wolnym czasie czyta albo jeździ na rowerze. Bezskutecznie poszukuje odpowiedzi na pytanie, dlaczego istnieje raczej coś niż nic. Mieszka w Brwinowie pod Warszawą.
4.

25 maja 2013

W sobotni poranek Olga Wagner minęła Ogrody i piętnaście minut później wysiadła na peronie w Grodzisku Mazowieckim. Z wysłużoną torbą na ramię, do której spakowała fragment powieści swojej dawnej szkolnej koleżanki, udała się wprost na komendę policji. Mieściła się ona w niezbyt okazałym, dwupiętrowym, przedwojennym budynku położonym przy głównej ulicy miasta. W dyżurce poinformowano Olgę, że poranna od-prawa jeszcze się nie skończyła, musi więc chwilę poczekać na komendanta Walczaka. Policjant, który patrzył na nią nieco podejrzliwie, wskazał jej na migi drogę i wrócił do przerwanej rozmowy telefonicznej.
Odprawa miała burzliwy przebieg. Ze środka dobiegał co chwilę podniesiony zachrypnięty głos przerywający jednostajny szum rozmowy. Trwało to jakieś dwadzieścia minut, potem w końcu zapadła cisza. Pokój, przed którym czekała na niewygodnym, pamiętającym chyba jeszcze komunę krześle, opuściło kilku mundurowych.
Zapukała. Po dłuższej chwili drzwi otworzył jej niski, łysiejący i otyły mężczyzna po pięćdziesiątce. Był wyraźnie niezadowolony, że ktoś mu się narzuca.
— O co chodzi? — burknął, świdrując Olgę wzrokiem.
— Przyszłam w sprawie zabójstwa, do którego doszło…
Przerwał jej natychmiast.
— Jest pani dziennikarką? Nie wygląda pani, ale kto wie, coraz młodsze tu na nas nasyłają.
— Nie jestem dziennikarką. Pracuję w wydawnictwie, kilka dni temu otrzymaliśmy dziwną przesyłkę od Edyty Krajewskiej.
— Przesyłkę? — Popatrzył na nią jak na wariatkę. — Ale przecież ona już wtedy…
— Tak, Edyta Krajewska już wtedy nie żyła, prawdopodobnie… — Olga podkreśliła to słowo. — …prawdopodobnie popełniła samobójstwo. Na stemplu widnieje data szesnasty maja. Wysłała więc list dwa dni przed śmiercią.
Walczak milczał jeszcze chwilę, jakby rozważał, czy stojąca przed nim kobieta mówi prawdę, czy może jest to kolejny podstęp jakiegoś brukowca. W końcu niedbałym gestem zaprosił ją do gabinetu i wskazał krzesło przy masywnym, zawalonym papierami biurku. Sam usiadł z drugiej strony i przyglądał się uważnie Oldze, już bez wcześniejszej podejrzliwości. Nie potrafiła wyczytać z jego twarzy, czy zaintrygowała go wzmianka o liście, czy też może to ona wpadła grubasowi w oko.
— Przepraszam za szorstkie przywitanie, ostatnio kręcą się tu sami dziennikarze. Mam wrażenie, że ta swołocz wyłazi z każdej szafy — odezwał się w końcu.
Zrobił krótką przerwę, oddychając ciężko. Sama myśl o natrętnej prasie wywoływała na jego twarzy komiczny grymas.
— Dobra, co pani tam ma?
Olga wręczyła pognieciony wydruk policjantowi. Walczak kartkował go niedbale, aż w pewnym momencie otworzył szeroko oczy, a na jego czole pojawiły się głębokie bruzdy. Spojrzał pytająco na siedzącą naprzeciwko kobietę.
— W takim stanie trafił do nas tekst podpisany „E.K.”. Kilkanaście zapisanych kartek. I odręczny dopisek — wyjaśniła.
— To dziwne — mruknął pod nosem, bardziej do siebie niż do gościa. Przejrzał całość jeszcze raz, tym razem dokładniej analizując zapisane strony, i kiedy dotarł do ostatniej, dodał: — To jej charakter pisma.
— Jest pan pewien? — spytała Olga. Wyglądało na to, że jej przypuszczenia się sprawdziły.
Walczak pokiwał głową. Dobrze znał pismo Edyty. W trakcie pracy nad sprawą zabójstwa jej matki nie dawała mu spokoju. Prawie codziennie przychodziła na komendę, pisała skargę za skargą, a każda kolejna świadczyła o coraz poważniejszym rozstroju nerwowym. Powtarzała, że nie wierzy w oficjalne ustalenia przebiegu wydarzeń i za wszelką cenę chciała dowiedzieć się prawdy.
— Czyli to naprawdę ona — przerwała milczenie Olga. — Domyśla się pan, po co opisała ostatnie dni swojego życia i wysłała niedokończoną po-wieść do wydawnictwa? Nie mogła przecież liczyć na wydanie kilkunastu stron, nie mówiąc już o tym, że w tych okolicznościach nie myślała chyba o karierze pisarskiej.
Walczak bezradnie rozłożył ręce. Z jego punktu widzenia była to kolejna zagadka w sprawie, w której i bez tego wszystko pozostawało tajemnicą. Domyślał się już, że Olga nie pojawiła się u niego tylko po to, żeby wręczyć mu jakąś pisaninę. Było jasne, że ma do czynienia z kobietą, która z jakiegoś powodu zamierzała w tej sprawie powęszyć. Nie wiedział jeszcze tylko z jakiego. Być może z niezdrowej ciekawości, a być może dla rozgłosu. Słynne niewyjaśnione śledztwa przyciągają przeróżnych natrętów — dziennikarzy, pisarzy, jasnowidzów, wariatów, domorosłych detektywów, zwykłych ciekawskich… Siedząca przed nim kobieta nie pasowała jednak do żadnej z tych kategorii.
Zastanawiał się jeszcze chwilę, czy nie wywalić jej na zbity pysk. W końcu jednak odpowiedział:
— Jak pewnie pani wiadomo, śledztwo utknęło w martwym punkcie. Chociaż właściwie można je uznać za zamknięte. Znamy sprawcę. Niejasny pozostaje jedynie motyw.
— Nie dla wszystkich. Jak pewnie panu wiadomo… — wtrąciła z naciskiem Olga.
Walczak wyprostował się i oparł o poręcz fotela. Na jego twarzy pojawił się nowy, jeszcze bardziej komiczny grymas. Zrozumiał jej aluzję.
— Swołocz — powiedział, jakby nie otrząsnął się jeszcze z myśli o nachalnych dziennikarkach. — Wiem, co pisali. Że Krajewska i ten ksiądz od siedmiu boleści mieli romans i że to było… Jak to mówią? Zabójstwo w afekcie. Gówno prawda.
Zrobił przerwę na złapanie oddechu. Wyraźnie odczuwał jeszcze zmęczenie po porannym dyscyplinowaniu podwładnych.
— Nie siedzę na tym stołku od wczoraj i wiem, jak wygląda zabójstwo w afekcie. Nie chciałaby pani oglądać efektów zawiedzionych uczuć, proszę mi wierzyć. Prawdziwa sieczka. Tymczasem Krajewska dostała kulkę z tyłu. Strzał w tył głowy wygląda mi raczej na podręcznikową egzekucję, a nos nigdy mnie nie myli.
Spojrzał na leżący przed nim wydruk.
— Te wypociny raczej nam się nie przydadzą — ocenił, oddając Oldze kartki. — Ale to musiała pani wiedzieć od początku. Nie przyjechała pani przecież po to, żeby czytać beletrystykę ze starym, łysym gliniarzem, prawda?
— Zgadza się.
Nie widziała powodu, żeby ukrywać prawdziwy cel swojej wizyty. Czuła też, że wbrew pozorom może mieć w tym gburze sprzymierzeńca, o ile będzie z nim szczera.
— Nie mogę zabronić pani węszyć — stwierdził niechętnie. — Tylko proszę pamiętać, żeby nie bawić się w policję. Od tego jesteśmy my.
Spytała o Czarneckiego.
— Nie znałem go zbyt dobrze. Musi pani wiedzieć, że obaj urzędowaliśmy tutaj jeszcze przed osiemdziesiątym dziewiątym. Skoro lubi pani książki, to chyba mogę sobie odpuścić lekcję historii, prawda? Ksiądz, milicjant. Dwie strony barykady. Ale był rozsądnym człowiekiem i wiedział, że nie każdy funkcjonariusz Milicji Obywatelskiej chowa pod czapką rogi. Ochrzcił moje dzieci, do-puścił je do komunii. Tak chciała żona. Ja też mu raz czy dwa pomogłem. Szkoda człowieka. Szkoda… — powtórzył, a potem wstał, żeby odprowadzić dziewczynę do wyjścia. Zrozumiała, że wizyta dobiegła końca.
— Aha — rzucił jeszcze, kiedy odchodziła. — Lepiej, żeby nie nachodziła pani Leśniewskich. I tak mieli ostatnio pod domem niezły bajzel.
— Tak jest, panie władzo! — odpowiedziała, uśmiechając się ironicznie, i zniknęła.
Walczak zamknął za nią drzwi, uchylił lekko okno i wreszcie zapalił papierosa.
— Diabli ją nadali…
Sprawa Czarneckiego nie dawała mu spokoju. Sam czuł, że coś tu śmierdzi, ale bez nowych dowodów był bezradny. Leśniewskiego przesłuchał bardzo dokładnie, poza tym jego wersję w pełni potwierdziło nagranie z monitoringu. Czarnecki wyjął z samochodu zwłoki, próbował je zakopać w lesie i popełnił samobójstwo. Takie były fakty. Reszta, jak widać, musiała pozostać zagadką.
Skoro wydział dochodzeniowy natrafił na mur, to co zamierzała zdziałać ta ruda?

Leave a comment



Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Czytaj pierwszy!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia