Pójdziesz do papierowych miast i nigdy już nie powrócisz…

źródło

Słysząc nazwisko John Green, niemal oczami wyobraźni widzimy empikowe półki z bestsellerami, na których, niczym jedna wielka armia, stoją po kolei wszystkie dzieła autora. Co tu dużo mówić – zdecydowanie należy on do najbardziej rozpoznawalnych pisarzy literatury młodzieżowej, a jego książki cechuje nieprawdopodobna dawka humoru i życiowych refleksji, zwłaszcza tych związanych z dorastaniem, przemijaniem, przyjaźnią i miłością. Myślę też, że wielu z nas zdaje sobie sprawę, że kto raz zaczął przygodę z książkami Pana Zielonego, zawsze ją kończy, niezależnie od tego, czy ta podróż rozpoczęła się z pozytywnym czy z negatywnym skutkiem. Jeśli o mnie chodzi, zdecydowanie padło na to pierwsze, bo Gwiazd naszych wina do tej pory dumnie prezentuje się na półce i nie zanosi się na to, żeby szybko z niej zniknęło. Papierowe miasta zacząć więc musiałam, no bo przecież całą kolekcję książek tego autora zebrać trzeba i koniec. Jaki okazał się skutek kolejnej przygody z Johnem Greenem – pozytywny czy negatywny?

Tytuł: Papierowe miasta
Autor: John Green
Wydawnictwo: Bukowy Las
Quentin Jacobsen to osiemnastoletni chłopak, który niczym nie wyróżnia się spośród swoich rówieśników. Chodzi do liceum, ma normalną, kochającą rodzinę i dwójkę najlepszych kumpli. A sensem jego życia jest niejaka Margo Roth Spiegelman. Dziewczyna, w której Q zakochał się już w dzieciństwie, kiedy byli przyjaciółmi, a z którą stopniowo tracił kontakt od czasu, kiedy zaczęli dorastać. Jego uczucia do Margo nigdy się jednak nie zmieniły i kiedy pewnego wieczoru dziewczyna przychodzi do Q w stroju nindży, jednocześnie chcąc go namówić na nocną wyprawę, chłopak decyduje się towarzyszyć jej. Następnego ranka, po powrocie z „misji”, okazuje się, że dziewczyna znika. Q, zaniepokojony o nią, rozpoczyna poszukiwania, podczas których dowie się, że nie wszystko jest takie, jakie się wydaje, a ludzie potrafią być zupełnie odmienni od naszych wyobrażeń…

Są takie książki, które czyta się trochę pod presją otoczenia i znajomych, którzy to pod niebiosa zachwalają pozycję, a my czytamy parę stron, kręcimy nosem, uśmiechamy się do „zachwalających”, kiwając głową, chociaż tak naprawdę myślimy: co w tym takiego świetnego?. Ale czytamy dalej, bo może im bardziej wkręcimy się w historię, tym ciekawsza, bardziej złożona nam się wyda. I jest dobrze, kiedy tak się dzieje. Gorzej, kiedy do skończenia książki pcha nas jedynie nadzieja na to, że będzie lepiej. A finalnie i tak okazuje się, że lepiej nie było. Właśnie takim typem książki okazały się Papierowe miasta i czuję się dziwnie, gdy pośród tylu peanów pochwalnych napiszę: niestety, ale tym razem, jeśli o moje oczekiwania co do lektury chodzi, pan Green zdecydowanie się nie popisał.
Historia Margo i Quentina to historia rodem z wielu młodzieżówek, jednak co ciekawe – wcale nie to jest największym minusem powieści. Mimo wszystko miałam nieodparte wrażenie, że Papierowe miasta to taka trochę bardziej nieudolna wersja Szukając Alaski. Zbuntowana dziewczyna, w której zakochuje się nieśmiały, aczkolwiek wyjątkowy (pod względem charakteru oczywiście) chłopak. I na ich drodze pojawiają się różnorodne komplikacje związane z byciem razem. Tyle tylko, że finał obu tych historii jest trochę inny. Brzmi podobnie? Dla mnie bardzo.
Tak trudno jest odejść – dopóki się nie odejdzie. A wówczas to najłatwiejsza rzecz pod słońcem.
Kolejnym minusem powieści był fakt, że przez znaczną część trwania akcji… tak naprawdę akcji nie było. A przynajmniej ja odniosłam takie wrażenie. Tak jak poprzednie książki autora były wypełnione wielką ilością humoru, życiowych refleksji i przemyśleń, które rekompensowały czytelnikowi znaczny brak wartkiej fabuły, tak w Papierowych miastach zabrakło tego Greenowskiego sposobu pisania, więc, mówiąc krótko, po prostu wynudziłam się podczas lektury.
Bohaterowie powieści, jak zwykle oryginalni i nietuzinkowi, stanowili chyba najciekawszy element lektury. Q, który z natury był raczej chłopakiem przeciętnym i nie szukał rozgłosu, idealnie nadawał się na narratora powieści – cichy, można powiedzieć, że całkiem skryty, jednak czujny obserwator, który uważnie śledzi poczynania innych. Poza tym był świetnym przyjacielem, a fakt, że jak na swój wiek myślał nad wyraz dojrzale, tylko sprawiał, że trudno było nie odczuwać do niego naturalnej sympatii.
Margo – mimo że miejscami była postacią intrygującą, ze względu na charakter, ale także zachowanie – potrafiła także być niezwykle irytująca, zwłaszcza wtedy, kiedy miałam wrażenie, że robi wszystko dokładnie tak, aby skomplikować życie dosłownie wszystkim. Po przeczytaniu książki doszłam jednak do wniosku, że mimo wszystko, jak to bohater literacki, miała swoje wady i zalety – na pewno była wykreowana bardzo realistycznie, co sprawiło, że miejscami łatwo było się z nią utożsamiać i rozumieć jej wybory, czasami zaś czytelnik mógł odczuwać jedynie irytację, jeśli chodzi o jej nieprzemyślane zachowanie.
Margo zawsze kochała tajemnice. […] Nigdy nie opuszczała mnie myśl, że być może kochała je tak bardzo, że sama stała się tajemnicą.
Zakończenie powieści, jak przeczuwałam, odbyło się w typowo Greenowskim stylu, czyli przepełnione było refleksjami i melancholią, a także niewyjaśnionymi sprawami. Muszę jednak przyznać, że chyba właśnie to zakończenie spodobało mi się najbardziej i znacznie podwyższyło moją opinię o książce. I mimo że pozycja raczej nie zalicza się do grona moich książkowych ulubieńców, to ostatnie strony (z ich może nieco trudnym do zrozumienia, jednak prawdziwym przesłaniem) pokazały, że John Green przemycił nieco swoich refleksji w tej powieści, ukazując ją, chociaż przez chwilę, w trochę innym świetle.
Każdy z nas zaczyna życie jako wodoszczelny okręt. Ale potem przydarzają się nam różne rzeczy –ludzie nas opuszczają albo nas nie kochają, albo nas nie rozumieją, albo my ich nie rozumiemy, więc tracimy, przegrywamy i ranimy się wzajemnie. I okręt zaczyna miejscami pękać. No, a kiedy okręt pęka, koniec staje się nieunikniony.
Mimo że Papierowe miasta nie mogą się nawet równać fenomenowi Gwiazd naszych wina, to w pewnym stopniu jednak je przypominają. Niestety, mam nieodparte wrażenie, że z każdą przeczytaną książką tego autora jest tylko gorzej, co każe mi przypuszczać, że albo ja wyrastam powoli z tego typu powieści (czego bardzo sobie nie życzę, ale cóż poradzić?), albo po prostu ta książka jest wybitnie słaba. Tak czy inaczej historia Margo i Q nie zaskoczyła mnie w stopniu, w jakim spodziewałam się, że jest w stanie mnie zaskoczyć, jeśli wziąć pod uwagę opis i pozytywne opinie. Nie będę jednak zniechęcać was do lektury, bo myślę, że Papierowe miasta to książka na tyle specyficzna, że jedni ją wielbią i chwalą pod niebiosa, drudzy kręcą nosem i mówią zdecydowane „nie”, a trzeci (w tym ja), którym historia średnio się podobała, nie potrafią stwierdzić, co właściwie było w niej aż takiego złego. Jednak coś było na rzeczy i dlatego do lektury Papierowych miast prawdopodobnie nie wrócę.
Świat pęka w szwach od ludzi, a każdego z nich możemy sobie wyobrazić, tylko że nieodmiennie tworzymy sobie o nich niewłaściwe wyobrażenia.

Leave a comment



Dziewczyna z książkami

5 lat ago

John Green jest przeciętnym autorem, jednak Papierowe miasta uważam za jego najbardziej udane dzieło 🙂 Również jest to książka, która zmusza człowieka to chwili zastanowienia. Zabawna, refleksyjna, ale na raz.
http://zagoramiksiazek.blogspot.com/

Gosche

5 lat ago

Szczerze to przyznam, że przez cały szum na Johna Greena, w ogóle nie mam ochoty na jego książki. Widziałam ekranizację Gwiazd naszych wina i właśnie Papierowych miast. I o ile pierwsza nawet była spoko, to druga dla mnie była nudna i miałam wrażenie, że jest dla młodszych czytelników ode mnie. Po książkę raczej nie sięgnę, bo mam wiele wiele innych które bardzo chcę przeczytać.

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Czytaj pierwszy!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia