Gdy przeszłość i przyszłość nie istnieją…

 

O miłości powiedziano – i nadal mówi się – wiele. Zarówno z psychologicznego, jak i z typowo kulturowego punktu widzenia jest to uczucie mające różne odcienie, ale też kategorie. Miłość damsko-męska, miłość matczyna, miłość do ojczyzny, miłość do… niemal wszystkiego. Bywa, że pojęcie to niekiedy jest przez nas źle rozumiane. 

Tylko czy miłość może być brudna? Czy istnieje coś takiego jak emocjonalny brud? I co jeśli wydaje nam się, że nie jesteśmy stworzeni do tego, żeby móc kochać?

Tytuł: Ugly love
Autor: Colleen Hoover
Wydawnictwo: Otwarte
 
 
Kiedy Tate przeprowadza się do mieszkania brata, by móc studiować i pracować jako pielęgniarka w San Francisco, nie przewiduje, że w ciągu kilku miesięcy jej życie może nieodwracalnie zmienić swój bieg. Poznaje Milesa – mężczyznę niejednoznacznego, który nigdy się nie uśmiecha i nie ujawnia żadnych emocji i uczuć. Dziewczyna początkowo uważa go za dziwaka, jednak w miarę upływu czasu zaczyna się w nim zakochiwać. Jest tylko jeden problem – Miles nie potrafi kochać…
 
Szum wokół tej powieści skutecznie przekonał mnie do tego, żeby po nią sięgnąć. Zresztą nie okłamujmy się… Każdy, kto przeczytał książki Hoover do tej pory wydane nie tylko w wersji polskiej, ale także w oryginale, wie, że jest to jedna z lepszych autorek obyczajówek dla tzw. młodych dorosłych. Z racji tego, że od dłuższego czasu sięgam po literaturę obyczajową, nie mogłam przejść obojętnie obok Ugly love, tym bardziej że tytuł wzbudził we mnie ciekawość przemieszaną ze ślepą fascynacją stylem Colleen. Wiedziałam, że to będzie dobra książka. Mało tego – byłam pewna, że gdy tylko zacznę ją czytać, zagłębię się w lekturze do tego stopnia, że skończę ją w jeden dzień i w dodatku wyleję morze łez. 
 
Jednak tak się NIE stało. Wiem, że w tym momencie większość uzna, że jestem nienormalna, bo śmiem powiedzieć, że Ugly love mi się nie spodobała. Z pewnością część z was wymaże z pamięci nazwę strony, a gdy napotka w internecie moją kolejną recenzję – zrobi się czerwony jak burak z wściekłości. No cóż. Zdaję sobie sprawę z tego, jakie emocje wzbudziła ta książka w czytelnikach na całym świecie, jednak jeśli o mnie chodzi… nie poczułam tego. I nie, nie jestem wyzuta z jakichkolwiek uczuć. Jeśli czytacie moje recenzje, doskonale wiecie, że z książek zawsze staram się wyciągnąć ile się da: analizuję, interpretuję, spekuluję, komentuję, słowem: krytykuję, ale z głową. 
 
Jeśli chodzi o kompozycję książki, Colleen Hoover i tym razem udało się tak przedstawić historię, żebyśmy jako czytelnicy mogli dogłębnie poznać bohaterów, motywy, jakie nimi kierują, ich zachowania, a także relacje, które w przypadku jej powieści są niezwykle istotne, gdyż właśnie na nich skupiają się poszczególne wydarzenia kształtujące akcję. Fabuła została zatem przemyślana i dopracowana. Właściwie główną narratorką jest Tate, bo to z jej perspektywy obserwujemy wyrażenia teraźniejsze, Miles przedstawia wydarzenia przeszłe, które wpłynęły na jego obecne postrzeganie świata i – co niemal najważniejsze – miłości. Czujemy się, jakbyśmy byli w kilku historiach jednocześnie, jednak nie mamy wrażenia chaosu, bo autorka nie miesza ich tak, żeby nas zmylić, ale dobiera je umiejętnie, dzięki czemu w efekcie te krzyżują się ze sobą i dążą do jednego celu.
 
Gorzej jest z tą historią właśnie – nie mylić z: historiami; chodzi mi o tę właściwą, co do tła nie mam żadnych, nawet najmniejszych zastrzeżeń. O ile zainteresowała mnie relacja Milesa i Rachel, która była piękna, choć prosta, o tyle z relacją Milesa i Tate miałam sporo kłopotów. Historia przedstawiona w tle tej właściwej opowieści okazała się… urocza. Ukazanie niewinnej relacji nastoletnich Milesa i Rachel to coś wspaniałego. Gdyby autorka skupiła się wyłącznie na niej, wcale bym się nie obraziła. Mogłoby z tego wyjść coś naprawdę bardzo dobrego, wręcz idealnego – młodzieńcze uczucie rozwijające się strona po stronie… Ach.

Nie byłam jednak psychicznie przygotowana na wstrząs emocjonalny – w negatywnym znaczeniu – który zaproponowała mi Hoover, opowiadając o Milesie i Tate. Rozumiem powagę sytuacji – chodziło o ukazanie tego, co dzieje się z psychiką człowieka po traumatycznym przeżyciu z przeszłości. Przyznaję, że uwielbiałabym tę historię, gdyby tak to wyglądało. Niestety, przez naprawdę ogromną część całej książki jesteśmy świadkami aktów seksualnych, które… no właśnie… które nie wynikają z uczucia łączącego dwoje ludzi. To TYLKO seks.

Byłam i nadal jestem poirytowana mentalnością Tate, która jako 23-letnia kobieta (samodzielna i dojrzała – przynajmniej w teorii) zachowuje się jak 15-letnia dziewczynka zafascynowana tym, że będzie uprawiała seks z nieziemsko przystojnym i wzbudzającym żądzę namiętności facetem. Nie wspomnę o zasadach, które ustala na samym początku: Nie pytaj o przeszłość i nie licz na przyszłość. Na początku, gdy nie do końca rozumiałam, o co chodzi, byłam ciekawa, jak to się rozwinie, jak potoczą się losy tej dwójki. Jednak gdy zostałam wrzucona do jednej wielkiej seksualnej studni, złapałam się za głowę. „Co to jest, do diaska!?” – myślałam. Żeby być dokładnym – gdzieś mniej więcej do 280 strony. 

 
Później zaczęło dziać się coś innego. WOW – powiecie. I w sumie słusznie. Miałam nadzieję, że autorka sama znudziła się tą beznadziejną historią i postanowiła zmienić, hmm… scenerię? Przynajmniej poczułam, że żyję i dokądś zmierzam, a nie stoję w miejscu, zawieszona i zniesmaczona. Niestety, do tego momentu byłam zniesmaczona. I nieważne, że chodziło w tym o emocje i doznania. Nie opuszczało mnie wrażenie, że czytam o nastolatkach, którzy podczas imprezy „zabawiają się”, żeby po wszystkim przez miesiąc się do siebie nie odzywać. 
 
Mimo wszystko coś mi się SPODOBAŁO. Kapitan. Gdy tylko natrafiałam na fragmenty, w których się pojawiał, na mojej twarzy momentalnie pojawiał się uśmiech. To wspaniały człowiek. Przypominał mi mojego dziadka, który zawsze BYŁ, w każdej chwili gotów do rozmowy, do tego, żeby wesprzeć, doradzić albo pouczyć. Ponadto byłam też pod wrażeniem tego, jakie zawody Colleen Hoover wzięła pod uwagę – Tate to pielęgniarka, a (między innymi) Miles i brat Tate – lotnicy. Taki dobór bohaterów z pewnością sprawił, że książka wydała mi się choć odrobinę dobra. 
 
Ugly love jako całość zaczęła na mnie w jakiś sposób oddziaływać dopiero pod koniec. Wtedy nawet po policzkach pociekło mi kilka pojedynczych łez. Wtedy rzeczywiście zrobiło się słodko, romantycznie, a dwie ostatnie sceny mnie wzruszyły. I to by było na tyle. Przewróciłam ostatnią kartkę i koniec. Tak po prostu. 
 
To jedna z niewielu książek, które mnie rozczarowały. Po całości. Nie pokuszę się o pisanie akapitu z poleceniem, bo uważam, że wyraziłam się bardzo jasno, i wiecie już, że należę do jakichś 10 procent (a może nawet nie!) czytelników, których ta książka nie poruszyła. Na zakończenie powiem więc tylko jedno: przeczytajcie tę książkę i wyróbcie sobie własne zdanie. Nie zważajcie na rekomendacje zamieszczone na okładce, bo nie warto. Każdy ma prawo do wyrażenia opinii i nikt nie jest uzależniony od chwytów marketingowych. A gdy już przeczytacie tę książkę, napiszcie do mnie, chętnie podyskutuję o niej. Mimo że jej nie pokochałam i się nad nią nie rozpłynęłam, nadal jestem skora do neutralnej rozmowy o niej. Bo nadal jestem czytelniczką i przede wszystkim człowiekiem, który niezależnie od tego, jak bardzo książka mnie rozczaruje, nie wyrzuci jej do kosza, nie spali, tylko zachowa, żeby wspomnieć ją, ale niekoniecznie po raz drugi po nią sięgnąć. 
 
Tym, którzy dobrnęli do tego zdania, z całego serca dziękuję, że niezależnie od tego, jak oceniłam książkę, zechcieli poznać moje zdanie na jej temat i je uszanowali (jeśli nie, również dziękuję – za poświęcony czas i uwagę).
 
 
 

Leave a comment



Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 12 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia