Gdy przychodzi Miłość, nie pyta nikogo o zdanie. Ma w nosie, czy jest „za późno” czy „za wcześnie”. Ona wybiera termin, ona nadaje bieg wydarzeń. I zupełnie nie przejmuje się tym, czy uważasz, że masz na nią czas. Bo masz. Bo to jest jej moment, wasz najlepszy czas… Wykorzystaj go, drugiego może już nie być…

Tytuł: Żeby miłość miała twoje oczy
Autor: Diego Galdino
Wydawnictwo: Rebis

Kiedy człowiek się zakochuje? Od pierwszego spojrzenia? Dotyku? Rozmowy? A może wcześnie? Na samą myśl o… książce? Tak było w moim przypadku. Wiedziałam, że będę uwielbiać Żeby miłość miała twoje oczy, zanim jeszcze do mnie trafiła. Gdy rozpakowałam paczkę, byłam już tego pewna. Moją pierwszą myślą było to, że uwielbiam sposób, w jaki Rebis wydaje książki Diega. Jest niesamowicie urokliwy, a do tego bardzo wytrzymały. Piękna ilustracja, półokrągły brzeg, niebieskie strony na wewnętrznych stronach okładki. A do tego grafika rozpoczynająca każdy rozdział. Ta książka już samym swoim wyglądem sprawia, że warto mieć ją w swoim księgozbiorze. Ale nie tylko dlatego…

Autor słynnej Pierwszej kawy o poranku ponownie zabiera nas do Włoch. Tym razem jedziemy tam z markotnym, zamkniętym w sobie malarzem, który nosi w sercu tajemnicę. Nie potrafi kochać. Zatracony w swoim cierpieniu odrzuca wszystko, co niesie radość. Od samego początku budzi niechęć Sofii, a do tego pogardza wszystkim, co dla niej ważne. Swoim zachowaniem wzbudza w niej wiele uczuć, ale głównie złość i niechęć. Czy między takimi osobami może pojawić się miłość? Oboje są przekonani, że nie. I to się właśnie tak zaczyna…

Żeby miłość miała twoje oczy jest jak obraz. Diego maluje nam historię za pomocą słów, emocji, wrażeń i chwil refleksji. Już po przeczytaniu pierwszych zdań poczułam, że moja dusza przenosi się do Włoch. Opis krajobrazu to takie coś, co autorzy z reguły uważają za niezbędne do opisania scenerii, a czytelnicy tratują jako niepotrzebny przerywnik akcji. Przynajmniej ja. Żeby do mnie przemówiły, muszą być naprawdę dobre. I tak było w tym przypadku. Opisy nadały powieści „smaku”. Stanowiły niesamowite tło akcji, jednocześnie pobudzając moją wyobraźnię.

Kolejnym „pociągnięciem” pióra była podwójna narracja. Lubię poznawać historię z wielu perspektyw. Tym razem na pierwszy plan wysunięto głównych bohaterów. Tak różnych, a jednak tak podobnych. Subiektywność ich obserwacji była ciekawym sposobem na przedstawienie tego jedynego w swoim rodzaju uczucia…

Miłość – można powiedzieć, że to ona jest trzecim najważniejszym bohaterem tej historii. Żeby miłość miała twoje oczy to naprawdę bardzo dobrze zaplanowany romans. Ciekawie się zaczyna, powoli rozkwita, a potem, nie wiadomo kiedy, nabiera na intensywności. To ciepła, namiętna, poruszająca i bardzo romantyczna opowieść o potrzebie miłości.

Kolory, czyli narracja tej opowieści, wbrew pozorom dalekie są od jarmarcznej tandety. Autor budzi w nas silne emocje, nie epatując nimi. Słowa same w sobie są neutralne. To dopiero historia pobudza nas do współodczuwania. Najłatwiej jest wzruszyć czytelnika, od początku do końca obnażając ukrytą w niej prawdę. Można też skorzystać z prostych trików, takich jak liczne wyznania, ckliwe słowa, bezpardonowe opisywanie każdego (zwłaszcza negatywnego) uczucia. W książkach Diega zawsze podobała mi się narracja, która unika tych schematów. Bo chociaż wykreowana atmosfera jest lekka, wręcz sielankowa, to z każdą stroną czytelnik odczuwa narastające emocje, które nie oddają tylko jednej historii. Są uniwersalne, piękne i mądre.

Żeby miłość miała twoje oczy to romans w najlepszym tego słowa znaczeniu. Z miejscem na uśmiech, łzy, refleksje oraz Miłość. Tę jedyną, tę prawdziwą, tę przez wielkie „M”. I chociaż przychodzi nieproszona, ja otwieram przed nią ramiona. Szeroko. I was też do tego zachęcam.

rebis-1

ZOSTAW ODPOWIEDŹ