Oczami polonistki: irytujące błędy popełniane w internecie

 

W poprzednim artykule z cyklu Oczami polonistki opowiedziałam wam o edytorstwie, czyli zawodzie, który wykonuję i który traktuję jako styl życia, ponieważ się w nim spełniam. Dziś chciałabym przejść do nieco praktyczniejszej kwestii… A mianowicie: BYKÓW! Ale nie zwierząt z rogami, tylko błędów, bez których nasza polska rzeczywistość by nie istniała.

Wszyscy wiemy, że Polacy popełniają bardzo dużo błędów, nawet (a może w szczególności) tych podstawowych. Szkoła powinna nauczyć nas, jak poprawnie mówić i pisać po polsku, ale – niestety – to tylko mrzonki. Tak naprawdę w szkole liczą się godziny do wyrobienia i „jakaś tam” podstawa programowa, która na dobrą sprawę mogłaby nie istnieć. Powinniśmy umieć posługiwać się językiem polskim, niekoniecznie wiedzieć, jaki rozmiar rękawiczki miała Izabela Łęcka z Lalki. No cóż… Myślę, że każdy z nas potrafi sobie sam odpowiedzieć na pytanie „jak jest?”, dlatego też przejdę do meritum. Przedstawię wam najczęstsze błędy popełniane w internecie (i nie tylko, ale w internecie pojawiają się one przede wszystkim!), ale nie będę tereotyzować, o nie!  To czysta praktyka, a teorię macie w słownikach. Nie będę się jednak rozwodziła nad tymi typowymi błędami, które zostały już omówione niemal wszędzie (a mimo to ludzie nadal nie nauczyli się poprawnych form – ale to temat na osobny wpis, który z pewnością pojawi się w ramach cyklu), wskażę te, które wciąż są rzadko (prawie wcale) zauważane, choć popełniane coraz częściej. 

Dokonałem zakupu maszynki do golenia… 
 
Wielu ludziom wydaje się, że są elokwentni i tym, co mówią, wzbudzają podziw społeczeństwa, które wtedy ich szanuje i uważa za lepszych, bo wykształconych i znających zasady językowe. Niestety, to tylko pozory. Za ich „elokwencją” często kryje się zwykła chęć wywyższenia się, popisania, a także sztuczna próba stworzenia pewnej hierarchii. Nieudolna. 
Nie dokonujmy zatem zakupów, nie konsumujmy obiadów, nie używajmy też pleonazmów i tautologii, które wydają się bogatsze, a tak naprawdę są najgorszym, co możemy zrobić z – już i tak nieco kulawą – polszczyzną.
 
Sok z Czarnych Porzeczek…
 
Ortografia zdecydowanie nie jest czymś, co wychodzi nam najlepiej. Na nic zdała się podstawówka, miliony dyktand i wkuwania regułek – internet zweryfikował nasze potrzeby. Najchętniej sięgamy zatem po Sok z Czarnych Porzeczek, bo ten z czarnych porzeczek smakuje gorzej. Nadal zapisujemy dużymi literami Wszystko, Co Tylko Się Da, bo to przecież takie modne, no nie? O pomstę do nieba woła też interpunkcja… Umiejętność oddzielania przecinkiem podmiotów od orzeczeń opanowaliśmy już do perfekcji, ale przecinka przed „który” nadal nie stawiamy. Selekcja idealna!
 
Także tego… 
 
Jeśli zaś chodzi o leksykę, często mylimy słowa. Adoptujemy się, zamiast adaptować, a nasza efektywna nauka poszła w las… Tak że (!) tego – czas poczytać słownik języka polskiego, bo niedługo się okaże, że jako Polacy nie wiemy także, co znaczą dane słowa, których używamy (o ile jeszcze do tego nie doszło, bo coraz częściej wydaje mi się, że mówimy dla samego faktu mówienia).
 
Posiadam adres e-mail… 
 
Lubimy posiadać. Najlepiej wszystko. Mamy (!) już coraz mniej, bo nie chcemy mieć. Wolimy właśnie posiadać. Szkoda tylko, że te dwa słowa, choć wydaje nam się, że są synonimami, mają zgoła inne znaczenie. POSIADAĆ możemy majątek albo ziemię, adres e-mail nadal powinniśmy MIEĆ. No chyba że jest aż tak cenny, że to nie wystarcza. 
 
Pokazałem tym dziewczyną… 
 
Zarzekamy się, że to, co mówimy, nie ma wpływu na to, co piszemy. Nic bardziej mylnego! Przecież „dziewczyną” i „dziewczynom” to to samo, o co chodzi… A właśnie że nie! Z dziewczyną możemy iść na spacer, a piękne krajobrazy możemy pokazać dziewczynOM – i choć wygląda to nieciekawie, tak musi być. Bo jedna dziewczyna to nie to samo co dwie, nieprawdaż?
 
W razie jakiś kłopotów…
 
Jedna dziewczyna to nie dwie, jedno „jakieś” to nie dwa „jakieś”. Tak, kochani, nie znamy podstawowych zasad odmieniania wyrazów, co sprawia, że tak naprawdę niczym nie różnimy się od obcokrajowców. Gorzej, moja znajoma, która przyjechała z Czech, aby studiować polonistykę w Poznaniu, NIE popełnia takich błędów, jakie każdy przeciętny Polak uzna za „normalne”. Smutne… Przybliżę zatem deklinację (odmianę przez przypadki) zaimków „jakiś” i „jakieś”, tak dla jasności.
 
JAKIŚ JAKIEŚ
M jakiś [kwiat]
D jakiegoś [kwiata]
C jakiemuś [kwiatu]
B jakiegoś [kwiata]
N jakimś [kwiatem]
Msc jakimś [kwiecie]
M jakieś [kwiaty]
D jakiCHś [kwiatów]
C jakimś [kwiatOM]
B jakieś [kwiaty]
N jakimiś [kwiatami]
Msc jakiCHś [kwiatach]
 
Ciężki orzech do zgryzienia… 
 
Ach, jakiż to ciężki żywot nastał. Wszystko, co robimy, wydaje się takie ciężkie, że walizka przy tym to pikuś. A mimo że język angielski tak spodobał się Polakom, wciąż nie uznajemy związku frazeologicznego „twardy orzech do zgryzienia” i na siłę zamieniamy go na ciężki. Najpewniej wynika to z tego, że nie do końca rozumiemy, co mówimy (o czym napisałam nieco wyżej), no i tak to jest. 
 
Wydarzyło się to nie wczoraj, a przed tygodniem… 
 
Chyba już mało kto zwraca uwagę na składnię. Zdania, które tworzymy, są coraz bardziej lakoniczne, bo nie umiemy ich formułować. A w momencie gdy nauczyciel mówi o „związkach składniowych”, wyłączamy się… Przecież w internecie nie trzeba umieć pisać! Wystarczy rzucać co chwilę jakimiś bezsensownymi słowami, to wystarczy! 
Mimo wszystko liczę, że dla pewnej części z was składnia ma jakieś znaczenie. Piszcie więc „Wydarzyło się to nie wczoraj, LECZ przed tygodniem” – moje redaktorskie serce przestanie krwawić.
 
Potrzebuję ołówek
 
Z jednej strony potrzebujemy ołówek, a z drugiej jemy kotleta… Czy jest w tym choć odrobina sensu? Nie. Po prostu jest nam tak ciężko, że nie chce nam się myśleć o czymś takim jak przypadki. No, bo w języku polskim istnieją przypadki. Wiecie, mianownik, dopełniacz i tak dalej. Co prawda mało kto wie, po co one są, ale są. I wypadałoby ich używać. Potrzebujemy zatem ołówKA, a jemy kotlet – jeśli naprawdę chcemy być elokwentni. 
A jeśli chcemy tylko WYDAWAĆ SIĘ (bez „być”, błagam!) elokwentni, możemy się poprawiać na lepsze (sic!). Kto nam zabroni? 
 
Na to wygląda, że w tym stosunkowo krótkim wpisie zawarłam to, co chciałam zawrzeć. Mam nadzieję, że nikt z was nie poczuł się urażony tym, w jaki sposób oceniłam Polaków. Nie martwcie się, każdy z nas popełnia błędy. Gdy czytam książki, coraz częściej dochodzę do wniosku, że niekiedy niejeden zwyczajny człowiek wyraża się lepiej niż redaktor, któremu zasady językowe wpajano przez pięć lat studiów. W każdym razie jest jakaś nadzieja, że kiedykolwiek zaczniemy mówić poprawnie. Albo chociaż roboty, które będą za nas wszystko wykonywać, będą miały wbudowany automatyczny słowniczek!
 
PS Jeśli macie uwagi do tego artykułu, piszcie śmiało – wszystko wyniosłam z poradni PWN, więc w razie jakichś kłopotów chętnie wyjaśnię wam to, co okaże się niejasne, lub po prostu wysłucham tego, co macie do powiedzenia. Dyskusje mile widziane! 🙂 [buźka na zachętę]

 

Leave a comment



Antośka

1 rok ago

Uwielbiam artykuły o błędach językowych:) bardzo dokładnie je czytam i sama, przed wyjaśnieniem, próbuję znaleźć poprawną formę 🙂 jak najwięcej takich artykułów poproszę:)

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 11 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia