Afterfall: Reconquest

Nie lubię pisać recenzji, które mieszają daną produkcję z błotem, bo znaczy to ni mniej, ni więcej, że musiałem strasznie się przy niej męczyć. Nie jestem typem wrażliwca i człowieka przepełnionego empatią, dlatego też zrobię to, co do mnie należy. Niedawno dzięki życzliwości IQ Publishing dostałem w swe ręce grę Afterfall: Reconquest studia Intoxicate, które urzekło mnie przynajmniej z opisu swoim postapokaliptycznym klimatem i awangardowym podejściem do oprawy wizualnej. Czy jednak sama rozgrywka dorównała nadziejom, jakie pokładałem w tej grze? Przekonajmy się!

Może nieco o samej fabule? Gramy osobnikiem zwanym Rozpruwaczem, który służy ocalałym w tym apokaliptycznym świecie jako ktoś w rodzaju najemnika. Nie jest on jednak zwyczajnym siepaczem! Posiada bowiem zestaw umiejętności, których może używać z pomocą swojej rękawicy. Wysysanie życia z wrogów, strzelba w lewej dłoni i tym podobne. Zostaje on wysłany na misję schwytania mutanta o imieniu Czerwonooki, z którym, jak to enigmatycznie zostaje nam wyjaśnione, ma jakieś niedokończone sprawy.

Na wstępie chciałbym również powiedzieć, że nie jest to pełnoprawna gra, a jedynie pierwsza część planowanej przez studio trylogii, dlatego też zabieg stworzenia zjawiska enigmatyczności historii mógłby być dobry, gdyby nie fakt, że narracja stoi tu na cholernie niskim poziomie. Fabuła jest nieinteresująca i nie skłania nas do jej odkrywania. Płytka i miałka, w ten sposób opiszę ją najlepiej. Sytuacja, w której patrzymy na grę nie jako na grę, a jedynie jej pierwszą część, co ma usprawiedliwić jej niespójność, jest sytuacją chorą. Nie pozwolę sobie na takie zagrywki – patrzę na produkcję, która ma mnie zaciekawić. Nie robi tego jednak, serwując zamiast dobrej fabuły kilka naciąganych wątków, które przeplatane są bezsensownymi momentami walki z tabunami wrogów pojawiających się nie wiadomo skąd.

Klimat to akapit o tyle ciekawy, iż zawiera on takie elementy takie jak muzyka i grafika, będące jego nierozerwalną składową. W tej grze od początku twórcy stawiali na klimat i widać to już, gdy otwiera się menu główne ręcznie rysowane, tak samo jak i cutscenki, to niezwykle klimatyczny i pełen głębi dodatek, który niezwykle korzysta z obranego przez twórców konceptu – czarno-białego filtru nałożonego na całość. Daje przygnębiające i ciężkie wrażenie, a jest to niezwykle ważne w grze o zagładzie cywilizacji, prawda? Na tym się jednak zalety takiego, a nie innego podejścia do klimatu kończą.

Gdy rozpoczynamy rozgrywkę, zauważamy, że cała gra, nie tylko przerywniki, są utrzymane w czarno-białym klimacie. Jedni pomyślą, że jest to ciekawy, niezwykle alternatywny i awangardowy koncept, ale ja raczej pomyślę, że jest to brak umiejętności i pomysłu na wykreowanie intrygującego, klimatycznego świata. Twórcy starają się zbyt mocno wyjść na skrajnych szalonych artystów albo zwyczajnie nie wiedzą, jak zrobić lokacje, by broniły się same.  Czarno-biały filtr jest niezwykle męczący dla oczu, a także zwyczajnie nuży i czuć, że jest on posunięciem na siłę. Na dokładkę podkreśla jedną z bolączek gry – ohydną grafikę. Tak! Dobrze przeczytaliście! Pomimo dość wygórowanych (chociaż dzisiaj raczej standardowych) wymagań sprzętowych, gra nie prezentuje poziomu graficznego, który mógłby konkurować nawet ze średniakami dostępnymi obecnie na rynku. Tekstury są słabej jakości, modele postaci to nic specjalnego, a o animacjach, mimice czy czymś takim w ogóle nie ma mowy. Mamy za to „komiksowe” ekrany dialogowe, które mają dawać wrażenie kolejnego konceptu. Prawda jest taka, że wychodzi tu brak pieniędzy lub ochoty, by postarać się i stworzyć normalne animowane dialogi. Dialogi, które sprowadzają się do maksymalnie trzech odpowiedzi, gdyż mamy do czynienia z grą liniową, która nie pozwala nam, choćbyśmy bardzo chcieli, wczuć się w ten na siłę forsowany mroczny klimat. Jedynie muzyka wychodzi delikatnie przed szereg, gdyż jest klimatyczna, refleksyjna i spokojna, co nieco pomaga nam poczuć klimat patosu, jaki dosięgnął nasz świat.

System walki i sterowanie to kolejne olbrzymie wady Afterfall: Reconquest. Bardzo możliwe, że największe z już wymienionych. Zaczynając jednak od systemu walki – jest… drętwy. Mamy podstawowe ciosy i kilka umiejętności na krzyż, a także system uników, który raz działa, a raz nie. Przez całkowite oskryptowanie przeciwników i ich zachowań walki są monotonne, przebiegają dokładnie tak samo za każdym razem i nie satysfakcjonują. Jedyną pozytywną stroną walki jest strzelba w rękawicy naszego bohatera, której trafienie powoduje dobrze wyglądający odrzut przeciwnika, który się czuje. W każdym innym calu walka jest niezwykle sztuczna i sztywna. Tak samo zresztą jak i sterowanie jako takie. Na początku niezwykle cieszyłem się z prostoty interfejsu, gdyż uznałem, że natłok elementów ekwipunku czy też funkcji mógłby mnie przytłoczyć. Nie sądziłem jednak, że interfejs okaże się nie tyle oszczędny, co po prostu niedorobiony i sztywny, bez polotu i pasji. Bo tak właśnie odczuwam ten element gry – jakby robiony na siłę, bo sequel musi być i pieniądze muszą się zgadzać. Przepraszam za wybuchowe emocje, ale gra, jeśli chodzi o mechanikę, wygląda niesamowicie pokracznie, jak gdyby była niedokończona. Gwoździem do trumny są jednak błędy techniczne, które uniemożliwiły mi przyjemną lub jakąkolwiek rozgrywkę. Gra wyrzucała mnie co chwilę do pulpitu, zacinała się w losowych momentach i czasami zawieszała na czas około dwóch minut… A to tylko kilka z bardziej denerwujących i psujących zabawę momentów.

Przepraszam serdecznie wszystkich, którym gra się podoba lub którzy zarzucą mi teraz zbyt dużą surowość względem małego studia, które nie ma środków do stworzenia gry AAA na poziomie Wiedźmina 3 czy innej, o niebo i ziemię lepszej produkcji. Może i macie rację, ale chciałbym przypomnieć wszystkim historię pewnego małego studia, które w roku 2007 wypuściło produkcję, która pomimo ograniczeń finansowych zachwycała oprawą audiowizualną, klimatem oraz dorosłym podejściem do niego. Tą grą była pierwsza część serii Wiedźmin. Co do Afterfall: Reconquest – jest to produkcja, która sprawia wrażenie niedokończonej, która pod każdym absolutnie względem, poza dobrymi chęciami (którymi, nawiasem mówiąc, wybrukowane jest piekło) mnie zawiodła i gdybym miał ją komuś polecić, to niestety muszę zrobić krecią robotę i stanowczo wam tego odradzić.

Jednak… nawet takie gry są potrzebne, by docenić wysiłki twórców

 

Leave a comment



Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 12 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia