Kocham cię… bez pamięci

Kim bylibyśmy bez wspomnień? Co determinuje nasz charakter? Nasza przeszłość, rodzina? A może, to kim jesteśmy, jest zakodowane głęboko w naszym wnętrzu? Czy gdybyśmy któregoś dnia nagle wszystko zapomnieli, nadal bylibyśmy sobą czy kimś zupełnie innym?

Tytuł: Never, never
Autor: Colleen Hoover, Tarryn Fisher
Seria: Never, never (tom 1-3)
Wydawnictwo: Otwarte
Bestsellery

Patrzy dookoła siebie i nie wie, gdzie jest. Powoli łączy fakty. Widzi tablicę, ławki i siedzących dookoła nastolatków. A więc siedzi w szkole. Tylko co ona tu robi? Chociaż wszyscy dookoła ją rozpoznają, ona nie zna nikogo. Na dobrą sprawę nie wie nawet, jak się nazywa. Charlie, która nie zna swojego imienia, jest już tylko o krok od wpadnięcia w panikę. Tymczasem okazuje się, że w takiej samej sytuacji jest jej chłopak. Przypadek? Nie wiedzą, kim są, nie znają siebie nawzajem, są jednak zdeterminowani, żeby poznać przyczynę swojej amnezji oraz odzyskać wspomnienia. Jednak czy będą zadowoleni, gdy okryją, kim byli? A może ten zanik pamięci to błogosławieństwo?

Colleen Hoover to jedna z moich ulubionych pisarek. Kiedy dowiedziałam się, że wydała książkę we współpracy z Tarryn Fisher, spodziewałam się naprawdę ciekawej powieści. Zamówiłam ją bez chwili zastanowienia. Tymczasem jeszcze zanim książka zdążyła do mnie dotrzeć, przeczytałam w internecie sporo negatywnych opinii. To znacząco ochłodziło mój entuzjazm. Kiedy zaczynałam ją czytać, sama nie wiedziałam, czego się spodziewać. Okazało się, że zgodnie z mądrością ludową prawda tkwiła gdzieś pośrodku.

Motyw z utratą pamięci nie jest szczególnie oryginalny. Ale umówmy się, że w powieściach trudno znaleźć temat, który nie byłby już wałkowany tysiące razy. Przykładowo, jeśliby szukać w literaturze obyczajowej historii bez miłości czy przyjaźni, pozostałoby nam niewiele tytułów do wyboru. A nawet pośród nich większość realizowałaby jakiś inny schemat. Opisanie w sposób nowatorski wyświechtanego tematu również jest sztuką. I właśnie tak odbieram Never, never.

Od początku do samego końca niełatwo domyślić się przyczyny całej intrygi. Zbliżając się do finału, dostajemy co prawda wiele wskazówek, ale wyjaśnienie okazuje się oczywiste dopiero w momencie, gdy je poznajemy. Dobrze, przyznaję się… gdyby podejść do tematu jak do zagadki, prawdopodobnie dałoby się ją rozwiązać wcześniej. Ja jednak bardziej skupiam się na emocjach, na uczuciach towarzyszących poznawaniu własnej przyszłości, a tych jest naprawdę dużo. I to w bardzo skrajnych wariacjach. Rozpacz przeplata się ze szczęściem, a radość i smutek nie rozdzielają się ani na chwilę. Bohaterowie, którzy nie znają własnych wspomnień, nie mogą być pewni niczego.

Poznawanie, a raczej odkrywanie na nowo przeszłości odbywa się na różnych obszarach. Mamy więc kwestię relacji z rodzicami i rodzeństwem, ustalanie swojej tożsamości oraz – oczywiście… miłość. Uważam, że autorki wykorzystały cały potencjał, wszystkie możliwości, które daje wątek amnezji. To naprawdę ciekawe, jak Charlie i Silas zaczynają oceniać własne zachowanie na podstawie kierujących nimi pobudek. Sprawiają wrażenie osób, które nagle przejrzały na oczy, co jedynie potwierdza teorię, że najlepsza jest chłodna, obiektywna ocena.

pablo-11Z drugiej strony ich śledztwo zaczyna się od naprawdę obciążających „dowodów”. Niektóre z tych zachowań można (w najlepszym wypadku) określić jako niewłaściwe moralnie. Zarówno Charlie, jak i Silas nie lubią samych siebie w przyszłości. Trudno więc wzbudziliby sympatię czytelnika. O ile jednak oni potrafią oddzielić swoją wcześniejszą osobowość od obecnej, o tyle dla czytelnika jest to niemożliwe. Dlatego na początku łatwo zarazić się sympatią do głównych bohaterów. Nie wiem, czy jest to dobry zabieg marketingowy, jeśli jednak damy książce szansę, po jakimś czasie okaże się, że nic nie jest takie, jakie się wydaje.

Jak większości książek opartych na tajemnicy, również tej mogę zarzucić kilka nieracjonalności w zachowaniu bohaterów. Sami pewnie dobrze znacie to uczucie. Towarzyszy ono z reguły oglądaniu filmów grozy. Łapiemy się wtedy za głowę i krzyczymy do ekranu: czemu nie sprawdzisz za drzwiami, czemu nie zaczniesz uciekać? W przypadku Never, never wywnioskowałam, co należy zrobić, na długo przed bohaterami. 

Głównym zwrotem akcji jest motyw przewodni. W trakcie przygody pojawia się też kilka innych zawirowań, jednak nie wpływają one znacząco na przebieg wydarzeń. Z kolei samo zakończenie jest… ciekawe. Co prawda nie zmienia naszego punktu widzenia, nie odwraca fabuły do góry nogami i nie szokuje. Za to zgrabnie i przyjemnie zamyka wszystkie wątki. Ot, proste rozwiązanie, które musimy przyjąć na wiarę. Spodziewałam się jakichś odwołań, nawiązań, etymologii zjawiska. To nie jest nielogiczne, ale też nie szczególnie racjonalne. Uzasadnienie amnezji mogło być zdecydowanie lepiej dopracowane, bardziej osadzone w fabule. Tymczasem mamy zgrabne podsumowanie i wisienkę na torcie w postaci epilogu.

Never, never to pomysłowa, przyjemna i wyjątkowo lekka (jak na Hoover) propozycja. Warto po nią sięgnąć, żeby na tych kilka godzin oderwać się od codzienności, a potem wrócić do niej z kilkoma nowymi refleksjami.

taniaksiazka-5

Leave a comment



Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 11 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia