Lanthimosa ponura wizja przyszłości

Homary są bardzo drogie, ale podobno pyszne. To te ciężkie skorupiaki, które kojarzymy z wystawnymi bankietami i bogatym towarzystwem; tym samym, co koło talerza z kawiorem stawia butelkę Dom Perignon. W świecie Davida pewnie nie spożywano homarów, bo gdyby tak było, możliwe, że wybrałby coś innego. Może psa? Podobno wielu wybiera psy. On jednak wybrał homara, bo jako jedne z niewielu zwierząt żyją ponad sto lat i mają twardy pancerz. Gdy to mówił, nie był przerażony, choć może powinien. Na jego twarzy widniało jedynie zrezygnowanie; obojętność, która skłaniała widza do zastanowienia się nad przyczyną nienaturalnego zachowania mężczyzny. W pewnym momencie widz dochodził do jednego słusznego wniosku; cały film opowiada o człowieku zrezygnowanym. Bo jak nie być zrezygnowanym, żyjąc w świecie złożonym z czerni i bieli? 

Nowy film reżysera Kła – Yorgosa Lanthimosa pt. Lobster to trudna historia z pozornie absurdalną fabułą. Czasy przypominające współczesne, acz bliżej nieokreślone. Każda osoba nie będąca w związku zostaje wysłana do specjalnego ośrodka, gdzie dostaje czterdzieści pięć dni na znalezienie partnera. Jeśli jej się uda, znów będzie wiodła szczęśliwe życie, jeśli nie – zostanie przemieniona w zwierzę. Ten dziwny mechanizm śledzimy razem z Davidem, głównym bohaterem filmu, który zaraz po rozwodzie trafia do kompleksu, by odnaleźć partnerkę. Zabiera ze sobą uroczego kundla, który kiedyś był jego bratem. Najpierw przeprowadzają z nim wywiad; ot, poświęcony jego cechom i wadom. Potem dostaje pokój, a pokojowa codziennie rano zaspokaja go seksualnie. W międzyczasie musi polować na tych, którzy, niepodporządkowani systemowi, zamieszkali w lesie. Każdy upolowany dezerter to dodatkowy dzień w kalendarzu na szukanie drugiej połowy. Nietrudno zauważyć, że ten z pozoru przeciętny mężczyzna w rzeczywistości znacznie różni się od pozostałych bohaterów; nie pozwala wciągnąć się w ferwor poszukiwań ani nie dba o przedłużenie swojego czasu. Dni upływają, on nie wszczyna paniki. Z początku tylko egzystuje w świecie, który do złudzenia przypomina kultowe dzisiaj Truman Show; w tym miejscu każdy gra i udaje. Brak tu autentyczności, a każde – tak gorąco okazywane publicznie – uczucie jest kłamstwem. Właśnie taki jest świat w Lobsterze. Nierealny, zakłamany, bazujący na fałszu, produkujący złudzenia. Co więcej, nie akceptujący półśrodków. Tu wszystko musi być czarne lub białe, nigdy szare, zawsze konkretne. Nie można mieć rozmiaru buta z połówką ani być biseksualnym. Partnera znajduje się poprzez cechy wspólne. Nie są to jednak wspólne zainteresowania, a raczej wrodzone defekty – oboje mamy wadę wzroku, więc pasujemy do siebie idealnie. Mieszkańcy tej cywilizacji to aktorzy, którzy do końca życia nie mogą wyjść ze swej roli. Udawać muszą po to, aby przetrwać. I trudno im się dziwić; ci, którzy odstają, zostają wykluczeni i pożarci żywcem. Może dlatego każdy gra, a im dłużej to robi, tym bardziej zapomina, czym są prawdziwe emocje. Bo tu już ich nie ma, zostały tylko te na pokaz. Alternatywą jest bunt i dołączenie do grupy uciekinierów, wśród których panują zgoła odmienne zasady; o ile w uporządkowanej krainie trzeba mieć partnera, o tyle tu nie można nawet flirtować, a wszystkie przejawy uczuć są surowo karane. Można więc wybierać, ale tylko między skrajnościami.
 
Taka wizja świata brzmi odlegle, ale przerażająco. Przynajmniej dopóki nie uświadomimy sobie, że ku takiej rzeczywistości dążymy już teraz, a wykreowane przez Lanthimosa uniwersum to następstwo czasów dzisiejszych. I choć reżyserowi można zarzucić, że nie wytłumaczył widzowi, w wyniku jakich zdarzeń powstał tamtejszy świat, zapewne był to zabieg celowy. Bo to nie jest świat, którym nagle zawładnęły despotyczne władze czy zagrażające człowiekowi technologie. To świat, który powstał z tego, co mamy dziś. Już teraz miłości szukamy poprzez mnożące się portale randkowe, na których wystarczy wypełnić odpowiedni formularz, aby system automatycznie wygenerował partnera idealnego. Już teraz bycie samotnym w pewnym wieku uważamy za coś nienormalnego. Już teraz wolimy wyrzec się siebie, aby znaleźć sobie drugą połówkę. Nieważne, czy będzie dopasowana; ważne, żeby po prostu była, bo inaczej będziemy skazani na odmienność. W dobie internetu i smartfonów uczucia straciły na znaczeniu. Lepiej jest pisać, niż rozmawiać. W końcu łatwiej w e-mailu wyrazić emocje, niż wypowiedzieć je na głos. Nie mówiąc już o patrzeniu komuś w oczy. Miłość stała się produktem, który można wyrzucić do kosza, zamiast naprawić, a pogoń za innymi dobrami doczesnymi przyćmiła jej wartość. Coraz częściej ludzie ulegają absurdalnym podziałom; zazwyczaj są tylko dwie strony i nic pomiędzy nimi. Po którejś trzeba przecież stanąć. Doskonałym tego przykładem są dyskusje wokół bieżącej sytuacji politycznej; wystarczy wyrazić niezadowolenie z rządów partii, aby w zamian zostać uznanym za sympatyka opozycji. Co z tego, że w rzeczywistości wcale nie trzeba nim być. Dla wielu istnieje tylko czarne i białe, bez żadnych innych kolorów. Żyjemy w czasach, w których potrzeba odwagi, aby wyrażać siebie, gdyż tak naprawdę nie lubimy odmienności. Odmienność nas boli, bo zaburza ustanowiony odgórnie (przez nie wiadomo kogo) porządek. Tu pojawia się mowa nienawiści i akty przemocy. Szary świat Lanthimosa, w którym wszyscy mężczyźni mają to samo ubranie, nie jest więc szczególnie odmienny od dzisiejszego. Jest ponurą wizją przeszłości.
 
Lobster jest filmem surowym, pełnym neutralnych, często zimnych kolorów. Celowo przeciętna scenografia pokazuje widzowi uporządkowany, monotonny i idealnie zaprojektowany świat, co zresztą można powiedzieć także o kostiumach. Tu każdy ubiera się podobnie; mężczyźni mają ciemne garnitury, kobiety jednolite sukienki. Wśród tych wszystkich osób nikt nie wyróżnia się ekscentrycznym ubiorem czy indywidualnie wykreowanym stylem. Oglądając film, można odnieść wrażenie, że wszystko w nim jest formalne. Podobnej refleksji dostarcza również muzyka. Użyte w produkcji utwory to głównie znane dzieła klasyczne, które utrzymują wykreowaną przez reżysera pełną sztywności atmosferę. Nawet pozornie zabawne elementy są poniekąd tragiczne w całej swej śmieszności. Film tworzy nastrój poprzez oszczędne środki wyrazu i minimalizm. Nie poznajemy tu skomplikowanych historii z życia bohaterów ani ich przeszłości. Nie wiemy, dlaczego brat Davida stał się psem i dlaczego główny bohater wziął rozwód. Może dlatego, że nie to chce nam opowiedzieć reżyser. Choć dla nas postacie mogą pozostać jednowymiarowe, w rzeczywistości mają bardzo rozbudowany portret psychologiczny. Tu nie chodzi jednak o nie, a o mechanizmy rządzące światem, w którym żyją. Dlatego oszczędna gra aktorska Colina Farrella bardzo tu pasuje. 
 
Tworząc Lobstera Yorgos Lanthimos nie chciał opowiedzieć nam historii człowieka, który szybko musi znaleźć partnerkę. Na swój oryginalny, symboliczny sposób pokazał po prostu, do czego dążymy. Pokazał pewien świat bez półśrodków i kompromisów, który w swej inności bardzo przypomina nasz własny. Świat, w którym nieustannie odlicza się kolejne dni, aż w końcu jest za późno, aby coś zmienić. I gdy to sobie uświadomimy, może się okazać, że to odliczanie nabierze zupełnie nowego znaczenia.

Leave a comment



Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 12 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia