Nastoletnia dystopia

Dawca, książka Lois Lowry, kilkadziesiąt lat temu była bestsellerem. Po latach zwrócili się po nią filmowcy, tworząc napakowanego gwiazdorskimi nazwiskami (znalazło się nawet miejsce dla Taylor Swift) Dawcę pamięci.
 
W przeglądzie również o: filmie Woody’ego Allena Magia w blasku księżyca, thrillerze Blue Ruin, hiszpańskim 10 000 km, dramacie Wyjątki z Dekalogu i rozgrywającym się podczas palestyńsko-izraelskiego konfliktu Rock The Casbah.

 
Dawca pamięci
 
Jonas żyje w fikcyjnym świecie tylko z pozoru pozbawionym wad. Społeczeństwo jest szczęśliwe, a pojęcia wojny, wyboru czy uczuć nie są znane. Każdy ma przypisaną jakąś rolę i żyje wg określonych reguł. W wieku 12 lat chłopak dowiaduje się, że ma zostać „odbiorcą wspomnień”. Zaczyna szkolenie pod okiem byłego „odbiorcy”. Jonas wkracza w prawdziwy świat i zdaje sobie sprawę, że społeczność, w której żyje, to wielkie kłamstwo.
 
Już od dłuższego czasu można zauważyć spory przyrost adaptacji młodzieżowych powieści fantasy. Przeważają dystopie, jak święcące triumfy Igrzyska śmierci czy Niezgodna. Dawca pamięci wydawał się na tle kolejnych nudnych klonów pozycją nieco ciekawszą. Opartą w końcu o dobrą książkę z 1993 roku z wielkimi gwiazdami w obsadzie (Meryl Streep, Jeff Bridges). Pozory mylą – pod ładnym opakowaniem film skrywa pustkę.
 
Fabularna rzeczywistość przepełniona jest absurdami i przewidywalnymi rozwiązaniami. Bohaterowie nakreśleni są bardzo schematycznie i zagrani sztucznie. Z miernej obsady wybijają się Bridges i Streep, którzy pokazują aktorską klasę i wyciskają ze scenariuszowych płycizn maksimum możliwości. Wiele scen razi kiczem i patosem tak dużym, że aż ociera się o niezamierzoną śmieszność. Pozytywnie można spojrzeć tylko na piękne zdjęcia Rossa Emery’ego, ale i one nie ratują filmu.
 
 
 
 
 
 
Magia w blasku księżyca
 
Wei Ling Soo jest znakomitym iluzjonistą, ale prawie nikt nie wie, że za jego sceniczną maską kryje się pyszny Anglik Stanley niecierpiący wszelkich spirytystów. Namówiony przez przyjaciela przyjeżdża do położonej na Lazurowym Wybrzeżu posiadłości rodziny Catledge. Udaje biznesmena, aby zdemaskować kobietę-medium, Sophię, która podobno potrafi czytać w myślach i rozmawiać z duchami. Jednak sam Stanley wpadnie w sidła uroku kobiety…
 
Magia w blasku księżyca opiera się na prostym i odwiecznym kontraście: szkiełko i oko vs. czucie i wiara. Przewidywalność nie jest jednak rzadkością w filmach Woody’ego Allena, w końcu większość jego komedii skonstruowanych jest wokół klasycznego wzorca. Ważniejsze są u niego inteligentne dialogi i charakterystyczny, utrzymany w aurze jazzu klimat. Magia w blasku księżyca to jego średnia półka. Obsada dobrana jest idealnie, zdjęcia są śliczne, a film lekki i zabawny. Nie da się jednak ukryć, że to produkcja dość błaha, a wątek miłosny mógłby być znacznie ciekawiej napisany.
 
 
 
 
 
 
Blue Ruin
 
Dwight to samotnik z wyboru. Mieszka na plaży i śpi w swoim starym samochodzie. Nagle jego spokojne życie z dala od cywilizacji zostaje zburzone. Pod wpływem szokującej wiadomości musi wrócić do dzieciństwa, by ocalić bliskich przed poważnym niebezpieczeństwem. Demony przeszłości zmienią tego wrażliwego człowieka w mściciela wymierzającego odwet za zbrodnię, która rozbiła jego rodzinę.
 
Drugi film Jeremy’ego Saulniera to bardzo dobry niezależny thriller; kino zemsty na wysokim poziomie. Główny bohater nie jest kolejnym Arnoldem Schwarzeneggerem, a Blue Ruin filmem sensacyjnym. Zemsta przerasta Dwighta zarówno fizycznie, jak i umysłowo. To bezdomny, oderwany od rzeczywistości, żyjący z dala od ludzi, a przede wszystkim (z pozoru) niezdolny do przemocy. Nie potrafi przewidzieć prostych konsekwencji swoich czynów, najpierw działa, później… nie myśli nad tym, co zrobił. To gorzki obraz zemsty – konflikt sięga tak wiele lat wstecz, że obie strony wiedzą tylko to, że powinny się nienawidzić, a wszelkie porozumienie jest niemożliwe do osiągnięcia. Świat Saulniera jest realistyczny i krwawy, choć niepozbawiony czarnego humoru. Blue Ruin to dzieło brutalne, pełne napięcia i przepełnione specyficzną poetyckością.
 
 
 
 
 
10 000 km
Sergi i Alex to młoda para planująca wspólną przyszłość. Pewnego dnia kobieta wyrusza z Barcelony do Los Angeles, gdzie otrzymuje propozycję trwającego rok stażu. Obserwujemy spędzony razem poranek, a później związek na odległość tylko z pozoru charakteryzujący się obecnością drugiego człowieka – rozmową na ekranie komputera. To właśnie przez internetowe komunikatory śledzimy wzloty i upadki tej pary.
 
Debiut Hiszpana Carlosa Marques-Marceta powiela sporo błędów typowych dla początkujących reżyserów. Film gubi czasem rytm, scenariusz trąci banałem, a aktorom zdarza się przesadzać z ekspresją. Ale z drugiej strony daleko 10 000 km do miana nieudanego. W Hiszpanie widać talent i twórczą odwagę. Bardzo kameralna forma (tylko z dwójką aktorów) pozwala stworzyć subtelną, intymną historię związku zbliżającego się powoli do rozkładu. Reżyser korzysta z różnych zdobyczy technologii (maile, Skype, Google Maps), które, jakkolwiek nowoczesne by nie były, nigdy nie oddają poczucia fizycznej obecności drugiego człowieka. Mimo wad, film Marques-Marceta to intrygująca opowieść o żalu, tęsknocie i niewysłowionej pustce.
 
 
 
 
 
Wyjątki z Dekalogu
Młoda badaczka zajmująca się resocjalizacją zamkniętych w szpitalu psychiatrycznym pacjentów prosi o pomoc pastor Helen. W ten sposób Helen poznaje Drengena, chłopaka fanatycznie wierzącego w Boga. Młody człowiek trafił do zakładu po zabójstwie dwóch starszych ludzi. Bohaterowie odnajdują się jakby wbrew całemu światu, w innej czasoprzestrzeni…
 
W zasadzie nie wiadomo, po co Wyjątki z Dekalogu powstały. Nie sprawdzają się ani jako opowieść o starciu wiary z nauką, ani też jako historia, że za każdym człowiekiem kryje się jakaś zagadka. Okazuje się, że owa zagadka jest niezwykle prosta do rozwikłania, wręcz banalna. Ot, wystarczy powiązać ze sobą parę słów, przeczytać podstawy psychoanalizy (wystarczą te sprzed kilkudziesięciu lat), i voilà. Wyjątki z Dekalogu nie dają satysfakcjonującej odpowiedzi na żadne zadane pytanie, pozostawiają za to spory niedosyt, którego nie rekompensuje niezłe aktorstwo.
 
 
 
 
 
Rock The Casbah
1989 rok, trwa Intifada. Izraelscy żołnierze wyruszają do Strefy Gazy, aby nadzorować arabską ludność. Podczas patrolu przemierzający miasto mężczyźni zostają obrzuceni przez okolicznych kamieniami. Jeden z żołnierzy ginie pod spadającą na niego pralką. Winowajców nie udaje się złapać. Żołnierze otrzymują rozkaz stacjonowana na dachu domu do czasu odnalezienia sprawców. Muszą odnaleźć się w otaczającym ich wojennym chaosie.
 
Zajęcie arabskiego domu przez izraelskich żołnierzy jest tutaj metaforą serca konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Mieszkańcy z dnia na dzień, bez pytania, muszą dzielić dom z obcymi ludźmi. Ci z kolei zaczynają rządzić się tak, jakby byli u siebie. Początkowy bierny opór mieszkańców nie pomaga, a z kłopotliwej sytuacji rodzi się poważny problem. Yariv Horowitz realistycznie podchodzi do tematu wojny. Początkowe dynamiczne sceny akcji mogą zmylić, bowiem później sytuacja jest zdecydowanie bardziej wyciszona. Tak jak na wojnie, która nie składa się tylko ze strzelania, ale także z oczekiwania na kolejny ruch przeciwnika. Reżyser przyznał zresztą, że wiele wydarzeń przedstawionych w filmie opartych jest na faktach. Horowitz nie skłania się jednoznacznie ku żadnej ze stron wojny, sprawiedliwie rozdziela racje. Umiejętnie oddaje grozę konfliktu nie poprzez działania militarne, ale wiszącą w powietrzu wzajemną nienawiść. Choć rozgrywa się pod koniec lat 80., wciąż przedstawia wydarzenia aktualne, niezmienne od lat.
 
 

Leave a comment



Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 11 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia