Nigdy? A może zawsze?

 

Nigdy, przenigdy – te dwa wyrazy opanowały internet. Niemal każdy, kto przeczytał najnowszą wydaną w Polsce książkę Colleen Hoover i Tarryn Fisher, nadużywa ich, jak tylko się da. Czy naprawdę nie można się bez nich obejść? 

Tytuł: Never, never
Autorki: Colleen Hoover, Tarryn Fisher
Wydawnictwo: Otwarte
Egzemplarz recenzencki otrzymany od: nieprzeczytane.pl

Jakiś czas temu internet huczał o Ugly love, wszędzie aż roiło się od „brudnej miłości”. Teraz wszystko krąży wokół tajemniczego „nigdy, przenigdy”. Zaczęło mnie to denerwować i postanowiłam sięgnąć po tę książkę, aby przekonać się, czy naprawdę to stwierdzenie musi pojawić się WSZĘDZIE. Okazało się, że wcale nie. Zdecydowanie wolę „zawsze” – i tego się trzymam.

Never, never jest kolejną książką Colleen Hoover z gatunku New Adult, jednak tym razem autorka nie ograniczyła się do własnego spojrzenia na historię – napisała ją razem ze swoją przyjaciółką Tarryn Fisher, którą znamy już z Mimo moich win. Jak doskonale wiemy – aby książka okazała się udana, duet musi być zgrany. Chyba się udało: książkę podzielono na trzy części, z których każda stanowi integralną część całości, tak że wspólnie dopełniają się i tworzą spójną opowieść. 

Charlie i Silas byli udaną parą. Byli. Dopóki nie rozłączył ich pewien incydent, który sprawił, że wszystko się zmieniło niemal nieodwracalnie. Charlie stała się kimś innym, kimś, kogo Silas nie rozpoznawał. Okazuje się jednak, że nie tylko ona była winna. Oboje popełnili błędy, i oboje muszą za nie zapłacić. Czym? Dlaczego? I jak to wszystko się skończy?

Lubię niekonwencjonalne motywy pojawiające się w powieściach i przyznaję: ten, który pojawił się w Never, never, mnie zaintrygował. Poczułam powiew świeżości – w końcu coś, co nie jest powielane z książki na książkę. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że – owszem – pomysł pozostał ciekawy, ale jego realizacja zaczęła przypominać desperackie dążenie do celu, którego nie ma. Przez wszystkie części śledzimy losy bohaterów, obserwując ich zachowania, dowiadując się o nich coraz więcej i poznając ich od podszewki. Każda z nich jest jakby sprawozdaniem z poszczególnych okresów utraty pamięci i próby jej przywracania. Cała historia w pewnym momencie zaczyna przypominać śledztwo, które czytelnik musi wszcząć razem z Charlie i Silasem.

Podobała mi się ta przygoda i przez dłuższy czas czytałam tę książkę z wypiekami na twarzy i z zapartym tchem łączyłam kolejne fakty, dopóki… nie stało się to nieco nudne. Zaczęło mnie męczyć to ciągłe wracanie do punktu wyjścia i bycie przedmiotem manipulacji i marionetką w rękach autorek. Mniej więcej pod koniec drugiej części zaczęłam na siłę przewracać kolejne kartki i wręcz błagać w duchu, aby ta cała zabawa w kotka i myszkę się skończyła. A gdy w końcu dobiegła końca, nie poczułam się ani trochę spełniona. 

Choć historię przedstawioną w powieści mogę uznać za interesującą, akcję – niekoniecznie: wolna, monotonna i nużąca. Jedyne, co trzymało mnie „przy życiu”, to dosyć pomysłowa kreacja bohaterów. Zarówno Charlie, jak i Silas byli sobą – zagubieni w świecie, który ich otacza, szukający odpowiedzi na pytania… Prawdziwe bliźniacze dusze. Teoria dotycząca przeznaczenia mnie nieco przekonała (albo inaczej: w końcu coś się ruszyło, pojawił się punkt kulminacyjny, który dał nadzieję na rozkręcenie się akcji), a to, co działo się później, nawet sprawiło, że chciałam zmienić swoje zdanie co do tej książki. Niestety, tak to już bywa, że nawet jeśli podoba ci się tylko pewna część, i tak nie zmienia to faktu, że reszta cię – delikatnie mówiąc – odciąga od lektury. 

Mimo że nie do końca podobało mi się Never, never, jestem pełna podziwu dla tego, w jaki sposób autorki stworzyły świat przedstawiony powieści, bohaterów i całą tę otoczkę. Poruszony temat jest ciekawy, ale razi niewiarygodnością. Tak to już ze mną jest, że nawet odrobina fantastyki mnie gubi… 

To, że i Ugly love, i Never, never niezbyt przypadły mi do gustu, nie świadczy o tym, że kończę swoją przygodę z Colleen Hoover. Nie byłabym sobą, gdybym tak postąpiła. Nie da się dogodzić wszystkim, a ślepe podążanie za tłumem nie jest dla mnie, dlatego właśnie ja biegnę odpocząć od tej powieści, a wy – jeśli macie ochotę – przekonajcie się sami, jak to z nią jest, i poznajcie historię platońskich połówek w nowoczesnym wydaniu! Może pokochacie ją całym sercem, a może zgodzicie się ze mną. 

Leave a comment



Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 11 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia