Nie ma nic przyjemniejszego, niż usiąść w fotelu, z książką w dłoni i po raz kolejny zanurzyć się w opowieści ze świata, którego członkiem stało się dobre siedem lat temu. Cassandra Clare powtórnie zabiera czytelników do miejsc, gdzie obok siebie żyją Przyziemni i Podziemni, a pokoju i bezpieczeństwa strzegą ziemscy wojownicy anioła Razjela – Nefilim.

 

Tytuł: Pani Noc
Cykl: Mroczne intrygi
Autor: Cassandra Clare
Wydawnictwo: MAG

 

Minęło pięć lat od czasu wybuchu Mrocznej Wojny (która miała stać się ostateczną zagładą Nocnych Łowców i przejęciem władzy przez Sebastiana Morgersterna) oraz zawarcia Zimnego Pokoju mającego na celu uczynić z Faerie przeklęty, zakazany odłam Podziemnych. Niestety, w niektórych przypadkach czas nie leczy ran, a wspomnienia są ciągle żywe i bolesne.
Emma Carstairs,  nie jest już dwunastoletnim podlotkiem, a odważną, pewną siebie Nocną Łowczynią, która nieustannie szuka zabójcy swoich rodziców. Dzięki przypadkowi dowiaduje się o serii brutalnych morderstw nawiedzających Los Angeles, które łączą się dodatkowo ze śmiercią jej bliskich. Przy pomocy swojego parabatai – Juliana Blackthorna, rozpoczyna śledztwo, mające doprowadzić ją do mordercy i wymierzenia mu słusznej kary. Jak się okazuje, to dopiero początek problemów. Przybywające do Instytutu poselstwo Faerie w geście dobrej woli oddaje rodzinie porwanego i wcielonego do Dzikiego Polowania brata Juliana, Marka. Jednak nie ma nic za darmo. W ramach zapłaty Nocni Łowcy mają ująć sprawcę i oddać go w ręce Ciemnego Dworu. Czy bohaterowie zdecydują się działać poza prawem i przyjąć na siebie odpowiedzialność w razie niepowodzenia?

Pani Noc jest doskonałą kontynuacją bestsellerowej serii Dary Anioła i jestem pełna podziwu dla Cassandry Clare, że nie bała się wprowadzić do historii Nocnych Łowców kogoś innego, niż Jace i Clary. Mogłabym także godzinami zachwycać się (z niewielką nutką zazdrości) pomysłowością i wyobraźnią autorki, która w ponad ośmiuset stronach zawarła wszystko, do czego zdążyła nas przyzwyczaić w poprzednich seriach – przede wszystkim niesamowitą umiejętność tworzenia bohaterów oraz fantastyczną wprawę w konstruowaniu chwytliwych historii.

Bardzo podobało mi się przedstawienie niezwykłej więzi, która łączyła całą rodzinę Blackthornów – ich radości, smutków i problemów wynikających z utraty rodziców. Nikt nie został pominięty i każdemu poświęcano tyle czasu, na ile zasługiwał. Dzięki Markowi, Tiberiusowi, Livvy, Dru i Tavvy’emu, życie Emmy i Juliana było pełniejsze i zdecydowanie ciekawsze.

Niezwykłe było też odejście od stereotypu, że to kobieta zazwyczaj scala całą rodzinę. Tutaj to Jules był matką, ojcem, kucharzem, pocieszycielem i obrońcą (a to tylko kilka z jego zadań). Wychowując własne rodzeństwo, zrezygnował ze swojego, a na to niewielu by się zgodziło. Jego rozwaga, umiejętność planowania, wrażliwość i zdecydowanie sprawiają, że byłby idealnym kandydatem na męża.

Także więź parabatai łącząca Em i Julesa została bardziej nakreślona. Okazało się, że nie była ona tylko błogosławieństwem (jak w przypadku Jace’a i Aleca), ale potrafiła również przynieść niewyobrażalny żal i poczucie nieuchronnej straty.

Trzeba przyznać, że napięcie, które wzrasta z każdą kolejną przewróconą stroną, nie znajduje swojego ujścia na końcu książki, a wręcz przeciwnie. Zakończenie przytłacza swoją brutalnością, przez którą przebija się nutka niedowierzania.

Dla fanów starej ekipy autorka także zgotowała nie lada niespodziankę – opowiadanie, w którym ponownie goszczą Clary, Jace, Simon, Isabelle, Alec i Magnus (taka mała rzecz, a tak cieszy). Szczególnie losy tych ostatnich wywołały u mnie niemałe zdumienie.

Na chwilę obecną nie pozostaje mi nic innego, niż cierpliwie poczekać na drugi tom Mrocznych Intryg, licząc po cichu na to, że będzie jeszcze lepszy i jeszcze dłuższy od pierwszego.

indeks

ZOSTAW ODPOWIEDŹ