Prawda czy zadanie?

Piękne niemieckie miasteczko zachwycające o każdej porze dnia, spontaniczne wypady nad Jezioro Bodeńskie, fotografia, liczne imprezy, przyjaciele i on – ten wspaniały, idealny wręcz mężczyzna, który sprawia, że twoje życie wydaje się aż nadto doskonałe i niewyobrażalnie szczęśliwe. Czyżby…?

Tytuł: Ulubione momenty
Autor: Adriana Popescu
Wydawnictwo: Media Rodzina

Poznajcie Tristana. Tak, dobrze przeczytaliście – oto TRISTAN we własnej osobie, tyle że nieco odmieniony, już jakby zakochany i niepotrzebujący miłosnego eliksiru. Jest jeszcze Layla – czy to ta sama, którą w swoim utworze wspomina Eric Clapton? A może inna: zwykła dziewczyna, której największą pasją jest fotografia, a najskrytszym marzeniem podróż dookoła świata? Oboje wydają się szczęśliwi, w końcu mają swoje drugie połówki i nie muszą się przejmować kłopotami, bo są młodzi i poniekąd beztroscy. Rzeczywistość nie zawsze jest jednak taka kolorowa, na jaką wygląda. Nieźle się kamufluje, a przy tym zapędza wszystkich w kozi róg. To nie może się udać. Kolejna miłosna przygoda nie wchodzi w grę. Przecież to tylko (a raczej AŻ) przyjaźń… 

Bardzo lubię powieści, które mają w sobie to coś, co sprawia, że nie przerywam lektury nawet na chwilę. Zaszywam się w kącie i czytam, dopóki nie przewrócę ostatniej kartki i nie odetchnę po niezwykłej literackiej podróży. Ulubione momenty nie należą – niestety! – do tej kategorii. O nich można bardzo łatwo zapomnieć, a bohaterowie nie wychodzą poza ramy książki, dlatego też nie można poczuć z nimi żadnej więzi. Czytelnicy tego potrzebują – ukłucia w sercu, przyspieszonego bicia serca, trzęsących się dłoni i mroczków przed oczami. Jako jedna z nich przed sięgnięciem po jakąkolwiek książkę liczę na naprawdę ciekawą historię, która na swój sposób mnie zaintryguje i wciągnie w wir wydarzeń, przez co nie będę w stanie się uwolnić z sideł akcji.

Adriana Popescu starała się przełamać stereotypy, ale jej się to nie udało. Każdy zabieg tak bardzo raził schematycznością, że miałam ochotę rzucić tę książkę w kąt i krzyczeć wniebogłosy. Cała powieść jest do bólu przesadzona i po prostu sztuczna. Nienaturalne są zachowania bohaterów, ich wypowiedzi i perypetie. Dialogi są nieco banalne i uproszczone, a akcja… nie kojarzę jej, a gdyby była, z pewnością nie umknąłby mi ten fakt. Jeśli jest – wskażcie mi dokładnie gdzie, inaczej nie uwierzę. 

Najbardziej irytowała mnie główna bohaterka, Layla. To ona sprawiła, że cała powieść otarła się o kicz przeznaczony dla ludzi nieznających się na literaturze i chcących wyłącznie coś poczytać. Te jej na siłę urozmaicające fabułę postępowanie utwierdziło mnie w przekonaniu, że istnieją kobiety bezrozumne, choć o większości z nich mówi się inaczej. Tylu monologów w życiu nie wypowiedziałam, w dodatku bez ładu i składu, a także głębi, która musi wprowadzać czytelnika do świata iluzji i czarnych myśli. „To tylko przyjaciel. Prawda?”, „Tristan jest tylko moim przyjacielem, to Olivera kocham”. Oczywiście! Miło, że Layli przyszło do głowy, że powinna się przejmować swoim stałym związkiem i nie ulegać wpływom obcych osób. Tristan nie był obcy – pracował jako rowerowy kurier, co oznaczało, że dziewczyna nie musiała się obawiać niczego – co może jej zrobić PRZYJACIEL? 

Jeśli wziąć pod uwagę poziom historii przedstawionej przez Popescu, można by stwierdzić, że „może być”. Ja jednak zwykle szukam powieści, które oprócz lekkiej i niewymagającej treści mają pewne przesłanie, które trafia do mnie po ich przeczytaniu i sprawia, że zastanawiam się nad wszystkimi możliwymi wariantami zakończenia, choć to już nastąpiło. Uwielbiam wciąż na nowo przeżywać czytelniczego kaca, ponieważ wówczas wiem, że jestem w pełni przygotowana do napisania rzetelnej recenzji. W przypadku Ulubionych momentów nie mogło być inaczej – musiałam przelać na papier wrzące w mojej głowie myśli i wyzwolić się z przytłaczającej atmosfery tej książki. 

Oczywiście skłamałabym, gdybym nie wymieniła również kilku zalet tej książki. Nie istnieje bowiem powieść idealna w każdym calu albo do granic możliwości zła. W każdej z nich można odnaleźć pewne jasne strony, które choć na chwilę pozwalają zapomnieć o irytujących bohaterach czy braku akcji. Jedną z tych jasnych stron była… fotografia. Czułam się doskonale, gdy mogłam przechadzać się uliczkami Stuttgardu (i nie tylko), podziwiać urok miasta samego w sobie, a także dostrzegać detale, które gdy zostają zauważone, stają się pełnoprawnymi bohaterami pierwszego planu. Przez jakiś czas miałam wrażenie, że jest to mój ulubiony moment tej lektury, ale wkrótce wróciły jej „wyrzuty sumienia” i trudno było mi przebrnąć przez nią bez szwanku. Po nieco ponad 300 stronach czułam się jak wrak, a jednak… nie wiem dlaczego i jak to w ogóle możliwe, czekam na kolejną część, by mimo wszystko zaspokoić swoją ciekawość i dowiedzieć się, czy Layla w końcu zmądrzała czy potrzeba jej większego wstrząsu.

Mam jeszcze zastrzeżenia do wątku miłosnego. Moim zdaniem został on z jednej strony wyidealizowany, a z drugiej spłycony. Czy możliwe jest aż tak skrajne potraktowanie fabuły? Jest, jeśli opisuje się uczucie, które jest zarówno piękne, jak i uciążliwe. Jeśli chodzi o „związek” Tristana i Layli, mam wrażenie, że autorka na siłę chciała pokazać coś niesamowitego, a nie do końca jej to wyszło. Owszem, cieszyłam się, że zrezygnowała z patetycznego i przesadnie wzorzystego stylu i że poruszyła kwestię małych rzeczy, które powinny czynić nas szczęśliwymi i spełnionymi, ale czy koniecznie musiała idealizować przy tym wszystko dookoła? Kurcze, w życiu bym nie pomyślała, że zwykła spontaniczność może urosnąć do rangi najważniejszego punktu tej powieści! 

Miłość Layli i Olivera została z kolei nadmiernie spłycona, przez co odczułam pewną przepaść między poszczególnymi fragmentami książki. Nie zrozumcie mnie źle – cenię sobie autorów, którzy potrafią przedstawić coś za pomocą czegoś i zestawić obie rzeczy na zasadzie kontrastu, ale uważam, że takie poprowadzenie fabuły nie należy do rozwiązań godnych pozazdroszczenia. Co nie znaczy, że postać złego męża jest w Ulubionych momentach zbędna. Wręcz przeciwnie: gdyby jej nie było, skreśliłabym ją od razu, nie doszukując się żadnych dobrych stron.

Pozwólcie, że postać Tristana pozostawię bez komentarza i pozwolę każdemu przyjrzeć się mu z bliska, bez żadnych sugestii dotyczących jego charakterystyki. Mogę napisać tylko jedno: polubiłam go za jego wrażliwość i mam nadzieję, że nie straci w moich oczach. A autorce daję jeszcze jedną szansę i liczę na to, że zakończy tę historię z honorem, gdyż pomysł okazuje się ciekawy dopiero wtedy, gdy jego wykonanie zmierza w dobrym kierunku. 

Podsumowania zwykle bywają trudne, ponieważ trzeba się w nich ostatecznie wypowiedzieć na temat całokształtu powieści. Niestety, to podsumowanie będzie nieco inne. Nie chcę się powtarzać, dlatego wystarczy, że polecę tę książkę tym, którzy nie liczą na ambitną i niekonwencjonalną lekturę, która ich ubogaci. A tym, którzy mają nadzieję na dobrą, pełną ciekawych zwrotów akcji i zabiegów literackich, dobrze radzę: jeśli nie chcecie się zawieść, lepiej poświęćcie swój cenny czas i ostatnie wakacyjne popołudnia na coś, co rzeczywiście będziecie miło wspominać i przeżywać na długo po przeczytaniu ostatniego zdania.

WydawnictwoMediaRodzina-3

Leave a comment



Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 12 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia