Opętanie w rytmie Elvisa

0
213

Lubimy się bać. Lubimy odczuwać strach i adrenalinę przepływającą w naszych żyłach wraz z krwią – oczywiście dopóki sami przebywamy w bezpiecznej pozycji. Podobne emocje gwarantują nam horrory; może dlatego jest to jeden z najpopularniejszych gatunków filmowych powstały już w pierwszej połowie XX wieku, gdy na ekrany kin wszedł Gabinet Doktora Caligari (1920) czy Nosferatu – symfonia grozy (1922). Ten drugi budził niemałe przerażenie wśród publiczności, która wierzyła, że odtwórca głównej roli Max Shreck jest prawdziwym wampirem. W istocie pierwsze filmy grozy były ściśle związane z rozwojem niemieckiego ekspresjonizmu, dziś natomiast stanowią nie lada rozrywkę dla masowego odbiorcy. Ich cel pozostał jednak niezmienny, a jest nim wywołanie u widza strachu. Dlatego głównymi bohaterami horrorów są zazwyczaj wampiry, wilkołaki, zjawy, demony czy zombie. Często fabuła oscyluje również wokół psychopatycznych morderców, zmutowanych zwierząt lub zabójczych epidemii. Horrorowi nieobca jest także parodia, czego doskonałym przykładem jest Mordercza Opona Quentina Dupieuxa, czy Mroczne Cienie Tima Burtona.

Filmów grozy nie charakteryzują jednak same zabójcze postacie, ale zbudowany wokół nich klimat. Zwykło się powiadać, że dobry film grozy to taki, w którym nic się nie dzieje, a cały czas odczuwamy strach. Horrorom towarzyszy aura mroku, akcja często odbywa się w nocy, zazwyczaj w ponurych miejscach, takich jak nawiedzone domy, zamczyska, lasy czy cmentarze. Wydarzeniom towarzyszy niepokojąca muzyka, a jednym z najbardziej popularnych zabiegów stosowanych przez twórców jest jump scare, czyli element polegający na nagłym przestraszeniu widza zaskoczeniem go donośnym hukiem czy znienacka wyskakującym z szafy potworem. Niestety, reżyserowie często nadużywają tego triku, jednocześnie nie budując napięcia, bez którego horror jest pusty i nieciekawy.

Możemy powiedzieć, że współcześnie do nieodłącznych elementów filmu grozy należy irracjonalne zachowanie bohaterów (zawsze idą tam, dokąd nie powinni; zawsze uciekają do piwnicy i zawsze w pustym, ciemnym domu pytają: kto tam?, jakby myśleli, że morderca da im odpowiedź) oraz często zakończenie, które ma dawać złudzenie happy endu, aż do momentu, gdy zamordowany dziesięć minut wcześniej potwór nie powstanie z martwych, aby dokończyć swego dzieła. Twórcy często darzą zainteresowaniem dzieci; one są zazwyczaj mostem między tym, co realne, a tym, co nadprzyrodzone. Bywają opętane, widzą duchy i rozmawiają ze zjawami.

Tak jest też w Obecności 2 Jamesa Wana, reżysera słynnej Piły, Naznaczonego czy Martwej ciszy. Patrząc na jego dokonania w dziedzinie filmów grozy, trudno nie ulec wrażeniu, że jest to jeden z lepszych twórców współczesnego horroru. Jego produkcje zazwyczaj okazują się sukcesem kasowym i zaskarbiają sobie wielu fanów. Obecność była objawieniem roku 2013. Serwis Rotten Tomatoes (ang. zgniłe pomidory), dzielący filmy na „świeże” i „zgniłe”, przyznał produkcji 86%, wyróżniając horror na tle innych powstałych w tym samym roku. Obecność została uznana przez krytykę i zarobiła ponad trzysta milionów dolarów.
 
Jej kontynuacja jest inna. Choć pod względem kasowym również odniosła sukces, trudno nie oprzeć się wrażeniu, że reżyser tym razem zwrócił uwagę nie tylko na samo opętanie, ale też na dużo ważniejsze kwestie. Dostajemy od niego film wprowadzający nas w życie badacza zjawisk paranormalnych, a raczej na związane z nim problemy i rozterki.
Tym razem Lorraine i Ed Warren zostają wysłani przez kościół do Londynu, aby zbadać sprawę młodej dziewczynki, którą najprawdopodobniej opętał demon. Jej sprawę uważają za jedną z najtrudniejszych w swojej karierze i jak się okazuje w dalszej części filmu, rzeczywiście taka jest. Lorraine, mimo swoich zdolności, nie jest w stanie wyczuć obecności złych mocy, a jej mąż niczego nie odkrywa. Mimo to przez długi czas są jedynymi osobami, które wierzą uciemiężonej rodzinie w obecność demona, coraz bardziej angażując się w sprawę, którą mieli odpuścić. I tu wkrada się wątek ich prywatności, kto wie, czy nie ważniejszy od reszty fabuły. Lorraine od długiego czasu dręczą ponure wizje, w których widzi śmierć Eda. Traktuje je jako ostrzeżenie, wierząc, że oboje powinni porzucić swoją pracę. Do tego też pragnie przekonać męża.
 
Obecność 2 to zawiły portret rozterek głównych bohaterów, zawieszonych między wzajemną miłością a zawodem, do którego zostali powołani. Widz przez cały film nie wie, co okaże się ważniejsze: wspólne życie w spokoju i harmonii czy pomoc uciemiężonym duszom. Odpowiedź nie jest tak jednoznaczna, jak mogłoby się wydawać, jednak poruszony obrazem miłości dwojga ludzi widz za wszelką cenę pragnie ich bezpieczeństwa, często piętnując działanie Eda Warrena, który za bardzo ryzykuje własne życie. Z czasem zaczynamy być przerażeni jego losem tak jak sama Lorraine. Poniekąd stajemy w jej miejscu, obserwując kolejne wizje kobiety i dając im wiarę. Nagle zaczynamy rozumieć niebezpieczeństwo ich pracy, problemy, które rodzi igranie z nieznanymi siłami. To zajęcie, od którego nie ma wakacji. Bo podąża ono za bohaterami wszędzie. 
 
James Wan potrafi doskonale sterować fabułą, powołując się na wykorzystane już motywy. W Obecności 2 przywołuje m.in. wielokrotnie ekranizowaną historię Amityville, o której słyszała większość wielbicieli filmów grozy, a już na pewno każdy pasjonat zjawisk paranormalnych. Reżyser igra z konwencją, dając nam to, czego potrzebujemy, aby czuć się zaspokojeni, czyli przerażająco ucharakteryzowane, wyskakujące znikąd demony, samoistnie poruszające się przedmioty i najbardziej niewinną istotę, jaka może zostać opętana, czyli dziecko. Fabule natomiast nadaje wątki dramatyczne, rodząc w widzu przywiązanie do bohaterów. Jednocześnie czyni z postaci osoby polegające na mocy Bożej, które swe umiejętności wykorzystują w służbie Najwyższemu, co tu nabiera nowego znaczenia, gdyż pokazane jest w odrębny i niejednoznaczny sposób. Warrenowie nie opierają się wyłącznie na sile Boga, ale także na świadomych decyzjach, bez których wszelkie podjęte działania zakończyłyby się porażką. Mimo wiary nie rezygnują z rozumu, a z siłami zła nie rozmawiają wzniosłymi biblijnymi cytatami czy słowami modlitwy, ale zwykłym, ludzkim językiem, któremu nie brak kolokwializmów.
 
Obecność 2 to jeden z tych nieprzewidywalnych horrorów, jednak trudno nie zauważyć, że tym razem klimat ustępuje miejsca realizmowi i wątkowi dramatycznemu. Nie ma w tym nic dziwnego; tu opętanie jest traktowane po ludzku – dla jednych bywa sensacją bądź naukową fascynacją, dla innych wymysłem stworzonym dla popularności. Niektórzy w nie wierzą, inni nie. Co łączy wszystkie te grupy? To, że każda o nim opowiada, tworząc własne, niekoniecznie przydatne spekulacje. Jesteśmy w końcu w realnym świecie, a nie w odosobnionej mrocznej krainie bez ludzi, mediów i organów ścigania. Strach w filmie wywoływany jest głównie wspomnianymi wyżej jump scare’ami, co w tym wypadku nie jest wadą, gdyż zostaje użyte przez twórców bardzo rozmyślnie.
Jeszcze inną sprawą są wykorzystane w filmie nadnaturalne postacie, które tu mają swoje określone znaczenie. Bo o ile w wizjach Lorraine widzimy przerażającego demona w stroju zakonnicy, o tyle nie możemy powiedzieć, aby strachem napawała nas kreskówkowa postać w zgrabnym kapelusiku pochodząca z dziecięcej zabawki. Nie możemy jednak zapomnieć, że straszy ona tylko jedną osobę w domu – najmłodsze dziecko. Gdy to sobie uświadomimy, nasze początkowe zażenowanie kreskówkowym demonem zupełnie znika. Bo w tym właśnie ruchu widać kunszt reżysera, który najpewniej wie, że dla dorosłego widza będzie to moment śmieszny. Ale chwilę potem ten sam widz przypomni sobie, co go przerażało w dzieciństwie. Może był to klaun, może stary pluszak patrzący z wysokiej szafy, a może bajki o duchach. Zastosowany przez Wana zabieg zmusza nas do refleksji nad samym strachem: jak różnorodny może być i jak mnogą może przyjąć formę.
Samą zapowiedź kontynuacji Obecności przyjęłam z dystansem i powiem szczerze – niemałym lękiem. Trudno nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że kontynuacje dobrych horrorów zazwyczaj okazują się niewypałem, czego doskonałym przykładem może być sequel filmu Sinister z 2012 roku. Tutaj jest inaczej. James Wan po raz kolejny stworzył dobry film grozy, choć zupełnie inny od jego poprzednika. Nie powielił chwytów z Obecności, zaprezentował inne, równie ciekawe. Uwypuklił wątek małżeństwa Warrenów, który w części pierwszej nie był szczególnie istotny. W dodatku wykorzystał swoje niebanalne poczucie humoru, które często objawiało się w najbardziej tragicznych momentach, rozładowując towarzyszące zdarzeniom napięcie, ale nie powodując całkowitego rozprężenia. Miłym dodatkiem okazało się wprowadzenie do oprawy muzycznej utworów Elvisa Presleya i uczynienie go ulubionym wykonawcą opętanej dziewczynki oraz jej rodziny. Nawet dodając do całej historii nieco ciepła i uroku, Wan po raz kolejny udowodnił że zna mechanizmy rządzące horrorem i potrafi je wykorzystać na swój własny, autorski sposób. Nawet jeśli okazują się one zaskoczeniem dla widza.
UDOSTĘPNIJ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ