Wywiad z Wiolettą Sawicką

W końcu przyszła pora na dawno obiecany wywiad z Wiolettą Sawicką, autorką wspaniałej „kociej” serii i rewelacyjnej powieści Dzień cudu. Pisarka odpowiadała na pytania, które zadawali uczestnicy wieczornych pogaduszek zorganizowanych przez naszą redakcję podczas akcji promocyjnej Dnia cudu (a pytaliśmy o naprawdę wiele). Przekonajcie się sami!

Jak się zaczęła pani przygoda z pisaniem? Jakich rad udzieliłaby pani początkującym pisarzom?

Zaczęłam pisać z przypadku po powrocie z emigracji. To pisanie było moją terapią. W ogóle nie planowałam wydawać Wyjdziesz za mnie, kotku? Ale namówiono mnie. Wahałam się kilka miesięcy, zanim wysłałam powieść tylko jednemu wydawcy – Prószyńskiemu – a on ją przyjął. Tak to wyglądało. Samo pisanie stało się moją potrzebą. Nie jestem uprawniona do udzielania rad, oprócz jednej: piszcie, jeśli czujecie w sobie taką potrzebę.

Czy utożsamia się pani z którymś z bohaterów swojej najnowszej powieści? Jeśli tak, to dlaczego?

Utożsamiam się zarówno z Hanką, jak i z Piotrem. Gdy pisałam o Hance, stawałam się nią. Miałam jej emocje, wrażliwość. Tak samo było w przypadku Piotra. Byłam nim. Ma moje powiedzonka, lekki cynizm, trochę przeklina jak ja, gdy szef mnie wkurza. Jestem trochę męskim typem, dlatego pisanie męskiej części powieści sprawiło mi przyjemność.

Czy w pani powieściach są wątki autobiograficzne?

Oczywiście. Myślę, że wielu autorów mniej lub bardziej sprzedaje siebie w swoich książkach. Najwięcej tej autobiografii jest w „kociej” sadze. Anna, podobnie jak ja, jest dziennikarką, podobnie jak ja wyjechała do Szwecji i podobnie jak ja ma niczym niezastąpiony deficyt ojca. Ojciec jest klamrą spinającą całą sagę. Od jego postaci zaczyna się tom pierwszy i na nim kończy trzeci. Polecam.

Jak się pani czuje, widząc swoje książki na półkach księgarń? Czy spodziewała się pani aż takiego sukcesu? 

Nie sądzę, żeby był to jakiś wielki sukces. Prawdę mówiąc, chyba nie jestem szczególnie znana. Wydałam dopiero cztery książki. Piątą piszę. Są autorki, które mają po kilkadziesiąt za sobą. Jednak nie wstydzę się swoich powieści. Mogę je polecać z podniesionym czołem. Ich widok w księgarniach jest miły, to na pewno, ale nie towarzyszą temu tak wielkie emocje jak przy pierwszej. Kiedy zobaczyłam na półce Wyjdziesz za mnie kotku?, uciekłam z księgarni. Wróciłam dopiero na drugi dzień.

A o czym będzie piąta książka?

Tytuł roboczy to Wyspy szczęśliwe. A jednym zdaniem: będzie o tym, jak z dnia na dzień rozsypuje się całe życie, a potem trzeba je składać na nowo. Historia, którą opisuję, wydarzyła się naprawdę.

Jak bardzo różni sie tekst w wydanej książce od pierwowzoru, czyli pani pomysłu notatek, zapisków?

Różni się tylko pracą redakcyjną. Treść jest taka sama, jak napisałam. Dzień cudu pisałam przez trzy miesiące. Ta powieść mnie niosła.

„Są słowa, które ranią, ale są też takie, których brak boli najbardziej”. Jakie słowa potrafią zranić panią najbardziej, a których brak zabolałby jeszcze bardziej?

Nie wiem, jak bym się czuła, gdyby nikt mi nigdy nie powiedział, że mnie kocha. A te wszystkie rzucane bez zastanowienia „jesteś głupia czy głupi”, „nic nie potrafisz”, „na niczym się nie znasz”, „wszytko psujesz” itp. są bardzo przykre. Słysząc je, często zaczynamy w nie wierzyć. Funkcjonujemy inaczej, gdy słowa dają wsparcie.

Co pani sądzi o cudach w dzisiejszym zabieganym świecie? Czy potrafimy je dostrzec i docenić, czy przechodzimy obojętnie, nie zauważając ich?

To zależy, czym jest dla nas cud. Dla mnie są to zarówno małe radości, jak i spektakularne wydarzenia. Uważam, że każdy dzień jest swoistym cudem, gdyż nigdy więcej się nie powtórzy. Uśmiech dziecka, czas spędzony z bliskim, spacer w ładną pogodę, dobra książka, smaczny posiłek – to zwykłe cuda codzienności, których w naszym zabieganiu często nie umiemy docenić.

Przyznam szczerze, że dotychczas nie czytałam żadnej z książek pani autorstwa. Ale patrząc na tytuły i okładki, czuję, że muszę nadrobić zaległości i dodać je do mojej czytelniczej listy. Jak w postaci trzech zachęt/argumentów zachęciłaby mnie pani do sięgnięcia po te powieści?

Trzy argumenty? Proszę bardzo!
1. Niosą za sobą pozytywne przesłanie.
2. Dostarczają wielu emocji.
3. Ich bohaterowie są prawdziwi, a nie wykreowani na siłę.

W swojej najnowszej książce porusza pani kwestię braku okazywania uczuć swoim najbliższym, a w szczególności relacji między rodzicami a dziećmi. Dzieci czują się gorsze, mniej wartościowe. Obserwując swoje otoczenie, również to zauważam. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje. Może ma na to wpływ zmiana stylu naszego życia, pęd, kariera, brak czasu? A jakie pani spostrzeżenia?

Zgadzam się z panią. Mamy – niestety – coraz mniej czasu dla dzieci. A nawet gdy jesteśmy z nimi, to często jesteśmy bardziej pochłonięci ekranami smartfonów niż zabawą czy rozmową. Sama obecność obok to za mało. Poza tym ta codzienna gonitwa budzi w nas nerwowość i zestresowanie, co najłatwiej wyładować na słabszych, czyli na dzieciach. Nic dziwnego, że potem dzieciaki szukają innych wyjść dla siebie. Takich, w których poczują się dostrzeżone i ważne. Tyle teorii. Powymądrzałam się trochę jako pedagog. W praktyce sama jestem potwornie zaganiana i nie umiem zwolnić. Pracuję w kilku miejscach, piszę książki, mam deficyt czasu, który zabieram mojej pryszczatej nastolatce. Tyle tego, że w tym wieku rodzice schodzą na dalszy plan. Bardziej liczy się grupa rówieśnicza. Ważne jednak, aby w tej grupie dorastające dziecko dokonywało właściwych wyborów.

Życie potrafi zaskakiwać. Tak było w przypadku Hanki z Dnia cudu. A czy panią życie zaskoczyło w sposób, jakiego by się pani nigdy nie spodziewała? 

Jasne. Nie spodziewałam się, że będę pisać książki. A ja zaskoczyłam tym wszystkich – zwłaszcza kolegów radiowców, którzy widzieli we mnie polityczne zwierzę gryzące polityków. Przez 15 lat pracy w radiu to była moja działka. Nikt nie znał mojej wrażliwej strony.

Podobno gdy zamierza się czytać Dzień cudu, trzeba zaopatrzyć się w paczkę chusteczek. Czy pani zamiarem od samego początku było napisanie powieści, która będzie tak emocjonalna i smutna?

Nigdy nie zakładam, że napiszę smutną czy wesołą powieść. Nie podchodzę do tego tak warsztatowo. W dużej mierze wszystko toczy się samo podczas pisania. Ale lubię, gdy w książce są emocje. Książka jest bezbarwna, jeśli czytając, nic nie czujemy. Dzień cudu smutny? Chyba nie do końca. Są momenty zabawne. Ale przede wszystkim niesie dużo nadziei i dobrego przesłania, a to jest chyba najważniejsze. Tak mi się przynajmniej wydaje.

Jak się pani czuje, kończąc pisanie książki? Czy postawieniu ostatniej kropki w tekście towarzyszą jakieś szczególne emocje? Na przykład smutek, spowodowany rozstaniem z ulubionymi bohaterami powieści?

Tak, tak, tak. 3 razy tak. Czuję straszny smutek, że rozstaję się z moim bohaterami. Przez kilka miesięcy pisania byli moją rodziną, kimś bardzo bliskim, i nagle odchodzą w swój świat. Potrzebuję kilku miesięcy, by odchorować ich odejście i otworzyć się na nowych bohaterów. 

Leave a comment



Marysia K

1 rok ago

Czytając Dzień cudu zdecydowanie czułam ze to powieść napisana lekkim piórem, mimo że poruszajaca temat bardzo delikatny. Dobrze ze mam swój egzemplarz, bo miejscami nosi ślady łez

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 12 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia