Big Red Tequila

Rick Riordan przyzwyczaił swoich czytelników do magicznych książek, w których głównymi bohaterami oprócz dzielnych, młodych ludzi są bogowie – greccy, egipscy czy nordyccy. Niesamowite połączenie współczesności ze starożytnymi mitologiami przyciągnęło uwagę rzeszy młodych ludzi (i nie tylko), sprawiając, że wujek Rick (jak zwykł mówić o sobie pisarz) stał się jednym z najbardziej poczytnych autorów. Jednak tym razem Rick Riordan postanowił zwrócić się ku nieco starszym odbiorcom i, powiem szczerze, wyszło mu to całkiem interesująco.

Tytuł: Big Red Tequila
Cykl: Tres Navarre
Autor: Rick Riordan
Wydawnictwo: Galeria Książki
Egzemplarz recenzencki otrzymany od: megaksiazki.pl

Dziesięć lat zajęło Tresowi pogodzenie się z przeszłością, a raczej zaprzestanie ciągłej ucieczki przed bolesnymi wspomnieniami dotyczącymi morderstwa ojca, którego był świadkiem jako nastolatek. Uzbrojony w znajomość wschodnich sztuk walki, doktorat z anglistyki i przyjemną aparycję (jak sam twierdzi), wraca do San Antonio, mając na celu rozwiązanie zagadkowej śmierci ojca oraz odzyskanie byłej dziewczyny. Ku niezadowoleniu swojego kota (swoją drogą już samo imię – Robert Johnson – mogło wywołać w zwierzęciu traumę) zamieszkują mało reprezentacyjne mieszkanie przy Queen Anne Street i niestety od tego czasu zaczynają się kłopoty Navarre’a: mężczyzna w ciągu zaledwie kilku dni zostaje postrzelony i napadnięty, a jego była ukochana znika w tajemniczych okolicznościach. Ktoś wyraźnie nie chce, by Jackson wracał do spraw, które dawno przykryła warstwa kurzu i zapomnienia.

Big Red Tequila jest pierwszym tomem cyklu Tres Navarre, którego główny bohater – nielicencjonowany detektyw i wielbiciel whisky – od pierwszych stron wzbudził moją sympatię. Pewnie spowodowane jest to faktem, że nie jest on ani trochę przerysowany czy wszechmocny; często wpada w kłopoty (i to zazwyczaj na własne życzenie), nie raz dostaje po pysku, ale zawsze się podnosi i ponownie pakuje w tarapaty (przecież nikt jeszcze nie umarł od obitej twarzy czy stłuczonych żeber, prawda?). Jednak nie tylko Navarre to postać, na którą warto zwrócić uwagę. Maia Lee, Guy White, Ralph Arguello czy Robert Johnson są tak doskonale nakreśleni i wyraziści, że z przyjemnością dałam się porwać historii, której byli namacalną częścią.

Powieść oddaje również niesamowity klimat Teksasu. Opisy tętniącego życiem małego miasteczka, w którym każdy zna każdego, popołudnia spędza się w barach, a wieczory na potańcówkach nad brzegiem Paseo del Rio, sprawiają, że czytelnik chciałby rzucić wszystko i dać się ponieść La Bambie. Oczywiście ten sielankowy obrazek poprzetykany jest widokiem mało sielankowych, zabitych dechami gospodarstw mających lata świetności daleko za sobą, biedy wyzierającej z robotniczych, dawno zamkniętych dzielnic czy mafijnych porachunków kończących się zazwyczaj dwa metry pod ziemią (ale i to ma swój niepowtarzalny urok).

Jeśli chodzi o samą akcję – naprawdę nie mam się do czego przyczepić. Były tu wszystkie podstawowe elementy, które powinna zawierać dobra powieść kryminalna, tj. pościgi, „strzelanki”, a także częste i gęste mordobicia. Dzięki temu, że cała historia była niezwykle uporządkowana, czytelnik mógł sam dokonywać retrospekcji, porównań czy wręcz używać dedukcji, która pomogłaby mu trafnie wytypować mordercę – mnie niestety się to nie udało i na końcu przeżyłam niezły szok. To, co wydawało się oczywiste, tak naprawdę wcale takie nie było, a ja w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że kiepski ze mnie Sherlock Holmes.

Zirytowała mnie tylko nieudana próba stworzenia trójkąta miłosnego Lilian–Jackson–Maia. Eksdziewczyna, która po dziesięciu latach przypomina sobie, że nadal czuje miętę do byłego chłopaka, a gdy znika, pojawia się kolejna eks czująca to samo… W pewnym momencie współczułam Tresowi tego, że jest facetem, bo widać było, że znajduje się między młotem a kowadłem.

Całość dopełnia wytłaczana okładka ze skrzydełkami przywodząca na myśl rancho z lat pięćdziesiątych, w którym na ogromnych połaciach nieużytków pasły się stada krów i bawołów (oczywiście zwierząt na okładce nie ma, to tylko moja wyobraźnia). Już nie mogę się doczekać, kiedy w moje ręce wpadnie Taniec wdowca – drugi tom przygód Texa i jego wesołej gromadki.

logo

Leave a comment



Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia