Bo książki czyta się do końca

0
172

Nie każdy powinien mieć dzieci. Trzeba umieć cieszyć się z cudu, jakim jest życie. Dziecko nie może być wynikiem przypadkowej nocy czy kolejnym elementem narzuconego nam stylu. To wyjątkowa istota, która na jego nieszczęście zależna jest całkowicie od rodziców. Każda decyzja, słowo, czyn, wszystko odbija się na psychice, na przyszłym jego losie. Dlatego nie wszyscy powinni mieć dzieci, takie moje zdanie. 

Po przeczytaniu Hopeless Colleen Hoover tylko utwierdziłam się w tym przekonaniu.

Tytuł: Hopeless
Cykl: Hopeless (tom 1)
Autor: Colleen Hoover
Wydawnictwo: Otwarte
 
Hopeless, wywodzące się z ostatnio popularnego nurtu New Adult, opowiada historię siedemnastoletniej Sky. Przez pierwszych kilkadziesiąt stron jej największym problemem jest to, że jeszcze nigdy się nie zakochała. Ba! Żaden chłopak nie wzbudził w niej innych emocji niż… obojętność. Wszystko zmienia się, gdy Sky spotyka przystojnego Holdera, który nie tylko budzi w niej uczucia, o których nie miała pojęcia, ale też jest jej przewodnikiem na trudnej drodze ku odkrywaniu przeszłości. Nic innego nie zdradzę. Im więcej można odkryć osobiście z kartek papieru, tym emocje są prawdziwsze. A oto w tym chodzi, prawda?
 
Zarwałam noc i kawał soboty, w końcu 424 strony to nie tak mało. Kiedy zaspokoiłam swoją ciekawość, wcale nie poczułam ulgi. Ciągle byłam w tym świecie, chciałam więcej. Choć gdzieś z tyłu głowy kłębił się pomysł, aby wyrwać kilka stron i zapisać je na nowo. Nie chodzi o to, że mam wygórowane mniemanie o sobie, nie, to nie to. Po prostu chciałam zapisać życie Sky jeszcze raz. Inaczej. Tak jak zasłużyła, nie tak, jak spisało je życie. Ale to nie byłoby zbyt mądre. I realne. Bo życie takie nie jest, a tego typu historie zdarzają się każdego dnia. Właśnie po to ma być literatura, nie tylko, aby zaspakajać czytelników, ale by ukazywać prawdę. Nawet tak trudną, bolesną i niesprawiedliwą.
 
Naprawdę myślałam, że to romans. Zanim sięgnęłam po tę książkę i jeszcze w trakcie kilkudziesięciu stron, byłam przekonana, że to historia miłosna Sky oraz onieśmielającego Holdera. Do połowy książki nazywałam ją nowym Zmierzchem, choć bez wampirów i sterroryzowanych wiewiórek. Ale potem wszystko zaczęło się komplikować, a ja z zawstydzeniem odrzuciłam nietrafne porównanie. Wtedy do książki zapukało życie.
 
Każdy z bohaterów ma w sobie odpowiednią funkcję oraz łatkę, którą spełnia w najlepszy z możliwych sposobów. Sky jest niesamowicie silna. Holder znośnie idealny. Six pojawia się zbyt rzadko, ale i tak wnosi uśmiech. Karen to superbohaterka. Nie mogę przyczepić się do żadnego bohatera. Dzielą się na dwie grupy: właśnie takie, jakie powinny być, i takie, jakie nie powinny się nigdy pojawić. No i znowu to PUK, PUK.
 
Ta historia po prostu rozszarpuje serce. Zmusza nasze umysły do refleksji, a powiekom nie pozwala odgonić łez. I daje pewien, może nawet niezamierzony, morał: nie odkładaj książki, zanim nie dobrniesz do ostatniej strony.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ