Kto za życia choć raz był w niebie, ten po śmierci nie trafi od razu…

Teatr nieustannie przekracza granice. Ten testuje wytrzymałość zarówno widzów, jak i aktorów. Głośne Dziady Michała Zadary zaangażowały niemal cały zespół Teatru Polskiego we Wrocławiu i zrzeszyły ogromną liczbę widzów niezłomnych, dla których spędzenie blisko czternastu godzin w teatrze jest jedynie przyjemnością. Oto Zadara jako pierwszy zdecydował się zrealizować czteroczęściowy dramat Adama Mickiewicza w całości, bez żadnych skrótów. W dodatku zrobił to z pomysłem, nieustannie bawiąc się konwencją. Twórcy wciągnęli widzów w niesamowity rytuał dziadów i towarzyszące mu zdarzenia, nie pozwalając nikomu zasnąć, nie pozwalając ulec zmęczeniu. I to akurat na kilka dni przed Świętem Zmarłych…

Tytuł: Dziady 
Reżyseria: 
Michał Zadara
Miejsce: Teatr Polski we Wrocławiu
Data premiery: 20 lutego 2016 r.

Jest mroczny las, wszechobecna mgła i świece. Jest stara melina, gdzie pospolity lud odprawia rytuały, nie chcąc zostać odkrytym. Jest więzienie i ruchoma cela Konrada, salon warszawski oraz dom, do którego zapukał Gustaw. Scenografia zmienia się po każdej kolejnej przerwie, za każdym razem tak samo imponująca i wciągająca w klimat nocy zmarłych. Zwłaszcza gdy co jakiś czas słychać odbijające się echem hukanie sowy…

Archiwum Teatru Polskiego

Archiwum Teatru Polskiego

Dźwięk angażuje widza jeszcze bardziej w odgrywany spektakl. Sprawia, że w powietrzu wisi nastrój grozy i śmierci. Konrad wygłaszający Wielką Improwizację nie pozwala oderwać od siebie wzroku, gdy odkrywa swą moc tworzenia. Milijon tonów płynie w tonów milijonie, gdy główny bohater bawi się dźwiękiem i śpiewa do narysowanego kredą na ścianie Boga. Nie jest przy tym patetyczny i wzniosły. Tym, co wzbudza dreszcze, nie są słowa, które wypowiada, lecz ten głos, który – rzeczywiście mogłoby się wydawać – ma moc tworzenia, a już na pewno usidlenia. To samo można rzec o Gustawie, który co rusz swoje cierpienie wyśpiewuje, grając na starym pianinie duchownego. We wszechobecnej ciemności i mgle hipnotyzuje widza. Za wyjątkowym odegraniem postaci Konrada i Gustawa stoi Bartosz Porczyk – aktor i muzyk od wielu lat związany z zespołem Teatru Polskiego we Wrocławiu. Jego innowatorskie podejście do roli wyróżnia się i pozostaje w pamięci. Prawdą jest, że wszyscy mamy swoich Konradów: tych zbuntowanych, rozgoryczonych, klnących do niebios. Ale żaden z nich, choćby na jotę, nie przypomina tego, którego wykreował Porczyk – pozbawionego patosu, szczerze podekscytowanego, będącego niczym odkrywca nowych światów, a przy tym pełnego obsesji. I choć może przydałoby się mu więcej wzniosłości, ten Konrad przekonuje, a chyba właśnie o to chodzi. 

Archiwum Teatru Polskiego

Archiwum Teatru Polskiego

Ciemność. Światła na scenie jest bardzo niewiele. W końcu większość scen Dziadów odbywa się w nocy. Brak oświetlenia wprowadza atmosferę niepokoju i senności. Widz, który się temu podda, może zacząć myśleć, czy to, co widzi, jest prawdą czy złudzeniem. Czy ten mężczyzna, który przeszedł z tyłu sceny, był prawdziwy? Bohaterów często obserwujemy w półmroku, często nie możemy dostrzec ich twarzy. Widzimy postacie przechodzące między drzewami, ale nie wiemy, kim są. Rozglądamy się zupełnie tak, jakbyśmy nie czuli się bezpiecznie. Zapominamy o siedzeniach na widowni, jesteśmy w tym lesie razem z postaciami. Bohaterowie wciągają nas w swoją grę. Mrużymy oczy, żeby ujrzeć, kto przemawia. Twarze aktorów czasem oświetlają świece, a czasem nic. Tym samym przełamują wymogi sceniczne, a wśród nich jeden z – podobno – ważniejszych; że twarz aktora ma być zawsze widoczna. Jak się okazuje, wcale nie musi.

Bartosz Porczyk jako Konrad

Bartosz Porczyk jako Konrad

Śpiew. Zmienna konwencja pozwala twórcom pomieszać ze sobą różne narracje i gatunki. Jedna ze scen jest istnym musicalem, podczas którego postacie tańczą wesoło podczas balu, śpiewnie recytując kolejne wypowiedzi z III części Dziadów. Wprowadzają sielską atmosferę, pobudzają widzów, wywołują śmiech, nim znów przyjdzie ciemność, cisza i przerażenie. To jedna ze scen, podczas której twórcy pozwalają nam zapomnieć o mroku. Pozwalają nam złapać oddech i poczuć się przez chwilę jak zwykli widzowie, niezaangażowani w żadne rytuały i mary przeszłości. 

Bartosz Porczyk jako Gustaw

Bartosz Porczyk jako Gustaw

Muzyka. Szczególnie ważna w Ustępie III części DziadówTu twórcy znów eksperymentują z dźwiękiem, tym razem używając całej gamy instrumentów, rozstawionej ciasno po całej scenie między pojedynczymi biurkami. Są gitary, perkusje, bębny, kontrabas, fortepian, cymbałki i saksofon. Jest też tekst, którym twórcy igrają ze zmęczeniem widzów. Monika Bolly wypowiada długi monolog będący polityczną przemową, długą i nieznośną, momentami zabawną, gdy posyła aluzje do zmęczenia widzów. Znużenie, które powoduje duża część tej sceny, jest celowe i – uwaga – bardzo dobre. Jest też pewną prowokacją, testem wytrzymałości odbiorcy. 

fot. Natalia Kabanov

fot. Natalia Kabanov

Trudno nie wspomnieć o scenie dzielącej III i IV część Dziadów. Scena nazwana krótko: Objaśnienia – jest zabawnym intermedium rozładowującym napięcie i zmęczenie, szybką powtórką niektórych scen i wyjaśnieniem trudnego języka; wyjaśnieniem prowadzonym przez Annę Ilczuk, która w całym spektaklu pełni bardzo wiele ról. Występuje nie tylko jako Dziewica z I części Dziadów, ale także stanowi część Chóru, odgrywa postać Ducha i jednej z Dam, w dodatku wygłasza wiersz Do przyjaciół Moskali i odpowiada za prezentowanie didaskaliów, co jest bardzo ciekawym zabiegiem w kontekście całego spektaklu. 

fot. Tomasz Walków

fot. Tomasz Walków

I wreszcie: aktorzy. Niezłomni, wytrzymali i mimo zmęczenia szczerze uśmiechnięci, gdy o godzinie 1.30 cały teatr wstaje z foteli, aby wiwatować. W realizację Dziadów zaangażował się niemal cały zespół Teatru Polskiego i – co bardzo trudne – każdy odegrał wyjątkową, charakterystyczną rolę. Czy to wspomniany już Bartosz Porczyk, Anna Ilczuk albo Monika Bolly, czy rewelacyjny Mariusz Kiljan, jako ks. Piotr lub Ewa Skibińska z niesamowitą kreacją Pani Rollinson, poruszającą i idealnie wyważoną. 

fot. Natalia Kabanov

fot. Natalia Kabanov

Nie pierwsza nazywam te Dziady historycznymi. Zapadną one na długo w pamięć polskiej publiczności. I choć trudne, bo nieprzepisane na współczesny język, a ponadto bardzo długie, warte są obejrzenia tej jesieni. Bo pomimo wspaniałej obsady, bogatej scenografii, kostiumów i świetnej oprawy muzycznej oraz doskonałego poczucia humoru i dynamicznie zmieniającej się konwencji – mogą być najlepszą refleksją w tym szczególnym czasie, jakim jest początek listopada. I choć kto za życia choć raz był w niebie, ten po śmierci nie trafi od razu, zawsze może iść do teatru. Na Dziady Michała Zadary.

Leave a comment



Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 11 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia