Pierwszy listopad…?

1
168

Ci, którzy mnie znają, po przeczytaniu tytułu recenzji mogą się zaniepokoić: redaktorka używająca mianownika w przypadku odmiany dat? Hmm… Nie martwcie się! Cel zamierzony. Pierwszy listopad to listopad szczególny, a pierwszy listopada – święto. Proste? Przejdźmy zatem do rzeczy… 

Tytuł: November 9 
Autor: Colleen Hoover
Wydawnictwo: Otwarte

Pewnie pomyśleliście sobie, że jestem jakaś nienormalna, gdyż we wstępie do recenzji napisałam o mianowniku, a kto o zdrowych zmysłach na każdym kroku mówi o przypadkach, języku polskim i gramatyce? OK, macie rację, ale nic na to nie poradzę, że po lekturze November 9 zebrało mi się na językowe refleksje. I nie, wcale nie ma w niej mowy o mianowniku ani dopełniaczu. Po prostu fabuła opiera się na listopadach. Dosłownie. Ale o co chodzi – musicie odkryć sami, ponieważ nie zamierzam wam zdradzać szczegółów. 

Pewnego dnia 18-letnia Fallon spotyka się ze swoim ojcem w restauracji. Niestety, pechowo zaczynają się kłócić i dziewczyna nie jest w stanie znaleźć sensownych argumentów, które mogłyby zadziałać. Z pomocą przychodzi jej… „chłopak” Ben. Problem w tym, że widzą się pierwszy raz. Tak to wszystko się zaczyna… 

Muszę przyznać, że od momentu przeczytania Ugly love dość sceptycznie podchodzę do kolejnych powieści Colleen Hoover. Za każdym razem jednak próbuję się przełamać, tłumacząc sobie, że przecież nie wszystkie książki są tak samo dobre albo tak samo złe. Przed sięgnięciem po November 9 obiecałam sobie, że nie skreślę jej i postaram się zapomnieć o wcześniejszym rozczarowaniu „brzydką miłością” i tym słynnym „nigdy, przenigdy”. Intuicja podpowiadała mi, że tym razem się nie zawiodę. 

Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że z każdym rozdziałem coraz bardziej wsiąkam w tę opowieść. Fallon i Ben skradli moje serce niemal od początku. Śledząc ich losy utwierdzałam się w przekonaniu, że to jest to, czego chciałam, czego brakowało mi w tych dwóch niezbyt – moim zdaniem – udanych książkach. Wkręciłam się i ani trochę nie żałuję, że zaufałam Hoover.

To, w jaki sposób zostali wykreowani bohaterowie powieści oraz pomysł na fabułę zasługują na gromkie brawa. Historia została przedstawiona niezwykle subtelnie i choć już na samym początku zostaliśmy wrzuceni w wir wydarzeń, które znacznie wpłynęły na nasze postrzeganie świata przedstawionego, nie zaburzyło to harmonii powieści ani nie wprowadziło zbędnego chaosu kompozycyjnego. Można by uznać, że jest to książka idealna. I właściwie chyba nie ma przeciwwskazań, żeby nadać jej takie miano. Tylko że idealne książki nie istnieją, więc ograniczę się do stwierdzenia, że jest bardzo dobra i że Hoover naprawdę pozytywnie mnie zaskoczyła. 

Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jak dużo emocji wzbudziła we mnie ta książka. Wydawałoby się, że to zwykły romans, New Adult jakich dziś multum. A jednak nie. November 9 zachwyca prostotą, subtelnością i świeżością. Na pierwszy rzut oka może nie ma tutaj nic nowego – wszystko się już gdzieś pojawiło. Jednak po przyjrzeniu się z bliska dostrzeżemy wiele atutów tej książki. Książki w książce – można by również rzec. 

Piękno uczucia, które rodzi się i dojrzewa zarówno w Fallon, jak i w Benie, aż razi w oczy. To niesamowite, jak zbiegi okoliczności wpływają na nasze życie. Mało tego – czynią z nas zupełnie innych ludzi: pewniejszych siebie, radosnych, empatycznych… Ale nie tylko o miłość tutaj chodzi. W dodatku nie tę od pierwszego wejrzenia. Najważniejsze jest dorastanie do przyjaźni, obudzenie w sobie skrytych głęboko emocji, a przede wszystkim zrozumienie siebie i swoich pragnień.

November 9 nie ma nas uczyć, ona ma „odkopać” z naszego wnętrza te wartości, które powinniśmy pielęgnować. I niech mi tylko ktoś powie, że nie ma już na świecie ludzi gotowych do poświęceń w imię przyjaźni i miłości… Colleen Hoover – na przykładzie młodych ludzi – pokazuje, że wszystko zależy od punktu widzenia i naszego podejścia do życia. Życie potrafi zaskakiwać – to prawda. Ważne, żebyśmy potrafili mu się odwdzięczyć! 

221478_otwarte_900

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ