Co by powiedziała Jane Austen?

0
223

Nie ulega wątpliwości, że Jane Austen to jedna z najbardziej znanych i popularnych pisarek angielskich. Jej dzieła zostały przetłumaczone na dziesiątki języków, a następnie ukazane w wielu formach: teatralnych, filmowych, a nawet w grach komputerowych. Jedna z ikon XIX-wiecznego pisarstwa stała się sławna już za życia. Wiodła żywot wyemancypowanej samotniczki, która nie stroniła od miłosnych przygód i miała ich na swym koncie naprawdę dużo. Ostatecznie jednak nie zdecydowała się na zamążpójście. W zamian za to dzielnie obserwowała obyczaje angielskiej szlachty i mieszczaństwa, stając się skarbnicą ciekawych historii, które następnie opisywała. Jej powieści to historie pełne błyskotliwych dialogów i wojen charakterów oraz dokładny obraz obyczajów, zachowań i tradycji tamtejszej ludności, które do dziś fascynują, propagowane przez tak doskonałe produkcje jak chociażby serial Downton Abbey. Nie ulega wątpliwości jedno – o życiorysie, powieściach oraz adaptacjach powieści Jane Austen można napisać dziesiątki osobnych tekstów. Mam nawet nadzieję, że to kiedyś uczynię, gdyż sama darzę Austen wyjątkowym sentymentem. 

Właśnie ten sentyment zachwiał mym sercem, gdy do kin wszedł długo oczekiwany (choć gasnący w blasku innych wyczekiwanych produkcji) film Przyjaźń czy kochanie? w reżyserii Whita Stillmana. Od ostatniej premiery osadzonej w realiach wykreowanych przez Austen minęło dużo czasu. Ostatni raz pokuszono się o realizację Dumy i uprzedzenia w 2005 roku, nie licząc licznych seriali i adaptacji BBC. Niespodziewanie rok 2016 zaskoczył nas aż dwoma filmami: pierwszym była utrzymana w klimacie horroru parodia Duma i uprzedzenie, i zombie (o tym też trzeba napisać, koniecznie), a zaledwie trzy dni później na ekrany kin wszedł film, o którym mowa, czyli właśnie Przyjaźń czy kochanie? – i wkrótce zarobił ponad 19 (słownie: dziewiętnaście) milionów dolarów, z których całe szesnaście złotych było moje. Uprzedzając pytania: w najmniejszym stopniu nie żałuję wydanych pieniędzy, które w innym razie wydałabym na jedzenie (nie będę mówić jakie, bo podchodziłoby to pod lokowanie produktu). Wręcz przeciwnie, ten film zapewnił mi półtorej godziny dobrej rozrywki, będąc jednocześnie filmem bardzo złym. Problem w tym, że nie do końca wiadomo, kogo za to winić, albo lepiej – kogo nie winić. Zacznijmy jednak od początku.

Przyjaźń czy kochanie? to adaptacja krótkiej noweli napisanej przez Jane Austen w 1794, lecz opublikowanej blisko sto lat później – Lady Susan. Tytułowa bohaterka jest przewrotną, dwulicową kokietką, lecz przy tym piękną, inteligentną i sprytną kobietą. Fabuła ukazuje czytelnikowi losy Susan, która po śmierci męża szybko postanawia znaleźć nowego partnera nie tylko dla siebie, ale także dla swojej córki. I bynajmniej nie stanowi dla niej przeszkody fakt, iż ten „partner” jest już żonaty. Historia godna kinowego ekranu. Prosta, zabawna i przyjemna w odbiorze, a przy tym odnosząca się do cech i przywar angielskiej arystokracji. Zresztą każda z powieści Austen opływa w rozbudowane obrazy psychologiczne bohaterów, ukazuje motywy, przyczyny i skutki ich działań oraz pokazuje czytelnikowi obyczajowość, w której przyszło postaciom żyć. Idealny materiał na piękny, kostiumowy film z zachwycającymi kadrami i widokami ˜– pomyślało wielu reżyserów, tworząc produkcje wysmakowane i klimatyczne, jak na przykład miniserial Duma i uprzedzenie z 1995 roku z najcudowniejszym panem Darcy w historii kina, Colinem Firthem. Obejrzawszy Przyjaźń czy kochanie?, trudno mi zgadnąć, na czym opierał się reżyser, bo jego adaptację trudno ochrzcić mianem wizji. Okazuje się, że można stworzyć film o Wielkiej Brytanii, nagrany w Wielkiej Brytanii, z aktorami z Wielkiej Brytanii, pozbawiony krzty brytyjskości, nie licząc kilku niuansów humorystycznych. Bo to trzeba przyznać: poczucie humoru jest bardzo dużą zaletą filmu. Każda scena obfituje w soczyste żarty lub zabawne dialogi, które czasami rozbawiają do łez. Jednak oprócz błyskotliwych żartów i akcentu Toma Bennetta produkcji brakuje klimatu. Po prostu. Tego małego punktu, którego wszyscy potrzebujemy. Czegoś, co przeniosłoby nas do XIX wieku, co zamieniłoby nas w pracowitych mieszczan lub pełną wystudiowanych zasad szlachtę. Oglądając film o wiktoriańskiej Anglii, chciałabym czuć, że jestem jej częścią. Że chodzę gdzieś pomiędzy bohaterami i obserwuję ich z niewielkiej odległości. Podczas seansu Przyjaźń czy kochanie? znajduję się w sali kinowej i mam tego pełną świadomość. Wykreowana przez twórców sceneria nie urzeka, a niektóre kostiumy ostatkiem sił bronią się przed nazwaniem ich tandetnymi. Naprawdę, nie wystarczy wynająć dworu na prowincji i powozu z końmi, aby widz poczuł swojski klimat angielskiej wsi. Nie wystarczy wpleść w scenariusz dziesiątek dowcipów, by pokazać brytyjskie poczucie humoru. Nie wystarczy też wziąć powieści Jane Austen, myśląc, że obroni się sama.

Wrócę do jednego ze zdań, które napisałam wcześniej. A mianowicie: nie wiadomo, kogo winić za jakość produkcji. Reżyser nie ma pomysłu – to pewne, a wszystko co mogłoby być dobre, natychmiastowo ukróca. Tworzy zlepek przypadkowo nagranych scen, z których każda mająca znaczenie dla fabuły zostaje nagle przerwana i zastąpiona inną. Będąc świadkami ważnych dialogów, nie uraczymy ich końca ani konsekwencji. Każda znacząca scena zostaje przerwana w połowie, wypowiedzi pozostają niedokończone, tak jakby zakończenie miał dopisać sobie widz. Tyle że ostatecznie nic się nie wyjaśnia, nic do niczego nie pasuje, a widz nie uzyskuje żadnych odpowiedzi. Ucinając spore kawałki fabuły, reżyser i scenarzysta dają nam plątaninę losowo dobranych kartek z powieści – bez wizji, bez celu, bez uzasadnienia. Ostatecznie nie wiemy, jak doszło do niektórych zdarzeń i sytuacji. Widzimy punkt wyjściowy i zakończenie, a pomiędzy tymi dwoma nie ma żadnego ciągu przyczynowo-skutkowego. Trudno więc poddać elementy fabuły interpretacji. W takim wypadku nie można winić aktorów, którzy nie dostali możliwości wykreowania indywidualnych charakterów. Postacie pozbawione są portretu psychologicznego, są zwykłymi typami, bez osobowości. Mamy przystojnego romantyka, cwaną kokietkę w średnim wieku, jej dwulicową przyjaciółkę, miejscowego kretyna, zdradzającego męża i oszalałą z zazdrości żonę. Niektóre postacie zostały znacznie przerysowane, jak na przykład grana przez Jenn Murray – Lady Lucy Manwaring, wspomniana wyżej zazdrosna żona. Inne pozostają bezbarwne, a wśród nich wyróżnia się jedna – wyważona, zabawna i wywołująca uśmiech na twarzy. Jest to sir James Martin w wykonaniu Toma Bennetta. Dla niego warto przesiedzieć w kinie półtorej godziny. Aż szkoda, że Bennett nie jest szczególnie znanym aktorem, gdyż – jak widać – nawet z jednowymiarowej roli potrafi stworzyć coś dobrego. Niestety, jego pokrewieństwo ze słynną rodziną Bennettów z Dumy i uprzedzenia nie zostało potwierdzone. 

Whit Stillman wziął na tapet powieść, właściwie nowelę, która nigdy nie była ekranizowana. Odrzucił tym samym przewałkowaną Dumę i uprzedzenie czy Rozważną i romantyczną, wybierając dzieło, o którym niewiele osób słyszało. Podobne posunięcia są w cenie; sama uważam, że warto zaznajamiać szeroką publiczność z tworami, o których do tej pory nie słyszano, zamiast z tymi najbardziej popularnymi. Jednak przedsięwzięcie Stillmana byłoby godne pochwały dopiero wtedy, gdyby zostało zrealizowane z pomysłem. Bo to jest rzecz, której najbardziej filmowi brakuje. A gdy nie ma pomysłu, nic inne nie może być dobre. Z tego powodu Przyjaźń czy kochanie? nie zapisze się na kartach kinematografii jako znana adaptacja powieści Jane Austen. Nie stanie w jednym rzędzie z genialnymi produkcjami, takimi jak Duma i uprzedzenie z Colinem Firthem (1995) czy Rozważna i romantyczna według scenariusza Emmy Thompson. A biorąc pod uwagę dobór powieści – wielka szkoda. Zwłaszcza że Przyjaźń czy kochanie? dostał wszystko, czego mógł chcieć, aby być filmem dobrym. Przede wszystkim świetny materiał do scenariusza i bardzo dobrą obsadę. Szkoda, że te atuty nie zostały wykorzystane przez reżysera we właściwy sposób i uczyniły Lady Susan opowiastką XXI wieku, która w ogólnym rozrachunku nie ma wiele wspólnego z czasami, w których żyła słynna pisarka.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ