Inspirowane poezją – Miłosz

0
240
 

Czesław Miłosz
Piosenka o końcu świata 

W dzień końca świata
Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji,
Rybak naprawia błyszczącą sieć.
Skaczą w morzu wesołe delfiny,
Młode wróble czepiają się rynny
I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć.

W dzień końca świata
Kobiety idą polem pod parasolkami,
Pijak zasypia na brzegu trawnika,
Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa
I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa,
Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa
I noc gwiaździstą odmyka.

A którzy czekali błyskawic i gromów,
Są zawiedzeni.
A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
Nie wierzą, że staje się już.

Dopóki słońce i księżyc są w górze,
Dopóki trzmiel nawiedza różę,
Dopóki dzieci różowe się rodzą,
Nikt nie wierzy, że staje się już.
Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
Powiada przewiązując pomidory:
Innego końca świata nie będzie,
Innego końca świata nie będzie.

 
 
Czasem odnoszę wrażenie, że jeżeli w wieku XXX ktoś będzie uczył się charakterystyki naszego, to dominować będzie idea zepsutego człowieka, który zdawał sobie z tego sprawę, a i tak nie potrafił zatrzymać błędnego koła, wysiąść z pociągu prowadzącego donikąd. O ile wiek XXX przyjdzie, o ile jeszcze będzie istniał człowiek. Zacierają się granice pomiędzy tym, co ludzkie, tkliwe, a tym co puste, nietrwałe. Tablice życia zapisane sukcesami, o porażkach należy przecież zapomnieć i wstydzić się, bo żaden z nich pożytek. Zastanawiam się i cierpię.
Co znaczy ludzkie? Wrażliwe? Wiara? Nadzieja? Miłość? Kochać? Sama nie wiem, co to znaczy, a to chyba źle, ba, na pewno, bo uważam siebie za osobę wrażliwą. Kiedyś czułam więcej, jestem przekonana, a dziś nie potrafię odnaleźć głębszego sensu w słowach, czynach, gestach. Bo może już się popsułam, jak reszta, otruta bakcylem nonsensu prowadzącego do zagłady. Bo może to głębszy sens już zaginął pośród kurzu na tak dawno nieodwiedzanych zakamarkach serca. Znów ten cholerny dylemat. Czy coś nie tak ze mną czy ze światem? Obiecujemy sobie wielkie rzeczy albo może mówimy wielkie rzeczy, bo grzechem nazywać to wszystko obietnicami. Miłość po grób? Miłość? Perwersyjny seks w przymierzalni (+10 do przebojowości), tysiące partnerów, w tym smakowanie kobiet i mężczyzn na przemian, ot, dla zrozumienia, czego wymagam od partnera (+20 do samozaspokojenia), całowanie dla całowania, albo raczej lizanie dla samego treningu języka, który po prostu łaknie zwiedzać kolejne podniebienia. Czy pocałunek coś znaczy? Owszem. Że chyba to już coś, że chyba coś się między nami dzieje albo dziać zaczyna. Nie uwieńczenie jakiegoś uczucia, rodzącego się
uczucia. Seks. Chyba jest nam razem dobrze, skoro się pożądamy, ale na wszelki wypadek poprawię o czwartej nad ranem makijaż, w razie gdybyś rano jednak zmienił zdanie. Równoległe spotykanie się z kilkoma osobami, bo przecież w tym całym sklepie kogoś w końcu będę musiała kupić, a potem, jak się zepsuje, ewentualnie to zwrócę, przecież mam paragon – zawiedzione serce – i wymienię na lepszy model bez defektów albo zażądam zwrotu gotówki w postaci mieszkania, samochodu itd. Najbardziej jednak bolą mnie słowa. Dręczą. Ściskają. Ranią. Słowa już nic nie znaczą, znaczą nic. Jesteś kiepską jednostką, zostaniesz wyeliminowany ze środowiska w procesie naturalnej selekcji. Jednostka. Selekcja. Brzmi jak opis maszyny. Chyba już powoli zaczynamy być maszynami. Nie umiem już wierzyć w żadne obietnice, żadne frazy tak piękne, że jeszcze kiedyś zaparłoby mi dech w piersiach. Nie umiem. Wyuczone slogany wywieszone na obrotowych drzwiach wielkiego supermarketu. Tak, to prawda. Życie kolejny raz kopnęło mnie w tyłek. To nie fair. Nie kopie się leżącego. Przepraszam. Nie umiem inaczej. Szukam głębi, gdzie nikt już jej nie widzi. Czasem nawet próbuję się nie poddawać, czasem nawet podążam za modą. Jak długo można być człowiekiem sukcesu? Nie wiem, bo ja wysiadam z pociągu donikąd po każdej wycieczce. Moja dusza wygląda jak wykręcona szmatka do podłogi, na moim sercu ciągle ktoś gasi rozżarzone papierosy, w oczach zgasł dawny blask. A może nigdy go nie było. Sama gonię za tym ogniem, który ciągle mnie zabija. Słowa podduszają. Życie płata figle. Przemieszczam się niezgrabnie po sklepie pełnym podobnych do siebie ludzi. Mnie też inni kupują. A później oddają z powodu kilku znanych i tysiąca nieznanych mi bliżej defektów. Muszę im oddawać gotówkę w postaci części serca. I przez to zostaje mi coraz mniej gotówki, by zapłacić za białe kulki łudząco przypominające perły. Jeśli któregoś dnia ktoś zaproponuje mi kupno prawdziwej perły, to może się okazać, że mnie nie stać. Chcę się zatracić pod gwiazdami. Naga. W blasku księżyca. Nie sama. To właśnie jest śmierć. Powolna amputacja, szkoda, że bez narkozy. Albo raczej dobrze, słusznie, należy się jakaś kara, operacje nie mogą być przyjemne. Mówimy sobie wielkie rzeczy. Zawieramy kiepskie kontrakty życiowe. Potem życie wysysa z nas ostatnie tchnienia. Tylko to nie życie jest do bani, to my jesteśmy krwiożerczymi bestiami. Nie chcę tak dłużej. Ała. To boli. Idę się schować. Dziś i tak mnie nikt nie polubi.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ