Jestem Jacobem Kowalskim, czyli Rowling ma się dobrze

Jestem Jacobem Kowalskim. Może kogoś zaskoczy to wyznanie, gdyż do tej pory znał mnie pod innym imieniem, ale chcę ci coś powiedzieć: jeśli sięgnąłeś do tego tekstu, to zapewne interesujesz się Harrym Potterem. A skoro tak, to muszę cię zmartwić – ty też jesteś Jacobem Kowalskim. 

J.K. Rowling się skończyła. Chce zarobić. Nie ma pomysłów, nie umie z klasą zakończyć czegoś, co zaczęła. Warto jednak wiedzieć, co zaczęła. Bo nie chodziło tylko o kolejną powieść, która miała utonąć w morzu innych bestsellerów. Chodziło o przełom w literaturze, zjawisko, które przyćmiło nastroje związane z rozwojem cyfryzacji, komputerów i internetu. Zjawisko na miarę Gwiezdnych wojen, które wywarło wpływ na miliony osób na całym świecie. Harry Potter zjednoczył sobie miliony fanów i co najmniej tyle samo przeciwników. W liczbie sprzedanych egzemplarzy przegania go tylko Biblia. Premiera ostatniego filmu o przygodach młodego czarodzieja odbyła się pięć lat temu, po czternastu latach od publikacji pierwszego tomu powieści. W międzyczasie J.K. Rowling zdołała założyć stronę dla fanów Pottera (www.pottermore.com), dzięki której mogli poznawać o wiele więcej ciekawostek z wykreowanego przez nią uniwersum. W celach charytatywnych napisała też kilka publikacji uzupełniających, jak Quidditch przez wieki, Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć czy Baśnie barda Beedle’a. Inni autorzy również nie próżnowali: powstały pierwsze kompendia wiedzy o świecie Pottera, a nawet książki poświęcone fenomenowi powieści. Co więcej –popularny w magicznym świecie quidditch stał się prawdziwą dyscypliną sportową. Czy można więc mówić o zwykłej serii, którą należy skończyć? Wydaje mi się, że nie. A to dlatego, że na przestrzeni lat Harry Potter przestał być tylko powieścią, a stał się w dużej mierze stylem życia. Dlatego nie można żądać od J.K. Rowling, aby zerwała z tym, co tworzyła tyle lat, a z czym najwidoczniej nie potrafi się rozstać. Lecz czy my, fani, potrafimy? Dla tych, którzy martwią się o kondycję autorki, mam miłą wiadomość: Rowling ma się dobrze. A nawet bardzo dobrze.
 

Wyobraź sobie, że naprawdę nazywasz się Jacob Kowalski. Pewnego poranka budzisz się po raz kolejny w Nowym Jorku, znów musząc wstać do znienawidzonej pracy. Dodatkowo jesteś zestresowany – dziś masz spotkanie w kolejnym banku, na którym okaże się, czy otrzymasz upragnioną pożyczkę. Twoją pasją są tradycyjne wypieki, a daniem popisowym pączki wedle przepisu babci. Szkoda, że dzień nie będzie taki, jak zaplanowałeś, bo niechcący wpadnie na ciebie brytyjski świr szukający czegoś po całym mieście. Ma też taką samą walizkę. Niechcący się nimi zamienicie i ten pozornie zwyczajny przypadek zaważy na całym twoim życiu. Wkrótce odkryjesz niesamowity świat magii, który całe życie był koło ciebie. Odkryjesz go w mieście, gdzie wesoło hasa dziwna grupa wciąż polująca na czarownice (ludzie, mamy XX wiek!). Lecz mimo racjonalizmu i wszechobecnej „normalności” – ty dasz się wciągnąć w tę podróż. Brzmi znajomo? Nie? Poczekaj.

Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć to nowy film twórców Harry’ego Pottera ze scenariuszem J.K. Rowling. I choć widoczny brak jej pióra w Harrym Potterze i przeklętym dziecku może martwić, tutaj jawnie widać, że za błyskotliwe dialogi, wyjątkowe poczucie humoru i dynamiczne sceny odpowiada nie kto inny, lecz tylko autorka siedmiotomowej sagi. Fabuła jest bogata w szczegóły, przemyślana i pełna tajemnic oraz zagwozdek, z których nie każda zostaje rozwiązana, pozostawiając niedosyt na kolejne części. Jak już w dosyć specyficzny sposób wspomniałam, jednym z ważniejszych bohaterów jest Jacob Kowalski – mieszkaniec Nowego Jorku, mugol, typowy przedstawiciel klasy średniej. Jest to bardzo ciekawy zabieg, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że nigdy wcześniej nie było nam dane poznać magii z perspektywy mugola. Nie mówię tu o owianych złą sławą Dursleyach, gdyż oni o świecie ponadnaturalnym wiedzą od początku. Po raz pierwszy mamy prawdziwego, ani trochę nieuświadomionego mugola, który nagle zostaje wprowadzony w zupełnie obcy dla siebie świat. Co więcej – pełni w nim swoją rolę i z każdą godziną angażuje się w niego coraz bardziej. 

Mamy też głównego bohatera – Newta Scamandra – brytyjskiego czarodzieja przed laty wyrzuconego z Hogwartu, którego największą pasją są magiczne stworzenia. Poszukuje ich na całym świecie, pragnie je chronić i przywracać im wolność. Tu trzeba powiedzieć, że w całej Ameryce posiadanie magicznych zwierząt jest zakazane ze względu na niebezpieczeństwo, które stworzenia ze sobą niosą. Ludzie niewiele o nich wiedzą i nic wiedzieć nie chcą. Co więcej – boją się ich. Newt pragnie zmieniać ten punkt widzenia, lecz tak naprawdę przez długi czas nie wiemy, po co właściwie przyjechał do Nowego Jorku. Po prostu jest – ze swoją tajemniczą walizką, w której bez przerwy coś stuka, szura czy drapie. Przyjeżdża niestety w złym momencie, gdyż Nowy Jork pogrążony jest w nie lada chaosie. Coś grasuje po mieście, niszcząc kolejne budynki i zagrażając bezpieczeństwu mugoli i czarodziejów. Prezydent świata czarów nie jest w stanie tego powstrzymać ani odpowiedzieć na pytanie, czym jest nieznana siła. Gdy rząd dowiaduje się o przyjeździe stukniętego na punkcie magicznych stworzeń Brytyjczyka, Newt staje się podejrzany. I tu zaczyna się szybka, dynamiczna i pełna nagłych zwrotów akcji fabuła. 

Tym, na co warto zwrócić uwagę, jest poczucie humoru autorki, tak znane wszystkim, którzy zdążyli zaprzyjaźnić się z serią książek o Harrym Potterze. Przyznam szczerze, że ten specyficzny rodzaj żartu, którego bardzo brakowało mi w wydanej niedawno sztuce, tu objawia się w pełnym wymiarze. Błyskotliwe dowcipy bohaterów czy dynamiczne dialogi potrafią rozbawić do łez. Nie można też zapomnieć o rewelacyjnym komizmie sytuacyjnym, humorze rodem z dawnych komedii brytyjskich czy barwnych postaciach, tak dziwnych w całej swej okazałości, że aż fascynujących. Bo nie można powiedzieć, że ci bohaterowie są normalni.

Po obejrzeniu Fantastycznych zwierząt jestem w stanie stwierdzić, że nikt nie pasuje do roli Newta Skamandra tak jak Eddie Redmayne. I o ile jest to aktor specyficzny, którego manierę można kochać lub nienawidzić (ja kocham, bardzo i jeszcze bardziej), to tutaj sprawdza się ona doskonale. Newt jest zabawnym, nieco autystycznym dziwakiem ze specyficzną mimiką i ruchami. Jest przy tym tajemniczy, niewiele mówi, a każde zwierzę wokół siebie traktuje niczym własne dziecko. Można odnieść wrażenie, że komfortowo czuje się w otoczeniu każdego stworzenia, które nie jest człowiekiem. Bo z ludźmi bywa różnie. Normalnym nie można też nazwać granego przez Dana Foglera Jacoba, który z dziwną łatwością wkracza w świat czarodziejów, będąc roztargnionym, a jednocześnie znudzonym dotychczasowym mężczyzną, którego wypowiedzi niemal zawsze bawią. I miny! Miny przede wszystkim! W tym momencie warto zwrócić uwagę na schowanego w cieniu Ezrę Millera jako Credence’a. Kreacja Millera była jedną z tych, które w całym filmie zachwyciły mnie najbardziej. Była zagadkowa i tajemnicza, chłopak zwracał na siebie uwagę, lecz nie zaskarbiał jej, wywołując u widza wrażenie, że jest tylko niepotrzebnym dodatkiem, który nie ma żadnego wpływu na fabułę. Jednocześnie była to jedna z mrocznych kreacji – bohater, którego widok wywoływał smutek i współczucie. Sama postać nie musiała nawet mówić, aby zaskarbić sobie sympatię widza. W przeciwieństwie do Gravesa (Colin Farell), który nie budzi ani krzty zaufania, pozostając przy tym bohaterem częściej irytującym niż aprobującym. 

No i są jeszcze kobiety. Piękne i równie dziwne jak mężczyźni, a przy tym skrajnie od siebie różne. Wśród nich bez wątpienia najbardziej zapada w pamięć urocza i nieszczególnie błyskotliwa Queenie, która wprowadza uśmiech wszędzie tam, gdzie tylko się pojawi. Jest kopułą energii i siedliskiem sympatii. Umówmy się: chcemy na nią patrzeć bardziej niż na jej siostrę, która choć ciekawa i intrygująca, sprawia o wiele mniej sympatyczne wrażenie. Niemniej jednak obie aktorki, zarówno Alison Sudol w roli Queenie, jak i Katherine Waterston ciekawie wykreowały swoje postacie, stawiając na wyraźny kontrast między nimi. Jest też majestatyczna prezydent świata czarodziejów – Seraphina – do złudzenia przypominająca piękną Halle Berry, lecz grana przez Brytyjkę Carmen Ejogo. Aktorce nie można odmówić, że stworzyła bohaterkę wzbudzającą respekt i uznanie, mimo że widzimy ją zaledwie kilka razy. Lecz tu pojawia się dobra wiadomość dla kobiet: czarodzieje najwidoczniej nie znali seksizmu, skoro na początku XX wieku krajem rządziła piękna i dumna Amerykanka. Zawsze to jakieś pocieszenie, nawet jeśli słabe, bo nigdy nie dostałyśmy listu z Ilvermony (amerykańskiej szkoły magii). 
 

Jeszcze à propos bohaterów: przywiązujemy się do nich i nie chcemy, żeby znikali z ekranu. Choć ich historie zostały wystarczająco dobrze rozpoczęte, żadna nie została wyjaśniona, co dla niektórych widzów może być drażliwe. Dla mnie stanowi to dobry wstęp do dalszych przygód Newta Skamandra, o którym wciąż wiemy bardzo niewiele. Podobnie jak o wszystkich innych. Twórcy na głos zadają pytania – dziesiątki pytań – i nie udzielają na nie odpowiedzi. Zmuszają widza do burzy myśli i domysłów, ostatecznie nie dając mu wytchnienia. Możemy więc kreować dowolne historie, chcąc odtworzyć przeszłość dopiero co poznanych postaci, lecz żadna teoria nie znajdzie swojego potwierdzenia. Tyczy się to także innych wydarzeń w filmie.

Chodzi o to, że Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć można by uznać za film o wszystkim i o niczym jednocześnie, lecz ja wolę go nazwać swego rodzaju prologiem. Dostajemy nowe, doskonałe uniwersum, które nim zostanie rozwinięte, musi zostać zrozumiane. Dlatego twórcy powstrzymują się od zrzucenia na widzów gwałtownej burzy – wolą ją najpierw rozpętać, rozpoczynając od niegroźnego deszczu. Zwróćmy uwagę, że nie znajdujemy się już w Wielkiej Brytanii. Tu nie ma Hogwartu, nie ma ulicy Pokątnej ani Hogsmeade. Czarodzieje zachowują się skrajnie odmiennie, mają inne poglądy, system polityczny i wartości. W dodatku jesteśmy blisko siedemdziesiąt lat wcześniej, kiedy to mentalność ludzi była zupełnie inna. Przypominam, że w Nowym Jorku nadal funkcjonuje grupa zwalczająca czarownice. Jesteśmy w czasach postrachu, który Grindelwald sieje w Europie, próbując wydać czarodziejów przed mugolami, co światowe rządy chcą jednomyślnie powstrzymać. Trudno wkroczyć z wielowątkową akcją, jeśli widzowi nie zostanie przedstawione szczegółowe uniwersum, a raczej jego uzupełnienie, które w tym wypadku jest świetnie przygotowane.

J.K. Rowling ciągle rozwija stworzony kilkanaście lat temu świat. I ciągle robi to dobrze. A pierwszą częścią przygód Newta Skamandra zarówno autorka, jak i twórcy wprowadzają nas do świata, w którym prawdziwa akcja dopiero się rozpocznie. Tu mamy jej przedsmak, szczerą zachętę, intrygujący początek. Coś, co bardzo chcemy rozwinąć i nad czym myślimy. Nowe wątki i aspekty świata czarów bombardują nas jedne za drugimi… A na końcu wszystko pozostaje otwarte. David Yates, który swoją drogą jest w coraz lepszej formie, zaprasza nas do nowego świata, obiecując wiele. I wiecie co? Ja w to wchodzę, nie odwracając się za siebie.

Porozmawiajmy o zwierzętach. W końcu można się spodziewać, że odgrywają tu dużą rolę. Jednocześnie były elementem, o który martwiłam się najbardziej. Jak się okazało – niesłusznie. Jeśli mogę wskazać element, który tworzy magię filmu, który wprowadza wyjątkową atmosferę czarów i nadnaturalności, to są to właśnie magiczne stworzenia. Jest ich wiele, a każde zupełnie inne od poprzedniego. Ta różnorodność, moc kolorów, rozmiarów i kształtów, ta piękna mnogość sprawia, że na tajemniczy świat zamknięty w walizce Scamandra patrzymy oczarowani. Trudno wskazać zwierzę, które nie intryguje widza; czy to zabawny niuchacz kradnący błyskotki, czy skłonny do czułości roślinopodobny stworek, czy żmijoptak będący połączeniem węża i ptaka o barwnym upierzeniu. Efekty specjalne spełniają swoją rolę bardzo dobrze. Podobnie zresztą jak kostiumy, pięknie oddające klimat nie tylko świata czarodziejów, ale także Nowego Jorku lat dwudziestych.

Jestem Jacobem Kowalskim. I ty też jesteś. Czas, żebyś zrozumiał dlaczego. Przypomnij sobie ten dzień, gdy po raz pierwszy wziąłeś do ręki Harry’ego Pottera i Kamień Filozoficzny. Byłeś dzieckiem, nastolatkiem lub może dorosłym. Nie za bardzo wiedziałeś, o co chodzi. Nie rozumiałeś, o czym mówią postacie. Używały słów, które dopiero musiałeś przyswoić. Rozprawiały o czymś, czego do tej pory nie znałeś, lecz szybko odkryłeś, że chcesz poznawać. Dałeś się wciągnąć w wir kolejnych wydarzeń, o nic po drodze nie pytając; nie zastanawiałeś się, jak to możliwe i czemu tak się dzieje. Po prostu chciałeś w tym tkwić, niekoniecznie otrzymując odpowiedzi. Nim zdążyłeś zauważyć, stałeś się częścią świata, o którym wcześniej nie miałeś pojęcia, i odegrałeś w nim bardzo ważną rolę. A gdy zdążyłeś zapomnieć o tym, co było, nim go poznałeś… Wszystko się skończyło. I nagle, po niesamowitej przygodzie musiałeś wrócić do codzienności. Tak jak Jacob Kowalski.

Leave a comment



Marysia K

2 lata ago

Świetny tekst. Dokładnie Potter to styl życia

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Czytaj pierwszy!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia