Les Misérables z perspektywy laika

Pójście na Nędzników do Queen’s Theatre w dzień samego przyjazdu do Londynu było najgorszym pomysłem, na jaki mogłam wpaść. I nie chodzi o jakość przedstawienia, ale o prosty fakt, jakim jest zmęczenie. Blisko trzygodzinne przedstawienie żąda dużych pokładów uwagi, każe mieć otwarte oczy i umysł, a panująca w teatrze ciasnota i duchota wcale w tym nie pomagają. Teraz wiem, że nigdy więcej nie popełnię tego błędu, lecz na pewno jeszcze raz pójdę na ten spektakl.

Les Misérables jest najdłużej granym musicalem na świecie (zaraz za broadwayowskim The Fantasticks). Jego dobra passa trwa nieprzerwanie od trzydziestu lat, w którym to czasie odbyło się ponad dziesięć tysięcy przedstawień (musical świętował dziesięciotysięczne przedstawienie w roku 2010), a obsada wielokrotnie się zmieniała. Obecnie na scenie można podziwiać Petera Lockyera jako Jeana Valjeana, Jeremy’ego Secomba jako Javerta, Craiga Mathera jako Mariusa, Fantynę w wykonaniu Rachelle Ann Go czy Kozetę wykreowaną przez Zoego Doana. Za przedstawienie komicznego małżeństwa Therandierów odpowiadają David Langham i Katy Secombe. A to i tak nie są wszyscy.

Mając wiele doświadczeń z polskim teatrem i nie znając gatunku, jakim jest musical (gdyż nigdy nie widziałam go na żywo), nie wiedziałam, czego się spodziewać. Lecz po obejrzeniu kilku transmisji National Live Theatre w Multikinie miałam choćby podstawowe pojęcie na temat ogromu przedsięwzięcia, jakim jest spektakl na West Endzie. Nie pomyliłam się. 

Samemu West Endowi oraz każdemu ze znajdujących się tam teatrów można by poświęcić osobny tekst. Teatrowi Queen’s, w którym grani są Nędznicy – również. Kolejki po odbiór biletów ustawiają się na długo przed rozpoczęciem przedstawienia, liczba widzów jest tak duża, że wielu z nich stoi przed wejściem. Nic dziwnego – teatr jest ogromy, jego widownia także. Ja sama siedziałam wysoko nad sceną, mając nieco ograniczony widok na scenę. Nie przeszkodziło mi to jednak w odbiorze spektaklu, mimo że na wyższych partiach widowni jest dosyć ciasno, przede wszystkim miejsce na nogi jest mocno ograniczone.  Dźwięk jednak docierał bez problemu, a ja, lekko się wychylając, mogłam dostrzec wszystko, co dzieje się na scenie. 

To przejmujące uczucie – gdy po raz pierwszy widzi się prawdziwą orkiestrę. Tu żaden dźwięk nie jest bowiem sztucznie wygenerowany. Twórcy operują instrumentami i głosem – bez nagrań i dodatkowych efektów. Robi to ogromne wrażenie i wywołuje dreszcze, zwłaszcza że muzyka – nawet nagrana – jest medium, które najprościej manipuluje uczuciami. Trudno mi powiedzieć, jak podekscytowana byłam, gdy na scenie zabrzmiały pierwsze dźwięki Chóru Więźniów (Look Down) i usłyszałam całą gamę mocnych, ekspresyjnych głosów, z których każdy kolejny był piękniejszy od poprzedniego. Pamiętam tylko, że na całe przedsięwzięcie patrzyłam urzeczona i choć słuchając muzyki, najchętniej zamknęłabym oczy, aby wyobrażać sobie jej uosobienie, tu nie mogłam tego zrobić. Bo muzyka tworzyła obrazy na moich oczach – kolorowe, ogromne, idealnie zsynchronizowane. 

Postaci było wiele, lecz żadnej nie potraktowano z mniejszą uwagą, jeśli chodzi o kostium, czy makijaż. Zdawać by się mogło, że w tej mnogości aktorów każdy miał prywatnego stylistę, który zadbał o idealną charakteryzację. Podobał mi się brak uwspółcześniania, którego niesłusznie się spodziewałam, przyzwyczajona do dzisiejszej stylistyki teatralnej i ciągłych prób przeniesienia konkretnych utworów do czasów współczesnych. Nędznicy pozostali tacy sami jak ponad trzydzieści lat temu, gdy wystawiono ich po raz pierwszy. Co prawda z drobnymi scenograficznymi i kostiumowymi zmianami, ale wciąż oddający ducha osiemnastowiecznej Europy. W swym przepychu przedstawienie jest bardzo klasyczne, co tylko czyni je piękniejszym.

Pamiętam, że przywiązanie do scenografii w West Endowskich teatrach urzekało mnie już na samych nagraniach. Lecz oglądając Nędzników, uświadomiłam sobie, że nagranie jest niczym w porównaniu z prawdziwym doświadczeniem. Ruchoma gospoda Therandierów czy fort rebeliantów zachwycały swoim ogromem. Przyłapywałam się na pytaniu: jak to właściwie jest zrobione? Niemożliwe dla mnie było, by człowiek własnoręcznie wykonał tak misterne budowle i rekwizyty, które w dodatku można było zmieniać tak dynamicznie, bez żadnych trudności, mimo ich wielkości. Przepraszam, jeśli moja wypowiedź jest monotonna w swym zachwycie, jednak proszę o wyrozumiałość – to pierwszy spektakl, jaki widziałam w Londynie, a jednocześnie pierwszy musical, jaki widziałam w ogóle. To przedstawienie utwierdziło mnie w przekonaniu, że chcę więcej. I o ile dobrze czytam zagraniczne recenzje… nie tylko mnie. 

Jeśli musical miał zachęcić do dalszego odkrywania i badania Nędzników, spełnił swoją rolę doskonale. Od tamtej pory trudno mi zapomnieć o tej wspaniałej muzyce i wyjątkowych głosach. Nie potrafię też zapomnieć o powieści, w której wir dałam się wciągnąć zaraz po obejrzeniu przedstawienia. Słuchanie dziesiątek wersji tych samych utworów stało się moim uzależnieniem. Nie skłamię, jeśli powiem, że znam większość wykonań Empty Chairs at Empty Tables, który jest moim ulubionym utworem i na który czekałam z utęsknieniem przez większość spektaklu, a który ani trochę mnie nie zawiódł.

Tak naprawdę trudno powiedzieć, aby w Les Misérables były minusy. Przedstawienie zdaje się idealnie dopracowane przez całe lata praktyki. Piękna jest zarówno warstwa wizualna czy techniczna, jak i aktorska oraz ta najważniejsza – muzyczna. Przedstawienie bawi, wzrusza, momentami przeraża, cieszy i smuci. Tym, co według mnie stanowi ogromny plus, jest nienaganna dykcja aktorów, którzy śpiewali wyjątkowo wyraźnie. Umówmy się: perfekcyjna wymowa nie jest prosta w śpiewie, a tymczasem mogłam bez problemu zrozumieć każde słowo, siedząc bardzo daleko od sceny. 

Choć zazwyczaj jestem zwolenniczką minimalizmu, tu urzekały mnie wspomniany już przepych i wielość kolorów. Łatwo można ulec wrażeniu, że sceny zmieniają się jak w kalejdoskopie, mnogość wrażeń jest trudna do opisania. Tu naprawdę dzieje się bardzo dużo. I bardzo wiele się również zmienia, trzeba więc spektakl oglądać z uwagą, aby niektóre ważne wątki nie zdążyły nam umknąć. Lecz ta wyjątkowa dynamika buduje swojski klimat przedstawienia, które ostatecznie nie przytłacza, ale pozostawia same pozytywne wrażenia. Myślę, że wszyscy tego czasem potrzebujemy: aby  po wyjściu z teatru nie czuć ciężaru, tylko skłonność do refleksji i zadowolenie z tak, a nie inaczej spędzonego wieczoru. 

Ale to wcale nie oznacza, że spektakl nie zostawia po sobie śladu, wręcz przeciwnie. Zagnieżdża się w sercu i stawia pytania o ludzką naturę, o chęć zmiany i odkupienia win, o wybaczenie, upór i determinację, o poświęcenie. A to wszystko wyrażone w śpiewie uderza podwójnie. Spektakl obdarowuje prawdziwą energią, z której można korzystać długo po jego obejrzeniu. Jest widowiskiem niezapomnianym dla każdego, kto je obejrzy. Znam osoby, które mimo miłości do całego angielskiego teatru na ten jeden musical chodzą za każdym razem, gdy odwiedzają Londyn, nigdy nie żałując wydanych pieniędzy. To tylko świadczy o mocy tego przedstawienia, o jego działaniu na umysł i serce człowieka. To jeden ze spektakli, który pokazuje, jak potężną wartością jest teatr, jak wpływającą na ludzkie życie i jak je zmieniającą. Warto choć raz w życiu zobaczyć tę energię i moc płynącą ze sceny, bo jest ona warta więcej niż dziesięć innych przyjemnych zajęć, które ostatecznie nie pozostawiają po sobie śladu. 

Leave a comment



Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 11 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia