Mantén la calma y estudia español!

0
234

Zaczęło się od tajemniczej wycieczki „dla seniorów” trzy lata temu. Wydawałoby się, że minie tak jak wiele innych „przejściowych” zachcianek, a jednak wróciło – w dodatku ze zdwojoną siłą!

Jestem studentką filologii polskiej, ale nie tylko językiem polskim żyję, nie tylko jego się uczę, nie tylko on jest moją ogromną pasją. Jest nią również język hiszpański. Moja historia związana z nim jest dość… dziwna? Nietypowa? Specyficzna? Być może, ale jak dla mnie – jest po prostu szczególna. 

Jako jedna z niewielu 18-latek nie chciałam wyprawiać osiemnastki, wolałam pojechać na wycieczkę, zwiedzić ciekawe miejsca, odpocząć od polskiej rzeczywistości, która otaczała mnie na co dzień. A że urodziny mam w czerwcu, przedłużyłam sobie wakacje. Wtedy nie spodziewałam się jeszcze, że może to zmienić moje życie. Nie tak jak w książkach, tylko naturalnie… 

Zaczęłam przeszukiwać internet. Grecja? Nie. Turcja? Uwielbiam kawę po turecku, ale… nie. Londyn? Nie. Włochy? Byłam. (Wtedy nie znałam jeszcze Diega Galdina; gdybym go poznała, pewnie to tam bym pojechała, żeby móc wypić wspaniałą kawę podaną przez niego jako świetnego baristę i pisarza w jednym). Hiszpania? Przepadłam!

Madryt, Barcelona, Lloret de Mar, Tossa de Mar… Costa Brava… To doskonałe miejsce, w którym można odpocząć i w dodatku napatrzeć się na cudowne widoki. Od samego przeglądania grafiki mieniło mi się przed oczami wszystkimi kolorami tęczy. Uznałam więc, że właśnie tam spędzę wyjątkowe wakacje. Tylko że… to wycieczka organizowana „dla seniorów” – taka informacja znalazła się na samym dole, zapisana czcionką, której nie jest w stanie przeczytać osoba z doskonałym wzrokiem, a co dopiero ów senior… „Zadzwonię, zapytam” – pomyślałam i długo nie trwało, zanim wybrałam numer podany na stronie internetowej z ofertą wakacyjną. 

Okazało się, że tak naprawdę na wycieczkę może pojechać każdy. Tylko teoretycznie jest ona przeznaczona dla seniorów. Cena przyzwoita, program wycieczki fascynujący… Wszystko gra, ale nie znam ani słowa po hiszpańsku. „OK. Poczytam trochę, kupię sobie minirozmówki, nauczę się podstawowych zwrotów”. Zaraz, zaraz… a może by tak przejść się na kilka lekcji? Skorzystać z okazji darmowej nauki w filii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w moim mieście i „osłuchać” się z wymową? W końcu taka całkiem zielona jechać nie mogę! 

Poszłam, minęła pierwsza lekcja, przede mną pierwsze zadanie domowe, a z mojej buzi nie może zniknąć uśmiech – hiszpański? Nie wiem… Właściwie wtedy wiedziałam tylko jedno: może to była pierwsza lekcja, ale z pewnością nie ostatnia, nawet nie jedna z ostatnich. Zamiar pójścia na kilka lekcji spalił na panewce. Kupiłam podręcznik i gruby zeszyt, a w kalendarzu zapisałam wyraźnie: „HISZPAŃSKI!!!”.

Uczyłam się i uczyłam. Z każdych zajęć wychodziłam coraz bardziej zadowolona. Czy to jesień, czy to zima… Natłok obowiązków w klasie maturalnej? Nic nie było mi straszne. Odrabiałam zadania domowe, spędzałam ponad trzy godziny na zapamiętywaniu słówek i ważnych zasad gramatycznych, słuchałam dialogów z płyty i – nieudolnie, bo nieudolnie – powtarzałam zdania. W końcu nadszedł czas wyjazdu na wycieczkę. Mimo że nie umiałam bardzo dużo, pojechałam z pewnym „bagażem” słówek i zwrotów. Hola? Gracias? Buenas tardes? – doskonały początek. Zafascynowana wyruszyłam w podróż swojego życia, mając nadzieję na wspaniałe doznania, miło spędzone chwile i moc wrażeń. 

Tak było. Hiszpania powitała mnie wyśmienitą sangrią, wszechobecnym uśmiechem, pięknymi widokami i… życiem, którego często brakuje w naszej polskiej codzienności. Amiga, guapa, señorita – byłam przyjaciółką, ślicznotką i panienką. Dla wszystkich i każdego z osobna. W hotelu co ranek przy wejściu dawano mi talerz z najsmaczniejszymi owocami i regionalnymi przysmakami. I choć paella niezbyt przypadła mi do gustu, byłam szczęśliwa, że mogłam jej spróbować, a nie tylko zobaczyć na zdjęciu w podręczniku do nauki hiszpańskiego.

Niestety… W życiu każdego człowieka bywa tak, że w pewnym momencie los płata mu figle i ten musi coś wybrać, żeby nie oszaleć. W moim przypadku takim „figlem” okazała się matura rozszerzona z języka polskiego. Jako uczennica klasy „polonistycznej”, w której największy nacisk kładziono na analizę i interpretację tekstów kultury, nie mogłam sobie pozwolić na zajęcia dodatkowe, bo i tak siedziałam do 3 w nocy, żeby „wykuć” materiał na sprawdzian. Ach, co to były za czasy… Teraz mam zdecydowanie więcej obowiązków, a jednak…

No właśnie: a jednak. Pasja nie odeszła. Mimo że od tamtego czasu minęły aż 3 lata, nie zapomniałam o wspaniałym klimacie Hiszpanii i magii języka hiszpańskiego, który mnie zauroczył… Los, który wcześniej spłatał mi figla, postanowił dać mi jeszcze jedną szansę! W moim mieście zostało otwarte centrum języków obcych!

Zapisałam się więc na hiszpański, mając nadzieję, że tym razem nic nie stanie mi na drodze do spełnienia jednego z największych marzeń (zaraz po skończeniu studiów edytorskich). Jak na razie nic mi w tym nie przeszkadza, więc trzymajcie za mnie kciuki, żebym mogła w końcu nacieszyć się tym wspaniałym językiem i móc w przyszłości powiedzieć któremuś z Hiszpanów „hola” bez obaw, że ten rozpocznie ze mną rozmowę… ot tak! 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ