Nienawiść po amerykańsku

0
240

Istnieją na świecie tacy reżyserzy, na których filmy czeka się z utęsknieniem. Ekscytuje się najmniejszą drobnostką na każdym z etapów produkcji, komentuje wybory obsadowe, analizuje dokładnie zwiastun, w obliczu zbliżającej się premiery surfuje się po internecie z na pół zamkniętymi oczami w obawie przed spotkaniem persona non grata każdego fana – spoilerów. Chociaż mnie to raczej nie dotyczy, istnieje taki reżyser, na którego filmy czekam jak na bożonarodzeniowy prezent, gdybym kiedykolwiek na niego czekała. Tą osobą jest oczywiście Quentin Tarantino.

Kilka lat po wojnie secesyjnej. Przez skąpane w śniegu Wyoming wędruje łowca głów John „Szubienica” Ruth. W dyliżansie wiezie ze sobą niebezpieczną przestępczynię Daisy, za którą ma otrzymać pokaźną sumkę. Chcąc nie chcąc, zabierają ze sobą słynnego łowcę głów Marquisa Warrena i samozwańczego szeryfa Chrisa Mannixa. Zmuszeni przez zamieć śnieżną do schronienia się, trafiają do Pasmanterii Minnie. Tam poznają czterech nieznajomych również zmuszonych do ukrycia się w zajeździe. Nie wszyscy są jednak przypadkowymi podróżnymi…

Nienawistna ósemka

 

Nienawistna ósemka to sto procent Quentina w Tarantino. Z każdego kadru bije charakterystyczny styl reżysera. Tak jak w swoich poprzednich filmach, nawiązuje do konwencji uwielbianego przez siebie westernu (choć sam nim nie jest). W Bękartach wojny genialna sekwencja początkowa stanowiła nawiązanie do Dawno temu w Ameryce Sergio Leone, w Django hołd dla gatunku szedł na równi z pastiszem. Tym razem reżyser umieścił akcję w środku spowitego śniegiem Wyoming. I chociaż śnieżyca na zewnątrz grozi zamarznięciem, to w środku chatki temperatura sięga zenitu.

Nienawistna ósemka

Nie wiedząc o nim zbyt wiele, można by przypuszczać, że to film na wskroś teatralny. W końcu zdecydowana większość niemal trzygodzinnej akcji rozgrywa się w chacie, a liczba bohaterów nie przekracza dziesięciu. Tarantino daleki jest jednak od teatralności. Przy pomocy swojego wieloletniego wspólnika, znakomitego operatora Roberta Richardsona, w taki sposób wykorzystuje przestrzeń pasmanterii, że nie ma mowy o jakiejkolwiek statyczności ani tym bardziej nudzie. Przepiękne początkowe ujęcie z detalu do planów dalszych przy akompaniamencie uwertury Ennio Morricone (zasłużony Oscar) znakomicie wprowadza w nastrój filmu.

W kameralnych produkcjach istotne jest aktorstwo, a to u Tarantina zawsze trzymało wysoki poziom. Reżyser umieszcza często w filmach swoich ulubionych aktorów (bardzo dobry Samuel L. Jackson czy Michael Madsen), mniej lub bardziej nieznanych (Walton Goggins w roli pozornie jednoznacznej) oraz tych wyciągniętych z aktorskiego niebytu (Kurt Russell, który prawie w niczym ostatnio nie grywał, a teraz przeżywa mały renesans swojej kariery, czy Jennifer Jason Leigh, która od dawna w niczym ważnym nie wystąpiła). Szczególnie dobra jest Leigh. Jej słodkie imię i delikatne rysy twarzy (widoczne nawet spod coraz bardziej poobijanej twarzy) kontrastują z drapieżną zwierzęcością, jaką aktorka obdarza Daisy. Pewną nieprzyjemność powoduje tylko oglądanie Tima Rotha w roli kata Oswalda Mobraya. A nie, przepraszam – w roli Christophera Waltza grającego Mobraya. Roth nie tworzy postaci, on imituje charakterystyczny sposób gry aktorskiej znanego z poprzednich filmów Tarantina Waltza. Epigońskie starania Rotha rażą nieautentycznością i sprawiają wrażenie niezamierzonej parodii. Reżyser przygotował także jedną niespodziankę: występ aktora, którego zupełnie nie można było podejrzewać o zagranie w jego filmie.

Nienawistna ósemka

Grzechem jest postrzeganie filmów Tarantina tylko jako prostych opowieści o zemście. Pod przykrywką krwawego spektaklu przemocy zawsze kryje się u niego coś więcej. Tutaj reżyser osadza akcję po wojnie secesyjnej, tworząc w chacie coś na kształt Ameryki w pigułce. Młodego państwa, w którym aż roi się od podziałów społecznych. Mamy tu nie tylko reprezentantów Północy i Południa, ale czarnego, białych, Latynosa i – oczywiście – jedną kobietę. Wszyscy pałają do siebie nieskrywaną nienawiścią i najchętniej wzajemnie by się pozabijali. Jedno jest pewne: w tej chacie spokoju nie uświadczycie. Sięgnąwszy do „przeszłości”, reżyser buduje portret współczesnej Ameryki – kraju emigrantów, ludzi pochodzących z różnych środowisk, państwa nietolerancyjnego dla różnego rodzaju mniejszości (choć, co trzeba przyznać, obecnie to mocno wyolbrzymiany problem). Bohaterowie kłócą się, kłamią, nie są w stanie wybaczyć, zawierają układy i potrafią się nawet zjednoczyć. Jednak buńczuczna natura USA targanego wewnętrznymi wojnami prowadzi w końcu do wyniszczenia.

Nienawistna ósemka

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ