O, moja typografio!

0
214

Z pewnością większość wie, czym jest typografia, choć nie do końca potrafi ten termin zdefiniować. Typografia to po prostu pismo; używanie znaków pisarskich, sposób przedstawiania liter, umiejętność pokazywania tego, co się pisze. Od razu narzuca nam się skojarzenie z kaligrafią, czyli sztuką ładnego przedstawiania liter. Podobieństwo polega na tym, że oba terminy odnoszą się do pisania, ale typografia przeżywa obecnie swój złoty wiek, podczas gdy kaligrafia powoli wychodzi z mody jako mało praktyczna. 

Tytuł: Esej o typografii 
Autor: Eric Gill 
Wydawnictwo: D2D

Dlaczego kaligrafia wychodzi już z mody? Ano dlatego, że dotyczy pisania ręcznego, a my, ludzie XXI wieku, niestety tę zdolność już tracimy na rzecz pięknego pisania na klawiaturze. Tylko że… jak widzicie, nie da się pięknie pisać na klawiaturze, gdy ona sama tworzy literki, a my możemy tak naprawdę tylko wybrać spośród tych, które zostały udostępnione w jakimkolwiek edytorze tekstu. Właśnie po to nam typografia – żeby móc dopasować font, jego wielkość, interlinię i kolor do konkretnego stylu. Czy wyobrażacie sobie na przykład banner reklamowy, na którym tekst jest napisany dwunastką TNR (Times New Roman; wybaczcie terminologię – zboczenie zawodowe) albo pracę semestralną złożoną dwudziestką piątką Wingdings? Chyba byłoby to dość… dziwne, nie uważacie? 

Oczywiście żartuję, nikt z nas nie wpadłby na pomysł, żeby napisać cokolwiek Wingdingsem, ale przykład ten doskonale pokazuje pewien kontrast stylowy – z jednej strony banner reklamowy, z drugiej – zwykły tekst napisany na przykład w Wordzie czy komputerowym notatniku. Typografia jest zatem tą dziedziną, która umożliwia nam wybór, a jednocześnie dostarcza środki, które możemy wykorzystać podczas projektowania czegokolwiek. 

Wyobraźmy sobie, że poproszono nas o złożenie książki dla dzieci, a następnie przesłanie jej drukarzowi, który ją wydrukuje, i dystrybutorowi, który natychmiast wypuści ją na rynek i cały nakład przekaże księgarniom i bibliotekom. Jakim fontem byście ją złożyli? Arialem? Timesem? A może zupełnie innym – Minionem Pro? A co z wielkością liter? 10, a może 12, a może 24? Od czego to wszystko zależy, jakimi wyznacznikami się kierować, co wybrać… Oto jest pytanie, a odpowiedzią niech będzie jedno słowo – po prostu TYPOGRAFIA.

Eric Gill jest jednym z najwybitniejszych typografów. Jego Esej o typografii stał się niegdyś światowym bestsellerem, a dziś cieszy się niegasnącą popularnością nie tylko wśród teoretyków i praktyków edytorstwa, lecz także wśród ludzi niezajmujących się zawodowo typografią. Może to wynikać z dwóch powodów. Po pierwsze, typografia jest dziedziną niesamowicie wdzięczną i wykorzystywaną wszędzie (nawet w matematyce!); po drugie – bez typografii dzisiaj ani rusz. Skoro z mody wychodzi kaligrafia (jeśli już nie wyszła), coś ją musi zastąpić, żebyśmy w ogóle mogli pisać! 

Ale nie jest to tylko „przybornik” do pisania. Typografię wykorzystuje się dziś głównie w marketingu, w którym istotna jest reklama jako źródło przekazu wizualno-tekstowego. Nie od dziś wiemy, że sam obraz bez tekstu nie ma samodzielności znaczeniowej, a zatem potrzebny nam język i tekst do przekazania jakiejkolwiek informacji. Autor Eseju doskonale tłumaczy (przez ponad 100 stron), do czego może nam służyć dorobek typografów, jak możemy dzięki niej wyrażać siebie i przede wszystkim – jaki efekt wywoła umiejętne posłużenie się typografią. Gill opowiada także historię typografii jako samodzielnej nauki, która przetrwała różne czasy – zarówno te trudniejsze, jak i łatwiejsze – a dziś odżywa, stając się jednym z podstawowych narzędzi pracy. 

Esej składa się zatem z dziewięciu rozdziałów, z których dowiadujemy się między innymi, czym jest liternictwo i po co nam ono, jak kiedyś tworzono litery i znaki; przeczytamy także co nieco o książce jako obiekcie, który bez typografii nie mógłby nadal istnieć (chyba że przepisywano by je tak jak w średniowieczu – może dzięki temu zyskałyby na nowo swoją świetność?).

Choć Eric Gill opowiada nam o typografii, jego Esej nadal jest esejem. Nie bez powodu. Kiedyś uczono mnie, że esej to tak naprawdę polemizowanie z samym sobą – i coś w tym jest. Książka, którą wam przedstawiam, stanowi swoisty manifest twórcy, który uważa typografię za wielką wartość. Jest to także sprawozdanie z tego, co obecnie dzieje się na świecie. Ulegamy uprzemysłowieniu, a zatem wszystko, co tworzymy, również staje się uprzemysłowione. Dziwne? Wcale nie. Nie wolno nam zapominać, że dzisiejsze edytorstwo jest właściwie poddane technologii. Mimo że jestem zwolenniczką wykonywania korekt na papierze, nie uniknę wprowadzania poprawek w komputerowym edytorze. Samo powstanie książki również wiąże się z użyciem programu, a druk? Gdyby nie technologia, i druku by nie było. Są więc – jak w każdym przypadku – zarówno dobre, jak i złe strony rozwoju przemysłowego. Nieważne jednak, czy z czymś się zgadzamy czy też nie – musimy się dostosować. 

Jeśli już musimy… dostosujmy się, zachowując jednocześnie indywidualność. Esej o typografii jest lekturą obowiązkową dla każdego, kto w dzisiejszych czasach chciałby „obejść” technologię i znaleźć w tym całym kompozycyjnym chaosie miejsce dla siebie i własnego stylu. 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ