„Percy Jackson i bogowie olimpijscy” – „Morze Potworów”

0
156

Od lat jestem wierną fanką powieści wielotomowych. Nie ma nic przyjemniejszego niż spotkanie z ulubionymi książkowymi bohaterami, a świadomość, że w ich towarzystwie będzie można przeżyć jeszcze niejedną przygodę, jest bezcenna.

Tytuł: Morze Potworów
Cykl: Percy Jackson i bogowie olimpijscy  (tom II)
Autor: Rick Riordan
Wydawnictwo: Galeria Książki

Zakończenie roku szkolnego niesie za sobą uczucie ulgi, radości i niecierpliwego oczekiwania na to, co przyniosą wakacje. Dla Percy’ego Jacksona ukończenie siódmej klasy było sukcesem, głównie ze względu na fakt, że przez cały ten czas na teren szkoły nie przedostał się żaden mitologiczny potwór chcący zgładzić syna Posejdona. Niestety, nigdy nie można zakładać niczego z góry, a nawet najzwyklejsza gra w zbijanego między kolegami z klasy może okazać się walką na śmierć i życie (Lajstrygonowie z pewnością nie wiedzą, co oznacza zwrot fair play). Bynajmniej nie jest to koniec problemów. Zaginięcie Grovera, zatrucie sosny Thalii (będącej swoistą tarczą ochronną Obozu Herosów), a także odkrycie rodzinnej tajemnicy sprawią, że młody heros będzie miał kolejne trudne lato (do tego chyba już się zdążył przyzwyczaić).

Morze Potworów po raz kolejny utwierdza mnie w przekonaniu, że spod pióra Ricka Riordana wychodzą same perełki, do których można wrócić za każdym razem, gdy zapragnie się pobyć w miejscu, w którym starożytność i teraźniejszość wyraźnie się zazębiają.

Jest to kolejna książka, która obala stereotypy, że drugi tom może być gorszy od pierwszego. Zapewniam, że historia ani trochę nie straciła na wartości. Po raz kolejny –oprócz walki o przetrwanie – bohaterowie będą musieli zmierzyć się nie tylko z trudnymi wyborami (a takim jest niewątpliwie oparcie się przytłaczającej mocy Kronosa), ale również z bolesnym uczuciem straty. Także humor sytuacyjny sprawia, że nie sposób czytać Morza Potworów z powagą.

Nie można zapomnieć o gronie wspaniałych postaci, dzięki którym żaden stwór nie ma szans na przetrwanie (zazwyczaj jego istnienie trwa do momentu wyjęcia broni i wymiany kilku ciosów). Do Annabeth, Percy’ego i Grovera dołącza Tyson, którego poznajemy na początku powieści jako bliskiego przyjaciela Jacksona. Tego wielkoluda nie da się nie lubić. Swoją gapowatością, nieprzystosowaniem, ale – co ważne – także oddaniem i lojalnością potrafi wzbudzić w każdym ciepłe uczucia. Dzięki Tysonowi Rick Riordan daje czytelnikom do zrozumienia, jak bardzo krzywdzące potrafią być stereotypy. Ważne jest, by uświadomić sobie pewną istotną rzecz: to, że ktoś jest inny – różni się wyglądem, stylem bycia czy zawartością portfela – nie znaczy, że jest gorszy i że można go odtrącić bez podjęcia jakiejkolwiek próby poznania.

Jeśli nawiązać do filmowej adaptacji powieści – nie czuję się w żaden sposób nią urażona. Po pierwsze, już dawno zrozumiałam różnicę między ekranizacją a adaptacją. Po drugie, może nie było to kino wysokich lotów, ale też nie był to ostatni gniot, którego nie dało się oglądać.

Świetnie przemyślane zakończenie sprawia, że odbiorca z pewnością sięgnie po następny tom (przecież nikt nie lubi żyć w niepewności).

Cieszę się, że nie jest to moje ostatnie spotkanie herosami i bogami olimpijskimi. Jedyne, do czego mogłabym się przyczepić, to liczba stron – jest ich zdecydowanie za mało.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ