Recenzent czy pozorant?

8
1175

Blogosfera – miejsce rządzące się swoimi prawami, miejsce, w którym kwitnie czytelnictwo… A może wcale nie? Co się dzieje w momencie, gdy „recenzent” (bloger, który dzięki współpracy z wydawnictwem ma możliwość otrzymania książki w zamian za napisanie recenzji) okazuje się pozorantem i robi wszystko, żeby tylko zdobyć książki, nie zważając przy tym na uczciwość i rzetelność?

Kilka lat temu napisałam artykuł, w którym opisałam pracę blogera recenzenta. Jako polonistka, redaktorka i recenzentka bardzo dużo czytam i piszę. I nie, nie czytam wyłącznie książek – zwracam uwagę na posty dodawane na Facebooku, a także wpisy, które blogerzy publikują na swoich stronach. Tym, co niesamowicie mnie zaskakuje, są „stosiki”, którymi blogerzy uwielbiają się chwalić, a także informacje o coraz to nowszych współpracach, które nawiązali z wydawnictwami i innymi firmami związanymi z książkami. I nie byłoby w tym nic dziwnego (w końcu każdy z nas lubi podzielić się zdjęciami książek, a z nawiązanych współprac cieszymy się jak dzieci z nowych zabawek), gdyby nie fakt, że większość tego typu wpisów okazuje się zbędną paplaniną, która ma świadczyć o „żywotności” blogu. Po co nam to? Czy musimy komuś coś udowadniać? Czy ludzie zakładają i prowadzą blogi po to, aby zgarniać wszystkie nowości za zaledwie kilka słów jakiejś oceny, żeby później „tuszować” swoje zaległości beznadziejnymi wpisami o wszystkim i o niczym?

Odpowiedź jest prosta (a przynajmniej wydaje się prosta): blog ma służyć przede wszystkim dzieleniu się, a nie przepychance „ja mam więcej wyświetleń, a więc jestem tu ważna”. W blogosferze każdy powinien być równy – bez względu na to, czy prowadzi blog od miesiąca czy od 10 lat. W końcu autorami blogów są ludzie, zwyczajni ludzie pracujący, uczący się, studiujący… A jednak coś sprawia, że tak nie jest i coraz częściej blog staje się wyznacznikiem naszej jakości (o ile można mówić o jakości człowieka).

Osoby prowadzące blogi od kilku lat, mające milion współprac z wydawnictwami i dostające dziennie pół księgarń książek obrastają w piórka i wywyższają się, sądząc, że są królami i królowymi blogosfery. Nie można oczywiście uogólniać i twierdzić, że wszyscy są nieuczciwi i zapatrzeni w siebie jak w święty obrazek. Przyznacie mi jednak rację, że często takim ludziom do głowy uderza sodówa. A jeszcze gorzej jest wtedy, gdy taki bloger okazuje się też autorem książki/książek… Wówczas blog staje się doskonałym miejscem do wywyższania swoich prac pod niebiosa.

Blog ma być przede wszystkim miejscem, w którym czujemy się sobą i jesteśmy sobą. I nie zmieni tego żadna liczba współprac i książek. Książki są dodatkiem – czymś w rodzaju nagrody za umiejętność pisania recenzji. Niestety, coraz więcej blogerów po jakimś czasie prowadzenia blogu uważa, że skoro dostaje książkę za recenzję, to może o tej książce napisać nawet jedno zdanie i zostanie ono uznane za „zapłatę” za egzemplarz. A gdy nam się znudzi – możemy go z korzyścią sprzedać, nieprawdaż? (To oczywiście ironia, wcale tak nie uważam i nigdy uważać nie będę).

Bloger blogerowi wilkiem… Niestety, wystarczy, że zwrócimy komuś uwagę na drobne „potknięcie”, a już stajemy się obiektem tzw. hejtów; oczywiście możemy też pożegnać się z lajkami, bo mamy pewność, że zostaniemy „odlubieni”. Dlaczego tak jest? Z czego to wynika? Czyżby dzisiaj błyskotki zostały zastąpione przez książki, a liczba współprac, które nawiązaliśmy, zapewniała nam swego rodzaju pozycję? Och! Nie wspomniałam o statystykach, które przecież są dzisiaj najważniejsze… (O, to znowu ironia).

Prawda jest taka, że najczęściej ci, których statystyki powalają niejednego na kolana, piszą nie recenzje, ale streszczenia. I dobrze jest, gdy są to streszczenia, które napiszemy samodzielnie, a nie blurby spisane z tylnej okładki albo strony internetowej wydawnictwa. Co wtedy, gdy wydawca odrzuci naszą propozycję na rzecz tej złożonej przez blogera pozoranta? Powiedzmy to wprost: trafi nas szlag. Zaczynamy się zastanawiać, co jest z nami nie tak, skoro piszemy dobre, rzetelne recenzje, udzielamy się w blogosferze i czytamy niemal książkę za książką. Dlaczego osoba, która nie ma miliona wyświetleń dziennie (och, i kolejna ironia), nie może współpracować z wydawnictwem?

Tego niestety nie zmienimy. Musimy zdać sobie sprawę z tego, że współpraca recenzencka jest tak naprawdę współpracą, która ma konkretny cel – dobrą promocję. A zatem czy zakłamane statystyki Bloggera czy WordPressa są dzisiaj wyznacznikiem naszej wartości? NIE. To w końcu tylko statystyki, liczba, która w zależności od godziny, dnia i miesiąca ulega zmianie. To od nas zależy, czy zasługujemy na miano recenzenta książek. Nie przejmujmy się, gdy raz, drugi, trzeci, piętnasty wydawnictwo nam nie odpowie, bo uzna, że liczba komentarzy na stronie jest niezadowalająca. To nieistotne. Ważne jest to, żeby pisanie było dla nas korzyścią samą w sobie. Na szczęście nie wszyscy wydawcy ślepo podążają za statystykami, ale zwracają uwagę na to, JAK wyglądają recenzje i przede wszystkim – czy jako osoby jesteśmy naprawdę zainteresowani tym, żeby książkę przeczytać, a następnie z największą przyjemnością podzielić się recenzją z innymi, a nie – „kraść” książki za kilka zdań nierecenzji, tylko po to, żeby pokazać, ile to się ma książek i jakim to się jest wielkim blogerem!

Życzę Wam, abyście czerpali wiele radości z prowadzenia blogów i nie ulegali pokusie bycia pozorantem. Liczę na to, że XXI wiek mimo wszystko nie jest wiekiem statystyk, ale ludzi, którzy statystyki mają w… głowie!

8 KOMENTARZE

  1. Przeczytałam artykuł z prawdziwą przyjemnością, bo sama zajmuję się recenzowaniem książek.

    Stronę na fb prowadzę już prawie 2 lata, bloga zaś od miesiąca. Współprace mogłabym policzyć na palcach u jednej ręki. No może ze dwa palce od drugiej też by się przydały 🙂

    Miło jest, kiedy autor piszę do Ciebie z prośbą o recenzje jego książki, ale dla mnie najważniejsze jest to, że mogę wyrazić swoje zdanie. Podzielić się spostrzeżeniami, przeżyciami, poznać zdanie innych.

    Prowadzenie strony na fb oraz bloga daję mi wolność. Daje możliwość dyskusji, której nie mam w realnym świecie. I dobrze mi z tym.

    Raz wychodzi mi lepiej, raz gorzej, ale zawsze szczerze 🙂

    Pozdrawiam cieplutko 🙂

  2. A mnie te wszystkie książki tak cieszą…. te z wydawnictw i od autorów…. i staram się jak mogę napisać o książce jak najwięcej, choć rzadko wspominam o treści, bo nie chce Byt dużo zdradzić. Pewnie mam słabe statystyki, mało komentarzy, a czasem mam tyle książek, że nie zdążę opublikować recenzji w ciągu 2 tygodni, ale staram się bardzo. I to dla mnie zaszczyt, że mogę dostać książkę, przeczytać ja, napisać o niej a potem jesZcze pożyczać każdemu dookoła 🙂
    Mam nadzieję, za nigdy nie zawiodę nikogo. A przynajmniej nie w takim stopniu, żeby chcieli zreZygnować z moich „usług”

  3. Dzień dobry
    Tym razem podzielę się odczuciami autora. Niedawno przeczytałam opinię (aby nazwać ją recenzją to za mało) na temat mojej książki. W pewnym momencie czytania owej opinii, zaczęłam zastanawiać się czy to aby o moją książkę chodzi? Patrzę na okładkę – niby zgadza się, moja. W mojej głowie poczęły kłębić się ponure myśli. Czy napisałam ją tak zawile i niezrozumiale, że ciężko wyłapać jej sens? Fakt, treść dotyczy trzech odrębnych baśniowych krain. Jednak jest to książka dla dzieci, zatem nie jest zbyt skomplikowana. Może tylko w moim mniemaniu? Za to obszerna, kilkaset stron – może za dużo do uważnego przeczytania?
    Następnie pojawił się dylemat i zasiane w moim sercu ziarno niepewności. Czy zwrócić uwagę autorowi opinii? Czy go urażę swoimi uwagami na tyle, że wyrzuci ją bezlitośnie ze swojego bloga? W końcu to jakaś forma reklamy mojej książki. Mnie nie stać na ponoszenie wysokich kosztów na promowanie. Z drugiej strony, gdy jakimś cudem kogoś zainteresuje moja baśń, to ją kupi. Przeczyta i zapewne nieco zadziwi go inna treść mojego tekstu. Może się czepiam? Może Czytelnik nie zwróci uwagi?
    Moim skromnym zdaniem lepiej aby bloger miał mniej recenzji a rzetelnych.
    Śledząc blogi, czasami odnoszę wrażenie, że blogerzy są ważniejsi od samego autora. Bez urazy. Nie wszyscy oczywiście. Mam kontakt z Panią, która pięknie i fachowo napisała recenzje dwóch moich książek, za co jestem tej Pani bardzo wdzięczna.
    Teraz zapewne narażę się blogerom. Trudno. Jak już coś robimy, to wkładajmy w to trochę uczciwej pracy i serca.
    Dodam, że nie jest to pierwsza tego typu opinia dotycząca moich tekstów. Odnoszę wrażenie, że przeczytana wyrywkowo, nieuważnie aby szybciej umieścić coś nowego na swoim blogu. Często z tekstem nie pozbawionym błędów.
    Na szczęście mam też recenzje dobre.
    Uwierzcie kochani, napisać książkę nie jest łatwo. Trzeba pochylić się nad tekstem i poświęcić mu dużo, dużo czasu. W moim przypadku dochodzą jeszcze ilustracje wykonane własnoręcznie przez moją skromną osobę (niewielu zwróciło na to uwagę).
    To tyle moich smutnych dla mnie przemyśleń płynących z serca.
    Pozdrawiam wszystkich czytających.
    P.S. Zapraszam do współpracy dobrych recenzentów i blogerów, będzie to dla mnie duża przyjemność :).

  4. Ten wpis zawiera w sobie samą prawdę 😉 Sama od ponad roku bloguję, ale nie chwalę się na prawo i lewo stosami książek. Nie biorę też zawsze wszystkich propozycji od Wydawnictw, bo mi nie chodzi o książki, tylko o to, by przeczytać to, co mnie interesuje. Po co mam na siłę czytać coś, co w rzeczywistości mijałabym wielkim łukiem? Tylko po to, by zdobyć kolejną książkę? Nie dziękuję bardzo 😉
    Jak już się na coś decyduję, to dlatego, że mnie to zazwyczaj interesuje. Na blogu piszę swoje wrażenia, szczerze i prosto z serca.
    A statystyki? Nie patrzę na to, czy dziennie mam tysiąc, dwieście, a może dwadzieścia wejść. Blog tworzę przede wszystkim dla siebie, a nie dla statystyk. Jeśli ktoś zechce wejść i przeczytać będzie mi miło, ale jeśli ludzie mijają go szerokim łukiem, też się nie gniewam.

  5. Super tekst i chylę czoła. Wiesz, że poniekąd włożyłaś kij w mrowisko ;)? Ja do Twojej wypowiedzi bym dodała tylko tyle, żebyś życzyła nam wszystkim niedocenianym blogerom z pasją cierpliwości, żeby nas w końcu ten szlag nie trafił 😉

  6. Ja mam wrażenie,że nie wszystkie książki są przez blogerów czytane.Niektóre recenzje są podobne do siebie jakby były odbijane n powielaczu.Zmienione są niektóre zwroty i w ten sposób autor zadowolony bo chwalą, blogerka bo pochwaliła! A jak nie daj borze opinia o książce jest niepochlebna to zaczyna się śmieszna wojenka na słowa na facebooku łącznie z „odlubieniem”!Zresztą wojenka jest modna między blogerami i między autorami,niestety!
    Reasumując-masz rację i podpisuję się pod tym obiema rękami!

  7. Miałam w sumie nie komentować tego wpisu, ale stwierdziłam, że w sumie czemu nie?

    Początek całkiem fajny, temat ciekawy, wszystko pięknie. Już zaczynałaś zdobywać moje uznanie, gdy nagle pojawiło się to zdanie, które dosłownie powaliło mnie na łopatki: „Jako POLONISTKA, REDAKTORKA i RECENZENTKA bardzo dużo czytam i piszę.”. Powinnaś dodać jeszcze, że jesteś REDAKTOR NACZELNĄ Essentii, bo odkąd pamiętam, to uwielbiałaś się tak tytułować.
    Dalej już niestety było tylko gorzej… Zastanawia mnie, czy rozważyłaś do kogo jest kierowany Twój wpis? Bo mam wrażenie, że postanowiłaś uznać czytelników za głupszych od Ciebie. Naprawdę uważasz, że nie jesteśmy w stanie rozpoznać ironii i musiałaś zaznaczać jej użycie w nawiasach?
    Przykre jest to, że pod tym całkiem fajnym pomysłem na post pojawiło się tyle hipokryzji i obłudy. Miałam kiedyś wątpliwą przyjemność współpracować z Tobą i nikomu bym tego nie poleciła. Nigdy nie zapomnę wiadomości od Ciebie o treści: „Masz napisać jeszcze dwa posty”. Serio? Mam? Tylko cudem powstrzymałam się wtedy od tego, żeby Ci napisać, że za bardzo wczułaś się w rolę REDAKTOR NACZELNEJ i że w sumie wywiązać się powinnam tylko z recenzji książek od wydawnictw, a nie od tego, co Ty sobie wymyśliłaś, bo mi nie płacisz. Liczyłam na coś odkrywczego w tym wpisie, ale nie wyszło.
    Najbardziej rozbawiła mnie Twoja aluzja do Twojej byłej współpracowniczki… Jak bardzo trzeba być zapatrzonym w siebie, by dalej nie przerobić faktu, że jakaś osoba postanowiła się od Ciebie odsunąć, założyć własnego bloga i wydać książkę?
    A wisienka na torcie? Wielkie „halo” o to, że ludzie dodają na blogi stosiki. Wybacz, ale jeśli ktoś pisze o książkach, to logiczne, że może pokazać nowości książkowe w swojej biblioteczce. Dlaczego czasem wspomina się o statystykach? Bo one cieszą, chociaż nie są najważniejsze, ale stanowią jakąś informację o tym, czy blog się rozwija, czy ludzie na niego chętnie zaglądają. Bo wybacz, ale ja piszę bloga z pasji i dlatego, żeby móc dotrzeć do ludzi, którzy chcieliby przeczytać polecaną przeze mnie powieść i nie wiedzą, czy to zrobić. Jeśli statystyki pokazują tendencję wzrostową, to znaczy, że docieram do jakiejś grupy osób.
    Może Twój wpis motywowany jest jakimś dziwnym kompleksem mniejszości, bo chociaż jesteś POLONISTKĄ, REDAKTORKĄ i RECENZENTKĄ, to na ludziach nie robi to wrażenia i wolą zaglądać na blogi mniej przemądrzałych osób?

  8. Tak jak napisałaś, blog to nasze miejsce, miejsce gdzie powinniśmy czuć się swobodnie, u siebie, a nie jako chodząca reklama, przepychając się co do wyników współprac i statystyk. Świetny tekst i w 100 % się z nim zgadzam.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ