Ach, ten przeklęty Potter!

0
569

Pamiętam, że kiedy stałam w szkolnej bibliotece, aby wypożyczyć egzemplarz Harry’ego Pottera i Kamienia Filozoficznego, musiałam zapisać się na dosyć długą listę oczekujących. Nie pamiętam, gdzie zasłyszałam wzmiankę o książce, lecz wiem, że przyciągnęło mnie do niej zainteresowanie innych dzieci. Miałam niecałe osiem lat, buka na punkcie czytania i brak ulubionych pozycji, nie licząc słynnego Na jagody Marii Konopnickiej (dopiero w szkole średniej odkryłam, że zainteresowanie literaturą dziecięcą autorstwa Konopnickiej było wprost proporcjonalne do znudzenia, które żywiłam względem jej „dorosłych” tworów). Dopiero co przeprowadziłam się z jednego osiedla na drugie, droga do sklepu była dla mnie labiryntem, a dzieci na podwórku kolejnymi Minotaurami, z którymi trzeba było się zmierzyć. Gdy na liście oczekujących przyszła wreszcie pora na moje nazwisko, byłam w trudnej fazie życia, gdy każdego dnia o godzinie dwudziestej pierwszej musiałam odkładać książkę i gasić światło. Pierwsza część z serii przygód o Harrym Potterze była najobszerniejszą powieścią, jaka trafiła wtedy w moje ręce.

Każdy ma coś, co utkwiło mu w pamięci z okresu dzieciństwa. Pamiętamy wyjątkowe smaki, setki gier, zabawę w gumę i robienie fikołków na trzepaku. Ja pamiętam też zupę pomidorową, którą jadłam z tatą z jednego talerza. I pamiętam jeszcze jeden moment: gdy po raz pierwszy wzięłam do ręki powieść o młodym czarodzieju. Wiele książek trzymałam w dłoniach, ale właśnie ta ukształtowała całe moje dzieciństwo i uczyniła je zapamiętanym. Co więcej – sprawiła, że przetrwało ono we mnie do dziś, i to wcale nie skryte bardzo głęboko. Więc gdy po blisko trzynastu latach od „pierwszego razu” ściągnęłam ze sklepowej półki Harry’ego Pottera i przeklęte dziecko byłam tak samo podekscytowana jak wtedy. Po dziewięciu latach od ostatniego tomu powieści wszystko wróciło. Ach, ten przeklęty Potter! Ciągle powraca…

Od kilku miesięcy spotykam się z dziesiątkami opinii na temat nowego tworu J.K. Rowling, Jacka Thorne’a i Johna Tiffany’ego. Wielu czytelników sięgnęło do oryginalnej wersji dramatu, nie czekając na polską premierę. Ja – mimo dziesiątek spoilerów, którymi zostałam obdarowana – czekałam na 22 października. Mimo wielu zawiedzionych głosów byłam podekscytowana. Z tą ekscytacją poszłam na premierę w krakowskim Empiku, z której wyszłam po godzinie – organizacja przedsięwzięcia była nieciekawa i skorygowana pod najmłodszych odbiorców, co bardzo mnie zawiodło, lecz o tym innym razem. Ostatecznie książkę kupiłam wczoraj. Zaczęłam czytać również wczoraj. I skończyłam… też wczoraj. Zapewne wielu czeka, aż dosadnie napiszę, jak bardzo zawiedziona jestem. Problem w tym, że nadal jestem podekscytowana. Umówmy się: Harry Potter i przeklęte dziecko jest ogromnym problemem dla milionów fanów i antyfanów oryginalnej powieści. Zupełnie nie pasuje do tego, co było wcześniej, wyróżnia się, odstaje. Nie do końca wiadomo, jak to sklasyfikować i gdzie przyporządkować. Ani to prequel, ani sequel. Ba! to nawet Harry Potter nie jest! W dodatku podany w zupełnie nowej formie z fabułą, która – wedle zarzutu – bardziej przypomina fan fiction niż kontynuację rzeczywistych losów głównego bohatera. Przy takim natłoku nowości i zmian jest całkiem normalnym zjawiskiem, że tworzą się dwa obozy fanowskie: jeden, który na przekór wszystkiemu kocha nową książkę, bo to Potter i zbrodnią byłoby powiedzieć złe słowo na jego temat, oraz drugi – dyplomatycznie wyjaśniający, że autorka zapragnęła kolejnego przypływu gotówki, a nowy twór w niczym nie umywa się do poprzednich powieści. Bo tak. I już.

W takim wypadku warto zastanowić się, gdzie leży problem, bo przecież gdzieś musi. I nie mówię tu o opiniach nadmiernie pozytywnych, bo bezkrytyczne spojrzenie względem ulubionych autorów, muzyków czy innych idoli jest bardzo powszechne i zauważalne w każdej fanowskiej grupie. Mówię jednak o fali zawodu, która zalała internet po premierze angielskiej wersji Przeklętego dziecka. Z początku nieco mnie ona zaskakiwała, lecz odkąd sama sięgnęłam po sztukę, moje zdziwienie zniknęło szybciej, niż się pojawiło. Po pierwsze, dramat jest specyficznym gatunkiem, który po prostu trzeba umieć czytać. I jeśli wcześniej nie miało się w ręce żadnego innego (a przypuszczam, że Przeklęte dziecko było pierwszą sztuką, jaką niektórzy czytelnicy widzieli), a wybierano z reguły powieści, to lektura wcale nie będzie prosta, bo – niestety – dramatu nie można czytać bezmyślnie jednym ciągiem. Tu nie ma opisu emocji bohaterów, nie ma wykreowanego otoczenia, nie ma narratora ani nikogo innego, kto przedstawi nam zapisaną historię. Są tylko didaskalia, przybliżające scenografię oraz ewentualnie kostiumy. Oprócz tego dialogi – i na ich podstawie musimy wywnioskować, co bohaterowie czują, w jakim znajdują się stanie emocjonalnym i co myślą. To pierwsza i w zasadzie największa trudność, z jaką czytelnik musi się zmierzyć, chcąc bezpiecznie przebrnąć przez sztukę Rowling, Thorne’a i Tiffany’ego. Niestety, wielu zapomina, że scenariusza nie można oceniać przez pryzmat powieści. Ci, którzy w Przeklętym dziecku szukają klimatu wykreowanego w siedmiotomowej serii, znajdą jedynie rozczarowanie; z kolei ci, którzy zechcą poszerzyć spektrum doświadczeń i popatrzą na tekst przez pryzmat sceny, próbując wyobrazić sobie zaistniałe sytuacje i nadać im charakter – znajdą się znacznie bliżej odnalezienia satysfakcji. Oprócz tego za problem uznano również fabułę, która według wielu fanów bardziej przypomina fan fiction, a nie kontynuację oryginalnej myśli autorki. Nie można temu zaprzeczać, lecz nie sądzę, aby było w tym coś złego; w końcu fan fiction jest małym grzeszkiem wielu z nas. Lubimy je czytać, a nawet jeśli nie, to przynajmniej lubimy sobie wyobrażać alternatywne zakończenia, wymyślne kontynuacje czy ciekawe powiązania między bohaterami.

Sama fabuła dramatu jest naprawdę ciekawa. Na śniadanie otrzymujemy syna Harry’ego, który ku ogólnemu zdziwieniu trafia do Slytherinu, gdzie jako kompana odnajduje sobie potomka Draca Malfoya – Scorpiusa. Do tego dochodzą trudne relacje rodzinne. Albus uważa, że przynosi wstyd sławnemu ojcu, nie znosi Hogwartu i wyraźnie izoluje się od społeczeństwa, cały wolny czas spędzając tylko z młodym Malfoyem. Ten drugi natomiast też za swoim tatą nie przepada, uważając, że najwidoczniej nie jest godny tytułu dziedzica. Przychodzi moment, w którym Potter ma dość bezczynności i chcąc naprawić błędy Harry’ego, postanawia cofnąć się w czasie i przywrócić do żywych Cedrika Digorry’ego. Do swego planu udaje mu się przekonać nawet Scorpiusa, który początkowo wyraźnie stroni od podobnych szaleństw. Po tym, jak beztrosko włamują się do Ministerstwa Magii, by wykraść ostatni zmieniacz czasu, zaczyna się właściwa historia: szalone, nieumiejętne i przede wszystkim niebezpieczne igranie z czasem, które okazuje się bardzo opłakane w skutkach. Jakby tego było mało – na jaw wychodzi, że dziewczyna, której obaj zaufali, w rzeczywistości jest córką samego Czarnego Pana i Bellatrix Lestrange, a jej planem jest przywrócić ojcu życie. Rzeczywiście, brzmi to zgoła fanficowo, nawet niedorzecznie, lecz na pewno ciekawie. Przyjaźń między synami Malfoya i Pottera zawsze była spełnieniem moich fanowskich marzeń (drarry i inne zboczenia), a przedstawienie młodych bohaterów jako zbuntowanych przeciw rodzicom chłopców wydawało mi się jeszcze ciekawsze. Na tej linii nie mogłam odczuć zawodu: Harry Potter i przeklęte dziecko jest kolejną opowieścią, w której jednym z głównych wątków jest siła przyjaźni, w dodatku pięknej i niewinnej, mimo że naznaczonej wieloma dwuznacznościami sprawiającymi, że relacji chłopców można nadawać znaczenie romantyczne. To niedopowiedzenie (nieco zakryte platonicznym uczuciem Scorpiusa do Rose Weasley) fascynuje i przyciąga. Czytelnik z zainteresowaniem czeka na kolejne wydarzenia, zastanawiając się, jak głęboko Albus i Scorpius posuną się w swojej relacji. Osobiście miałam wrażenie, że pociąg młodego Malfoya do córki Rona jest swego rodzaju przykrywką, która ma odciągać myśli od głównej relacji przedstawionej w dramacie. I tu pojawiają się wątpliwości: czy autorzy dokonali tego nieświadomie? Czy może jednak ulegli społecznej presji i nie poruszali tematu tabu, jakim jest seksualność? Teraz i tak nie ma to większego znaczenia, lecz ja kupuję tę subtelność przekazu. Subtelność, która niestety nie objawia się w dialogach między postaciami. Choć relacja nastolatków jest niejasna, wszystkie rozmowy bohaterów nie pozostawiają złudzeń co do ich zamiarów. Słowem: bohaterowie wszystko mówią wprost. Są wylewni, a ich portrety psychologiczne są bardzo wybrakowane. Choć Złotą Trójcę, jaką jest Harry, Ron i Hermiona, znamy od dawna i dzięki powieściom mogliśmy zrozumieć ich charaktery, to nowe postacie poznajemy jedynie pobieżnie, a szkoda, gdyż są to tym razem bohaterowie główni, ciekawi i na pewno warci tego, aby powiedzieć o nich więcej. To zrozumiałe, że za pomocą sztuki trudniej wyciągnąć na wierzch osobowość, jednak nie oszukujmy się – jest to jak najbardziej możliwe. I tu wkrada się mój największy zawód, a jednocześnie zarzut. Mianowicie: tym, co w Harrym Potterze i przeklętym dziecku widać aż za bardzo, jest brak pióra J.K. Rowling. Myślę, że każdy fan jej powieści (nie tylko potterowskich) jest w stanie zauważyć, kiedy za dzieło odpowiada ona, a kiedy nie. Jej przepiękny, obrazowy styl jest powodem, dla którego jej dzieła czyta się szybko i przyjemnie, rozwijając wyobraźnię i nie męcząc umysłu. Tu go brakuje. Obawiam się się również, że nie wszystkie pomysły wyszły spod jej pióra, gdyż szczerze wierzę, że Rowling nadałaby im większe znaczenie. To nie w jej stylu tak szybko rozwiązywać wątki. Nie w jej stylu wykładać wszystko czarno na białym. Nie w jej stylu sprawiać, że bohaterowie wychodzą zwycięsko z każdego zadania. Wykreowana fabuła jest ciekawa i wciągająca, lecz płynie zbyt łatwo. Ach, jak chciałabym się wgłębić w historię Delphini tak, jak niegdyś wciągnięto mnie w życie Toma Riddle’a. Jak chciałabym zobaczyć więcej wydarzeń z perypetii Harry’ego i jego syna. Nie wątpię, że gdyby nowy twór był powieścią, a jego autorstwo w stu procentach przysługiwałoby J.K. Rowling, mogłabym to wszystko otrzymać. Lecz umówmy się: my, jako fani, byliśmy w błędzie. Co gorsza – sami się w ten błąd wprowadziliśmy. Autorka od początku mówiła, że zbliżająca się publikacja to tylko scenariusz, prosta wersja sceniczna. Więcej – nigdy nie mówiła, że to kontynuacja losów Pottera. Przeklęte dziecko nie jest kontynuacją, lecz – wydaje mi się – jednorazową (w słownictwie fan fiction: one-shot) historią. Takim skrawkiem z całego przyszłego życia Harry’ego, który ma być ciekawy i emocjonujący na scenie, który ma być sztuką dostarczającą rozrywki. I właśnie to jest argument, który w zupełności broni nieszczegółowej historii opowiedzianej w dramacie. 

Tu warto powtórzyć co nieco o gatunku, jakim jest dramat, i stwierdzić wprost, że wymaga on od nas więcej. Bo choć zubaża całą warstwę obrazową utworu, ma w gruncie rzeczy wiele plusów. Co piękne w Harrym Potterze i przeklętym dziecku  to nacechowane emocjonalnie dialogi. Choć nie wiemy, jak czuli się bohaterowie, wypowiadając dane słowa, możemy to sobie z łatwością wyobrazić. Dialogi są tak skonstruowane, abyśmy mogli wejść w skórę każdej z postaci. I byłoby to jeszcze lepsze, gdyby bohaterowie rzeczywiście zostali rozwinięci psychologicznie. Mimo zauważalnych braków Harry Potter wciąż wzrusza, śmieszy i wciąga, wciąż przekazuje wartości, a nawet w nienachalny sposób umoralnia. Co więcej – w ciekawy sposób gra z kanonem. Choć możemy się spodziewać, że Harry Potter, słynny czarodziej i bohater, będzie rewelacyjnym ojcem, wcale taki nie jest. Jest po prostu człowiekiem. I to, że sam stracił rodziców, wcale nie oznacza, że będzie tatą idealnym. To, że jest bohaterem świata czarodziejów, nie sprawi, że będzie bohaterem w ojcostwie. Więcej: jego przeszłość odciska trwałe piętno na relacji z dziećmi. Mimo że zło zostało pokonane, on sam żyje we własnej przeszłości, gdyż zbyt wielki ślad na nim pozostawiła. Swoje dzieci natomiast chce przed własną przeszłością uchronić, czym robi im krzywdę. A największą Albusowi, który za żadne skarby nie chce być kojarzony z własnym ojcem. Ta intrygująca gra z kanonem objawia się również w sposobie przedstawienia innych postaci. Mamy tu do czynienia z – o zgrozo! – uprzejmym Severusem Snape’em czy nieco spłyconą Ginny w roli świetnej matki, która swoje dzieci rozumie bardziej niż jej mąż. Widzimy też Dracona, który – choć wciąż odznaczający się niechęcią do Pottera – ma dojrzałe podejście do życia i podobnie jak w Księciu Półkrwi ukazuje swoje emocje szerszej publiczności. Szczególnie wzrusza jego opowieść o utracie ukochanej żony. Tym samym Rowling pokazuje nam obraz Malfoya „nawróconego”, który miał wiele lat, aby przemyśleć błędy przeszłości i nie pójść w ślady rodziców. Przy okazji, dzięki żonie, nabrał pokory. Nie powiem: zobaczenie Draca w tym wydaniu cieszy. Zwłaszcza gdy pokładało się wiarę w jego człowieczeństwo przez wiele lat.

Największym problemem dramatu wydaje się obszerność samej fabuły. Zakłada ona bardzo dużą liczbę wydarzeń, pojawienie się wielu nowych bohaterów, zwroty akcji, a nawet ukazanie alternatywnych światów. Takiej liczby wątków nie sposób przedstawić w jednej sztuce, która przecież nie może trwać cały dzień, która musi być dynamiczna i ciekawa dla odbiorcy cały czas. Twórcy zbyt wiele chcieli umieścić w jednym scenariuszu; wszystkie wątki zaczęli, lecz żadnego nie rozwinęli wystarczająco, pozostawiając czytelnika w świecie domysłów. Paradoksalnie więc całokształt jest ubogi ze względu na jego bogactwo. Sceny zmieniają się szybko, wydarzenia mijają w mgnieniu oka. Twórcy chcieli dać nam wszystko, ostatecznie  nie dając niczego w całości. A gdyby tylko oddać wodze samej J.K. Rowling, nie ingerować w jej twórczość i nie dawać sobie ograniczeń objętościowych – wtedy byłoby to dzieło godne siedmiotomowej serii o młodym czarodzieju. 

W tym wszystkim trzeba przyznać, że pomysł z manewrowaniem czasem jest fascynujący. I tu powiem, że zupełnie nie kupuję zarzutów fanów, wedle których Rowling zmieniła funkcjonowanie Zmieniacza Czasu. Jak dla mnie rozwinęła historię tego przedmiotu, zróżnicowała go i dosadnie wyjaśniła, dlaczego niektóre działają inaczej niż inne. Co więcej – dzięki Zmieniaczowi Czasu czytelnicy mogli ujrzeć coś bardzo interesującego, a mianowicie: alternatywne światy. Między innymi ten rządzony przez Voldemorta lub taki, w którym zbawca czarodziejskiego świata nie żyje. I tu znów pojawiał się zarzucany już błąd: światy były interesujące, lecz pobyt w nich krótki, przez co one same nie zostały wystarczająco rozwinięte. A szkoda. 

Harry Potter i przeklęte dziecko jako dramat jest nie tyle zły, ile niedokończony. Tyczy się to również didaskaliów – skąpych i ubogich, niedających czytelnikowi pojęcia o wyglądzie świata, w którym jesteśmy. Jednak Harry Potter i przeklęte dziecko jako kolejny rozdział z życia czarodzieja wciąga, fascynuje, cieszy,  a nawet wzrusza. Pozwala myślami powrócić do dzieciństwa, wzbudza refleksje i swego rodzaju tęsknotę. Czy naprawdę od tego momentu, kiedy Harry był jedenastoletnim chłopcem, minęło tyle czasu…? Nawet jeśli przypomina fan fic, to ja taki fan fic kupuję z wszystkimi jego błędami. Bo bardzo mnie cieszy, że świat Harry’ego Pottera wciąż jest tak znany i wielki, że wciąż budzi takie emocje, że wciąż nie gaśnie  w zasypie innej literatury. Że nadal są ludzie, którzy chcą go odkrywać, oraz twórcy, którzy chcą nam go dawać. Cieszy mnie popularność tego fandomu i rosnąca liczba fan fiction na jego temat. I w zupełności rozumiem autorkę, która nie umie i nie chce się rozstać ze swoim dziełem. Zwłaszcza jeśli to dzieło było przełomem literatury i wychowało pewne pokolenie. 

PS Draco ma długie włosy!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ