Raz dziesięciu żołnierzyków pyszny obiad zajadało…

Na początku było ich dziesięciu. Przyjechali do luksusowej posiadłości na odludnej wyspie, zaproszeni przez tajemniczego pana Owena. Nie znali się; łączyło ich to, że nie wiedzieli nic, włącznie z tym, kim jest pan Owen. Wkrótce po domu rozszedł się głos mężczyzny wymieniający kolejno nazwiska każdego z gości i oskarżający ich o konkretne zbrodnie. Już pierwszego wieczora zostało ich dziewięciu, a morderca rozpoczął specyficzne odliczanie…

Dziesięciu murzynków znane również jako Dziesięciu żołnierzyków, Dziesięciu małych Indian lub I nie było już nikogo… to bodaj najsłynniejszy kryminał Agathy Christie, zajmujący zaszczytne dziewiętnaste miejsce w rankingu powieści kryminalnych wszech czasów. Doczekał się nie tylko kilku ekranizacji, ale także gry komputerowej wydanej przez wytwórnię Dreamcatcher Interactive. Po jedenastu latach od publikacji gry przyszedł czas na dwuodcinkowy serial BBC z wyjątkowo dobrze dobraną obsadą. Na ekranie możemy ujrzeć nie tylko niepokojąco opanowanego Aidana Turnera, ale także dostojnego Charlesa Dance’a, gwałtownego Burna Gormana i złośliwą do granic możliwości Mirandę Richardson.

Zważając na fabułę, nic dziwnego, że I nie było już nikogo jest najbardziej zachwalanym kryminałem Agathy Christie. Zamknięcie dziesiątki bohaterów pod jednym dachem z dala od cywilizacji budzi fascynację, zwłaszcza gdy inne powieści autorki są odbiorcy znane. Otóż jedną z zasad rządzących kreowanymi przez nią fabułami jest umiejscowienie zabójcy pomiędzy postaciami już na samym początku. Zarówno czytelnik, jak i widz nie powinni mieć złudzeń: pan Owen nie jest nieznajomym nikomu szaleńcem. Pan Owen jest cały czas na ekranie, umiejętnie skryty między bohaterami i po cichu recytujący swój wierszyk, wedle którego po każdym wersie kolejna osoba umiera. Nic nie jest w stanie go powstrzymać, a w pobliżu nie ma Herkulesa Poirota ani Jane Marple. Czy zbrodnia Owena jest więc zbrodnią doskonałą?

Twórcy serialu umiejętnie dbają o wytworzenie w widzu poczucia odosobnienia. Nagrywają na ogromnych przestrzeniach, ukazując szerokie i rozległe kadry, w których człowiek jest ledwie małym punktem. Nic nieznaczącym punktem – warto dodać. Takie podejście reżysera już na początku sprawia, że odbiorca, chcąc nie chcąc, utożsamia się z bohaterami, z własnego mieszkania przenosząc się na bezludną wyspę. I mimo że napięcie budowane jest powoli, jak w większości produkcji BBC, samo to wyobcowanie wzbudza niepokój. Kadry są jednak ujmujące – ukazują bezkresne morze, wyspiarskie tereny nienaruszone ręką człowieka, gołe niebo i potężne skały, o które co rusz uderzają fale. Twórcy konsekwentnie ukazują świat w zimnych lub przygaszonych barwach, rezygnując z ekspresjonistycznej kolorystyki. Przez ten zabieg świat jawi się widzowi jako ponury i smutny.

Przebieg fabuły pozbawiony jest gwałtownych zwrotów akcji i dynamicznych zmian; nie jest to w stylu ani Agathy Christie, ani BBC. Jak już zostało wspomniane, napięcie budowane jest powoli. Widz musi najpierw poznać świat przedstawiony, bohaterów jako grupę, a także każdego z nich osobno. Musi zrozumieć ich charakter oraz poznać zdolności interpersonalne. W ten sposób, gdy dojdzie do pierwszego morderstwa, odbiorca zna osobowość i historię życia ofiary, zdąży umiejscowić swoje podejrzenia oraz sympatie. Znając bohaterów dobrze, z większym zaciekawieniem będzie próbował zgadywać i snuć teorie. Lecz i tak zmieni zdanie wiele razy, a na końcu zobaczy, że nie miał racji – bo nawet jeśli Agatha Christie pozwala na wytypowanie mordercy, nigdy nie pozwala dojść do odpowiedzi na pytanie: dlaczego?


Realizacja BBC nie stawia na samą intrygę, ale także na klimat całego przedsięwzięcia. Wykazuje zainteresowanie najmniejszymi detalami w krajobrazach, scenografii, kostiumach i charakteryzacji. W swym zamiłowaniu do perfekcjonizmu przywodzi na myśl nieśmiertelne realizacje Poirota z Davidem Suchetem w roli głównej czy Panny Marple z nieżyjącą już Geraldine McEwan. Bohaterowie są psychologicznie i wizualnie dopracowani, stanowią plejadę charakterów, a każdy jest inny od poprzedniego. Nie pomylę się, jeśli powiem, że każda postać (stworzona przez Christie, a tu przeniesiona na ekran) jest gotowym materiałem badawczym. Nikt  nie jest jednoznacznie czarny lub biały. Goście pana Owena są niejednoznaczni, walczący z własnymi demonami i skrywający okrutne tajemnice. Wszyscy mają też dla siebie usprawiedliwienie, które czyni ich niewinnymi. Ich niewinność kwestionuje morderca, chcąc ukarać swoich więźniów za błędy przeszłości, sam skrywając się między nimi. Jego intryga to punktowo zbudowana historia, która potoczy się sama, gdy ruszy pierwszą kostkę domina. Lecz czy z upragnionym skutkiem?

Wyjątkową przestrzenią jest wyspa. Stanowi ona nie tylko miejsce zbrodni, odosobnienia i izolacji, ale także konfrontacji z własną świadomością i przede wszystkim – przeszłością. Dodatkowo każde narzędzie w rękach mordercy zostało użyte tak, aby przypominać postaciom o zbrodniach, których dokonali. Będąc tutaj – sami – muszą stawić im czoła i przyznać się do winy, którą do tej pory skrzętnie ukrywali. Niejednoznaczność ich charakterów BBC przenosi na ekran w sposób bardzo umiejętny, wedle którego miesza ich obecny stan z powracającymi retrospekcjami. Z każdą chwilą jest ich coraz więcej, wspomnienia stają się wyraźniejsze, a winy – namacalne. Plusem jest indywidualność każdego bohatera, mającego własny, konsekwentnie prowadzony charakter. Minusem z kolei niesprawiedliwe potraktowanie postaci przez twórców. Ich uwaga jest wyraźnie rozproszona: niektórym bohaterom poświęcają jej więcej, innym mniej, co momentami niestety sugeruje kolejność morderstw.

W tym wszystkim doskonale odnajdują się aktorzy, najpewniej dobrani do swych ról nieprzypadkowo. Aidan Turner rolą Philipa Lombarda udowadnia swoją rozpiętość i możliwości. W ostatnich czasach znany głównie z roli wesołego krasnoluda Kiliego w Hobbicie aktor, tutaj pokazuje zupełnie inne oblicze – wyrachowanego, pozbawionego sumienia mężczyzny, który ze spokojem przyznaje się do własnych morderstw dokonanych na afrykańskich niewolnikach. Maeve Dermody buduje postać Very Claythorne na delikatności i kobiecości, pozwalając widzom ją szczerze polubić, dopóki zbrodnie z jej przeszłości nie wyjdą na jaw. Miranda Richardson z kolei przy swojej przyjaznej aparycji wykreowała postać nieznośną i niemożliwą do polubienia ze względu na jej złośliwość. Znany z roli hrabiego Rochestera w serialu Jane Eyre Toby Stephens doskonale radzi sobie z postacią wiecznie przestraszonego doktora. I jest jeszcze Charles Dance – jak zawsze majestatyczny i wzbudzający wśród innych respekt.

Trzygodzinne widowisko podzielone na dwa odcinki urzeka detalami i precyzją wykonania, a także niebywałą konsekwencją we wszystkim: w kolorystyce, w kadrach, krajobrazach i prowadzeniu wątków postaci. Twórcy zadbali o to, żeby świat przedstawiony bez trudu kojarzył się z czasami autorki, odtwarzając to w bogatym kostiumie i stylistyce wnętrz. Nie zapomniał przy tym o stopniowym wykreowaniu klimatu, wciągającym bohatera na cały czas trwania seansu.

W świecie win i zbrodni odnalezienie mordercy staje się prawie niemożliwe; bohaterowie mogą jedynie spekulować między sobą, znając swoje – często okrutne – historie. Lecz prawdą jest, że nie mają wiele czasu. Każdego wieczora ze stołu znika jedna figurka, a wraz z nią – człowiek. I tylko cichy wierszyk daje o sobie znać wypisany na oprawionym pergaminie: Raz dziesięciu żołnierzyków pyszny obiad zajadało, nagle jeden się zakrztusił i dziewięciu pozostało… 

Leave a comment



Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 11 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia