Nasza własna wyspa

Na wstępie muszę od razu przyznać, że jest to powieść wyjątkowa. Taka z przesłaniem. Wydawać by się mogło, że trudno coś takiego wpleść w książkę dla młodzieży, a jednak – da się. Tylko trzeba to potrafić. Sally Nicholls zrobiła to perfekcyjnie.

Tytuł: Nasza własna wyspa
Autor: Sally Nicholls
Wydawnictwo: Zielona Sowa

Początek jest prosty: rodzeństwo nie ma pieniędzy, a trzeba je jakoś zdobyć. Ciotka choruje i zostawia im w spadku biżuterię. Tylko że biżuteria jest schowana. Gdzie? Ale zacznijmy od prawdziwego początku…

Holly to przesympatyczna dziewczynka, która niestety straciła mamę. Ukochaną istotę, dzięki której dom można było nazwać DOMEM. Na szczęście nie trafia do rodziny zastępczej, ponieważ jej starszy brat Jonathan mógł przejąć nad nią i młodszym bratem opiekę rodzicielską. Kiepski zasiłek, beznadziejnie płatna praca i wiele problemów natury pieniężnej sprawiają, że dom przestaje być DOMEM. Do czasu, aż ukochana ciocia umiera i zostawia im w spadku biżuterię wartą prawdopodobnie tysiące funtów, ponieważ nie nosiła byle czego. Ale jest jeden problem… Gdzie ją ukryła?

Pomysł ze zdjęciami i wyspą jest przegenialny! Bardzo pomysłowe i nadające rumieńców całej fabule. Nie chcę zbyt wiele zdradzać, bo to byłoby bez sensu, ale muszę powiedzieć, że WYSPA jest głównym tematem całej trójki rodzeństwa. Ogólnie rzecz ujmując, jestem pełna podziwu dla autorki, która to wszystko wymyśliła. Może się wydawać: takie proste! Ale czy nie w prostocie jest siła? Bo tu na pewno ta maksyma pasuje!

Bohaterowie… cóż każdy jest wyjątkowy na swój sposób. Holly to prawdziwa ekologiczna miłośniczka przygód i pełna nadziei nastolatka. Davy to żywiołowy i wesoły dzieciak, który prawdopodobnie wyrośnie na miłośnika zwierząt. Natomiast Jonathan to mężczyzna z krwi i kości, kochający swoje rodzeństwo ponad wszystko. Mamy też bohaterów pobocznych, a ich wspaniałomyślność i empatia pokazują, że ludzie to nie krwiożercze postacie z baśni, które mają za główny cel zgładzić rywala. Bo tu nie chodzi o sam skarb, lecz o coś więcej. Powieść jest pełna małych, ukrytych przekazów. I sądzę, że niejedno dziecko – ha! młodzież! – zrozumie ich sens.

Bardzo podoba mi się pomysł zarówno na książkę, jak i samą fabułę. Holly ma czternaście lat, gdy zaczyna pisać powieść o tym, co przydarzyło się jej rodzinie. Jest zaledwie nastolatką, która lubi czytać książki (oklepane, owszem, ale… normalne i nienużące, bo każdy z nas kiedyś był takim dzieckiem i teraz jest takim samym – tylko że dorosłym!). Język jest nadzwyczaj barwny, a zarazem bardzo w stylu… dziecka. Ma się wrażenie, że naprawdę pisała Holly, z całym jej emocjonalnym bagażem uczuć. Dialogi bardzo realistyczne, bez wyniosłych tekstów wielce rezolutnej, wręcz wybitnie inteligentnej autorki. Widać tu prawdziwość. Ta wręcz bije po oczach. Dziecko jest dzieckiem. Dorosły jest dzieckiem grającym dorosłego. Wszystko jest tak, jak być powinno.

Jak widzicie, zostałam całkowicie zauroczona. Tak prosta, a tak genialna książka. Jeśli zastanawiacie się, co dać w prezencie swoim pociechom (10-14 lat), to wiedzcie, że trafiliście na mądrą, pełną empatii, przyjaźni i miłości rodzinnej książkę. Szczerze polecam Naszą własną wyspę.

Leave a comment



Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 12 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia