Oczami polonistki: nie takie lektury straszne, jak je omawiają!

0
89

Pan Tadeusz, Dziady, Wesele, Chłopi, Lalka… Sami przyznajcie, że pierwsze spojrzenie na te lektury wzbudziło w was chęć wyrzucenia ich przez okno. Dlaczego? Przecież każda z nich należy do kanonu polskiej literatury, a ich czytanie to – podobno – czysta przyjemność… W dodatku ten „klimat”… Niesamowite! A jednak wszyscy kiedyś narzekaliśmy (i nadal narzekamy) na to, że musimy je czytać. No właśnie: musimy. Mówimy, że gdyby nas nie zmuszano do ich przeczytania, z pewnością byśmy po nie sięgnęli. Czy na pewno? Obawiam się, że jednak nie.

Czy ktokolwiek przeczytałby dobrowolnie, ot tak, np. Pana Tadeusza? Moim zdaniem twierdzenie, że „z pewnością byśmy go kiedyś przeczytali” jest tak samo fałszywe jak twierdzenie „gdybym miała nieco więcej czasu, nauczyłabym się wzorów matematycznych i przygotowałabym się do sprawdzianu”. Nie oszukujmy samych siebie. Zamiast mówić, że przeczytalibyśmy którąkolwiek z lektur sami dla siebie, znajdźmy coś, co naprawdę przeczytamy bez przymusu – w dodatku coś, co też jest lekturą, ale… o tym nie wiemy!

Poniżej przedstawiam pięć tytułów książek, które są wpisane do kanonu lektur polonistycznych, ale są na tyle ciekawe, że można by je uznać za takie, które czytamy do poduszki. Możecie się poczuć nieźle zaskoczeni, że takie książki: a) są lekturami b) w ogóle istnieją (oczywiście nie wątpię w to, że ktoś z was nie kojarzy Sklepów cynamonowych!).

Giovanni Boccaccio, Dekameron, 1470 r.

Jak nazwa wskazuje (deka-), czegoś tu musi być dziesięć. Macie rację! Jest to bowiem zbiór nowelek, które opowiadało sobie dziesięcioro florentyńczyków (w ciągu dziesięciu dni) podczas zarazy. O czym? O wszystkim i o niczym! Wbrew pozorom nie było tutaj większości panów (tylko trzech), ale panien (aż siedem)! Choć głównym tematem wszystkich opowiadań jest szeroko pojęte uczucie – miłość – to Dekameron nie jest romansem, o nie! Jeśli lubicie czytać o obyczajach, o życiu codziennym i w dodatku macie dosyć schematyczności, koniecznie sięgnijcie po tę lekturę. I błagam! W momencie gdy wam się (nie daj Boże) znudzi, rzućcie okiem chociaż na Sokoła – zróbcie to dla mnie, językoznawczyni, która zachwyciła się tą książką, mimo że też nie lubi być do niczego zmuszana.

François Rabelais, Gargantua i Pantagruel (wł. Życie Gargantui i Pantagruela), 1534 r.

Ach! Lubicie odrobinę satyry, fantastyki i nieco ludowości? To dlaczego dotychczas nie sięgnęliście po tę wspaniałą książkę? Z pewnością będziecie nią zauroczeni, ponieważ opisuje niesamowite przygody dwóch olbrzymów (spójrzcie wyżej, o właśnie: Gargantui i Pantagruela), a to wszystko… w PIĘCIU tomach! Jeśli kiedykolwiek narzekaliście na to, że ciekawe książki zwykle są za krótkie, to tę możecie czytać do znudzenia. A teraz powiem wam na ucho, dlaczego polecam wam tę książkę. Otóż została napisana przez Rabelais’go (wym. rablego) (tak, odmiana tego nazwiska sprawia kłopot każdemu, dlatego cieszę się, że mogę się pochwalić, że mnie – już – nie. Oby wam również.

Bruno Schulz, Sklepy cynamonowe, 1933 r.

Realizm magiczny. Czy do dziś nie rozumiecie, co to takiego? Nie dziwię się. Regułki, które musieliście wykuć na lekcjach języka polskiego, na sto procent były nudne jak flaki z olejem i w dodatku niezrozumiałe. Nie martwcie się, wyjaśnię wam, o co chodzi: o wyobraźnię. Ciekawe? Jeśli przeczytaliście tylko jedno lub dwa opowiadania i uważacie, że to wystarczy – nuda, nuda, nuda – to się mylicie! Te opowiadania, po które sięgnęliście (bo wam kazano), są tak naprawdę „wzorami”, którymi posługują się nauczyciele, aby mieć pretekst do dochodzenia… co autor miał na myśli. Zapomnijcie o tej beznadziejnej konieczności rozkładania każdego zdania na czynniki pierwsze; to nie jest ważne, ani trochę. Najważniejsze jest to, co poczujecie (albo: co powiecie) po przeczytaniu całości: „WOW”. No właśnie. A jeśli zechcecie więcej, zajrzyjcie do Sanatorium pod Klepsydrą.

Cyprian Norwid, Pierścień Wielkiej-Damy, czyli Ex-machina Durejko, 1934 r.

Zdążyliście się pewnie przekonać, że każda lektura pisana wierszem jest okropna – nic z niej nie rozumiecie, macie dość po jednej kwestii bohatera, nie chce wam się tego czytać, ale przecież… musicie. Pierścienia Wielkiej-Damy raczej nie musicie czytać, bo nie słyszałam, żeby ktokolwiek „przerabiał” (oduczcie się tego słowa, proszę, jest koszmarne; przerabiać można kurczaka na rosół) go w szkole średniej. Nie zraźcie się nazwiskiem autora. Zdaję sobie sprawę, że w tej chwili mówicie sobie „Co ona gada, już jej nie lubię”, bo śmiem wam wpoić, że to ciekawa lektura, a napisał ją Norwid. Nie uważajcie go za idiotę – owszem, pisze (pisał) dość specyficznie, ale nie jest prawdą, że nie da się go zrozumieć. Skoro ktoś go – późno bo późno – zrozumiał, to chyba jednak się da. Nie bójcie się, po prostu spróbujcie, a zobaczycie, że to niesamowita… biała… tragedia.

Stanisław Lem, Solaris, 1961 r.

Znacie Lema, prawda? Już w podstawówce czytało się (i może nadal się czyta) fragmenty jego książek. Jeśli nie kojarzycie Solaris, wstydźcie się! Mam was. Żartuję! Nie macie się czego wstydzić. Choć jest to jedna z popularniejszych powieści tego autora, mało kto chętnie po nią sięga. A przecież science fiction lubimy, prawda? To fascynująca, niesamowicie niesamowita książka o… tym, czego nie widzimy, a o czym często myślimy. Czy na innych planetach jest życie? Jest! Zobaczcie, jak to widzi Lem. Skoro Solaris doczekało się kilkudziesięciu tłumaczeń i dwóch ekranizacji, to chyba coś w tym jest! (No i to też lektura polonistyczna – gdyby ktoś wątpił).

Mam nadzieję, że dotrwaliście do tego zdania i mimo wszystko nie przerwaliście czytania po pierwszym akapicie. Dla mnie to niesamowita przygoda: móc czytać coś, co jest wymagane, ale jakże ciekawe i inspirujące! Pamiętajcie, że poloniści nie robią wam na złość, każąc czytać lektury. One nie mają być fajne (nie powinnam tak pisać, ale nie jesteśmy na konferencji językoznawczej, więc daruję sobie sztuczne pisanie zgodne z normą wzorcową), tylko ważne – prezentować istotne zagadnienia epoki, wyrażać pewne idee… Chciałabym jednak, żebyście nie patrzyli na nie jak na zło konieczne. Wiem, czytanie na akord nie jest szczególnie zachęcające (choć sama MUSZĘ czytać po 50 tekstów semestralnie), ale spróbujcie choć raz dostrzec w tym, co musicie czytać, coś, co wam się podoba. Nie mówię o tym, że macie nagle pokochać każdą lekturę (pewnie tak można, ale nie doświadczyłam tego na własnej skórze), tylko odłożyć na bok „znooowu muszę coś przeczytać na poniedziałek” i w zamian skusić się na „no dobra, dlaczego nie?”. Życzę wam powodzenia w odkrywaniu własnych literackich perełek. Dla mnie na zawsze najwspanialsze pozostaną Dziady. I możecie komentować, że to absurd… Pozwólcie, że wyjątkowo nie posłucham.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ