Pośród miliona świateł…

Komik, błazen, niewolnik? Poznajcie Arlekina – arlekina innego niż ci znani z dziejów teatru, a dokładniej: śmiałej komedii dell’arte. Ten arlekin przekona was, że czasami trzeba założyć maskę i zyskać opinię dziwaka, aby nie rozczarować siebie i innych. A co tak naprawdę kryje się pod tą maską – przekonacie się sami. 

Tytuł: Maska Arlekina
Autor: Hanna Kowalewska
Wydawnictwo: Literackie

Hanna Kowalewska nauczyła mnie wyczucia stylu. Nauczyła mnie języka polskiego znacznie lepiej niż wszyscy poloniści – zarówno od podstawówki do liceum, jak i na wyższym szczeblu edukacji – razem wzięci. Ona po prostu manipuluje czytelnikiem w taki sposób, że podczas lektury ani jej nie dostrzegamy, ani nie czujemy, za to po lekturze… spada na nas z hukiem! 

Uwiedziona stylem, którym posługuje się autorka, zostałam zaprowadzona aż do Maski Arlekina i… czekam na więcej. Zarówno Tego lata w Zawrociu, jak i Góra śpiących węży nieźle dały mi w kość – do tego stopnia, że sfiksowałam na punkcie tej serii. Tak jak początkowo byłam zaskoczona tempem wydawania kolejnych części serii, tak teraz jestem zaskoczona tym, że Innej wersji życia w nowej… wersji jeszcze nie ma. A co ja biedna zrobię, gdy Cztery rzęsy nietoperza jednoznacznie krzykną mi do ucha: „To już koniec!”? 

Ale nie, to jeszcze nie koniec. Kowalewska umiejętnie stopniuje napięcie i dawkuje akcję tak, abyśmy odkrywali tajemnice jedna po drugiej, nie tracąc z oczu ważnych i mniej ważnych wątków. Tego typu proza fascynuje, pochłania, ale też odpycha. Wielość zabiegów, które stosuje autorka, sprawia, że wielokrotnie mówimy sobie „dość”, aby uporządkować to, co zostało nam przekazane, i to, co pojawia się w naszych myślach w trakcie czytania.

Ale to „dość” nie oznacza, że rzeczywiście mamy dość książki, że chcemy jak najszybciej odłożyć ją na półkę i o niej zapomnieć. To „dość” znaczące tyle co „Pani Hanno, tak bardzo podoba mi się to, co czytam, że nie mogę przeczytać wszystkiego naraz”; znaczące tyle co „Gdy przeczytam książkę od deski do deski, chyba się rozpłaczę, że ta historia dobiegła już końca”. Dość już tego. Nie mamy wyjścia: trzeba czytać tę prozę przez cały rok, aby nie pozwolić sobie na choćby krótką przerwę w lekturze.

Maska Arlekina udowadnia nam (jak zresztą i pozostałe części serii – pod tym względem całą historię można uznać za jak najbardziej spójną), że fakty nigdy nie są tak do końca faktami, miłość wciąż pozostaje tą sferą ludzkiego życia, która podlega licznym przekształceniom i przeobrażeniom, a poszukiwanie odpowiedzi na najprostsze pytania jest jak zabawa w kotka i myszkę. Od pierwszej strony dajemy się ponieść niejednoznacznościom, emocjom i grzebaniu w – wydawałoby się – zamkniętej już na cztery spusty przeszłości. I w tym Kowalewska jest najwspanialsza: w pokazywaniu nam, że literatura wciąż może być ambitna, a czytelnicy wcale nie chcą już tylko lekkich czytadeł. Dopóki to, o czym czytamy, umożliwia nam poznawanie świata takiego, jaki jest (i często nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, że aż taki może być), dopóty my pozostaniemy czytelnikami idealnymi – takimi, których literatura rzeczywiście uczy, bawi i wzrusza.

Niewielu już takich autorów, którzy zarażają swoim stylem; których poznalibyśmy dzięki niemu na końcu świata i którym pozostalibyśmy wierni od pierwszej książki aż po ostatnią. Kowalewska do takich autorów (autorek) – w moim przekonaniu – należy. Zaczęłam od Letniej akademii uczuć i coś czuję, że nie zapomnę nigdy. W końcu to moja „najpierwsza” literacka przygoda.

A seria o Zawrociu… niech trwa w nieskończoność! 

Leave a comment



Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 11 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia