W świecie maszyn

Żyjemy na tym świecie jako jedyna dominująca rasa. To my dyktujemy warunki i podporządkowujemy sobie wszystkie żywe istoty. Mimo że nie zawsze nam się to udaje, to i tak my rządzimy. Wyobrażacie sobie, co by się stało, gdyby pojawił się jeszcze ktoś, ktoś z innej planety, kto jest o wiele potężniejszy od nas, ludzi? Trudno zaakceptować coś innego, a naszym naturalnym odruchem jest walka o przetrwanie i własne terytorium. Jednak czy w obliczu wspólnego zagrożenia jesteśmy w stanie walczyć razem?

 

Tytuł: Transformers: Ostatni rycerz
Reżyseria: Michael Bay

 

Transformersy nie są już mile widziane na Ziemi. Uważa się, że stanowią zagrożenie i mogą zniszczyć naszą rasę oraz planetę. W końcu to potężne roboty, które potrafią tylko demolować i walczyć. Większość ludzi zapomina, że one też mają swoje uczucia, niepowtarzalne osobowości i pragnienia. Muszą się chować po złomowiskach i pilnować, żeby nie zwracać na siebie zbyt dużej uwagi. Co się stanie, gdy zostanie znaleziona osoba, która może zmienić dzieje ich historii?

Nie oglądałam nigdy wcześniej Transformersów, choć miga mi w głowie, że chyba miałam jakąś styczność z pierwszą częścią, ale nic z niej nie pamiętam, więc można nazwać Ostatniego rycerza moim pierwszym spotkaniem z tą serią. Nie kierowały mną żadne oczekiwania – ani pozytywne, ani negatywne. Byłam zaciekawiona i nastawiona na coś innego. Co z tego wyszło?

Ogólnie mówiąc, byłam bardzo zaskoczona samą koncepcją. Zawsze wyobrażałam sobie, że Transformersy są jakimiś stworzonymi przez ludzi robocikami, które zawładnęły Ziemią. Takie typowe science fiction oparte na obawach ludzkości. Nie wiedziałam, że pochodzą one z innej planety, że są inną rasą. Dlatego czułam się zszokowana, gdy się o tym dowiedziałam. Uważam ten pomysł przede wszystkim za całkowicie niekonwencjonalny. 

Na początku bałam się trochę, że się nie wciągnę i będę się nudzić przez dwie godziny. Jednak zawsze, gdy jestem zaciekawiona, oglądam film z pasją, choćby mi się nie podobał, a ten zrobił na mnie dobre wrażenie. Fabuła jest intrygująca i pełna akcji, więc nie ma czasu na znużenie. Tym bardziej, że historia okazała się bardzo rozbudowana. Faktem jest, że nie znam poprzednich części, więc sporo tracę i do końca nie rozumiem tego wszystkiego. Ale nie spodziewałam się, że w filmie pojawi się tyle wątków, które dyskretnie łączą się ze sobą, tworząc niesamowitą całość. Niestety zawiodłam się trochę na zakończeniu. Było do bólu przewidywalne. Myślę, że nie znając fabuły, bylibyście w stanie przewidzieć koniec. Wydaje się taki typowy dla science fiction, choć z drugiej strony sama nie wiem, co można by zmienić, żeby był mniej prawdopodobny.

Akcja płynie dość niestałym tempem. Pojawiały się nudne momenty, które niepotrzebnie się ciągnęły. Z kolei czasami ta akcja była tak długa i emocjonalna, że aż niepotrzebnie przesadzona. Jest to film akcji, więc jej właśnie powinniśmy się spodziewać i ją dostaliśmy, ale mogłaby być mniej chaotyczna, bardziej zaskakująca.

Chyba największe wrażenie zrobiło na mnie uniwersum. Uwielbiam nowe światy lub nasz świat przerobiony na inne zasady. Jeśli jest on dobrze stworzony, mający sensowne podstawy i różniący się od tych typowych, to jestem w siódmym niebie. I podczas tej produkcji byłam. Ziemia jako miejsce, na którym mieszkają również Transformersy, jest niezwykle ciekawa, a i ich planeta zrobiła na mnie wrażenie. Przyznaję, że czasami tych podstaw trochę brakowało i pojawiało się dużo nielogicznych wydarzeń, ale mimo to, uniwersum to zyskało moją sympatię i myślę, że w najbliższych miesiącach poznam je lepiej.

Mam mieszane uczucia, jeśli chodzi o bohaterów. Samego Cade’a bardzo polubiłam, choć działał mi na nerwy. Irytował mnie swoim zachowaniem, wiecznym zmienianiem zdania i nieogarnięciem, ale podziwiałam jego wytrwałość, dobre serce i przywiązanie do innych. Za to zwyczajnie bardzo nie lubiłam Vivian. Ta kobieta była straszna… Przemądrzała, zbyt pewna siebie i niestabilna psychicznie. Tylko wszystko psuła. Nie mogę też zapomnieć o jednej dość epizodycznej postaci, czyli Jimmym. To przesympatyczny bohater, który wprowadzał komizm, w tym przypadku mile przeze mnie widziany. No i urocze duże roboty. Każdy z nich wydawał się tak inny, specyficzny, że byłam pod olbrzymim wrażeniem ich kreacji. 

Problematyka filmu jest również bardzo rozbudowana. To film akcji, który przemycił dużo istotnych problemów. Zwracał uwagę na tolerancję, która w naszym świecie jest ważna, a coraz częściej się o tym zapomina. Każdy wydaje się inny, ma inne zwyczaje, inny wygląd, inne uczucia i spojrzenie na świat, a to nie znaczy, że przez to trzeba go zwalczać, znęcać się nad nim czy ignorować. Ukazuje też, że przyjaźń i rodzina to potęga, o którą trzeba dbać i jej się trzymać.

O grze aktorskiej nie mam zbyt dużo do powiedzenia. Mało kto się wyróżniał, moją uwagę przykuł tylko Anthony Hopkins grający sir Edwarda. Poradził sobie z tym dość trudnym zadaniem bardzo dobrze. W filmie pojawiło się dużo efektów specjalnych, które wyglądały naturalnie.

Transformers: Ostatni rycerz okazał się dobrą produkcją, którą będę miło wspominać, choć zdaję sobie sprawę, że nie każdy lubi takie klimaty. Jednak jeśli przyciąga was atmosfera robotów i przyszłości, jest to film dla was. 

Leave a comment



Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 11 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia