Poezja purenonsensowa po prostu – „Pegaz zdębiał”

Julian Tuwim zebrał i usystematyzował ciekawe, zaskakujące, zabawne i nieprawdopodobne zjawiska z literatury nie do końca znanej, odrzucanej. Wydał wszystko w 1950 roku w formie książki pt. Pegaz dęba, czyli panopticum poetyckie. Stanisław Barańczak natomiast dał niesamowicie wielkiego susa do przodu. Stworzył autorski spis nieistniejących do tej pory gatunków poezji purenonsensowej. Na cześć genialnego Tuwima nazwał go Pegaz zdębiał. Przed nami duża dawka humoru, nonsensu i językowych zabaw!

Tytuł: Pegaz zdębiał. Poezja nonsensu a życie codziennie: wprowadzenie w prywatną teorię gatunków
Autor: Stanisław Barańczak
Wydawnictwo: Agora

 

Pod koniec poprzedniego roku pojawiło się nowe wydanie tej książki – poszerzone i uzupełnione przez Joannę Szczęsną, redaktorkę całości, a zarazem przyjaciółkę i korespondentkę Stanisława Barańczaka. Przez całe swoje życie poeta tworzył wciąż nowe utwory purenonsensowe, które zostały zebrane w całość właśnie w tym wydaniu. Mamy więc tutaj kompletne, całościowe kompendium niepoważnej twórczości literata, która jest tak samo uprawniona do wejścia do kanonu jak wszystkie poważne utwory. Barańczak cenił „poetów oburęcznych” (jak mawiał) – takich, którzy zajmują się pisaniem i jednych, i drugich utworów (sam siebie zaliczał do tego kręgu, choć początkowo tę niepoważną tworzył do szuflady).

Zerkając na spis treści, możemy zapoznać się z repertuarem. Jest bardzo szeroki. Alfabetony, palindromadery, mankamęty, obleśniki, idiomatoły, poliględźby, bezecenzje i jeszcze trochę. Już same nazwy są wynikiem inwencji twórczej, odnoszą się do innych, istniejących gatunków, są kontaminacją. Krótki komentarz do każdego rozdziału wprowadza, objaśnia zasady, a utwory w środku wprost zachwycają. Bardzo ciekawe są też komentarze redaktorki – uzupełniające, komentujące i poszerzające to, co już autor powiedział. Do tego przypisy – zawsze nielubiane, omijane, wybijające z rytmu czytania – tutaj są kolejnym humorystycznym akcentem (nawet jeśli są długie – a zdarzają się!) Autor i redaktorka bardzo dobrze prowadzą czytelnika przez niuanse niepoważnej twórczości.

Alfabetyczny spis rzeczy to kolejny majstersztyk. Coś, co ma w książkach charakter użyteczny, służy głównie do znalezienia konkretnego elementu w tekście, tutaj przekształca się w żart. Pojawia się na przykład alfabetyczny spis numerów rozdziałów – czwarty, drugi, dziesiąty i tak dalej… Albo alfabetyczny spis i lista frekwencyjna liter alfabetu w alfabetonach… Jest w tym tyle nonsensu, że jedyną moją reakcją jest szczery, histeryczny śmiech.

Zresztą śmiech towarzyszy mi niemalże podczas czytania każdego zdania tej książki. Czytając Barańczakowe (i nie tylko) utwory, nie można się powstrzymać przed chociażby szerokim uśmiechem. Podobało mi się to, że nawet nie potrafiłam się powstrzymać, gdy czytałam w tramwaju. Rzadko zdarza mi się napotkać tak zabawną lekturę!

Pociąga mnie koncept zabawy językiem – tutaj mamy tego aż nadto. Żadna literka nie przejdzie niezauważona, z każdego słowa wydobyte zostaje maksimum sensów, tak że całość ostatecznie staje się nonsensem. Na fali zachwytu sama próbuję stworzyć coś purenonsensowego, stosując się do gatunkowych wytycznych. Może nie jest to coś, co nadawałoby się do upublicznienia, ale bawię się przy tym znakomicie. Nadal jednak nie mogę wyjść z podziwu nad geniuszem i wyczuciem językowym Barańczaka. Szczególnie wielkim wyczynem wydaje mi się megapalindrom złożony z 2501 liter (a istnieją jeszcze dłuższe!). Pozostaje tylko skłonić głowę z szacunkiem.

Nie mogłabym nie wspomnieć o samym wykonaniu książki, jako że jestem na to dość wrażliwa. Zachwyca okładka (faktura, nadruk!), zachwyca wnętrze – szczególnie rysunki autorstwa Jacka Gawłowskiego są fenomenalne i idealnie współgrają z całością. Typografia wnętrza jest bardzo pomysłowa i wykorzystuje kolor, który bardzo lubię (co zapewne wpłynęło na moją ocenę).

Jestem szczerze zachwycona wszystkim, co znajduje się w tej jednej książce. Uwielbiam fakt, że artyści potrafią podejść do tematu twórczości jak do czegoś, czym można się bawić, a nie tylko „przemawiać z wysokiej góry”. Taka twórczość też jest bardzo potrzebna, wszak zabawa jest nieodłącznym elementem ludzkiej natury. Tej książki nie można przeczytać raz i po prostu odłożyć na półkę. Powinno się do niej wracać, kartkować, smakować, zagłębiać w teksty najeżone zabawą językową i nonsensem. Taka lektura zawsze może umilić dzień.

Nie mogę się też powstrzymać przed udostępnieniem na koniec wiersza autorstwa Michała Rusinka:

Na dźwięk nazwiska Barańczaka
drży każdy spolszczacz, przekładaka,
grafotranslator i łżetłumacz,
i gryzpiórków cały tłum. Acz
gdyby nie drżenie to – ponury
byłby dziś los literatury,
którą w niezdarne swe obroty
wzięłyby były przeciętnoty.
Dalsze gdybanie – innym razem.
Tymczasem – raczmy się „Pegazem”!

Leave a comment



Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 11 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia