Kiedy przyjdzie czas…

Jeszcze niedawno mówili „kiedyś”, później pojawiło się „nigdy”, a teraz… teraz jest „teraz”! Kiedy przyjdzie czas, pomyślą, co będzie „kiedyś”.

Tytuł: Kiedy przyjdzie czas
Autor: Natalia Jagiełło-Dąbrowska
Wydawnictwo: Zysk i S-ka

 

Julia wraca z upalnej Majorki do Londynu. Dwa tygodnie temu była przekonana, że urlop okaże się przełomowym momentem w jej życiu, że oderwie ją od ciągłej rutyny i zapisze się w jej pamięci na długo. Zapisał się, jednak nie tak, jak by tego oczekiwała… Zmęczona ciągłymi porażkami wyjeżdża w rodzinne strony, aby poskładać to, co się rozsypało, w całość i uwierzyć w to, że jeszcze nie wszystko stracone, że jeszcze wszystko może się ułożyć… 

Kiedy jakiś rok temu pisałam o pierwszej części serii Natalii Jagiełło-Dąbrowskiej, Nasze kiedyś, nie wiedziałam jeszcze, jaki będzie ciąg dalszy historii. Mimo kilku uwag cierpliwie czekałam na następną i wypatrywałam go z nadzieją, że będzie mi dane poznać kontynuację losów bohaterów, których nawet polubiłam. W końcu (i na końcu – książki) obiecano mi, że to nie koniec. Nasze kiedyś autorka przerwała w kulminacyjnym momencie. Przypadek? Nie sądzę. 

Tak poprowadzona fabuła niejako zmusiła nas, czytelników, w tym mnie, do lektury Kiedyś przyjdzie czas jak najszybciej. Ale autorka i tym razem postanowiła trochę posterować czytelniczymi emocjami. Za pomocą retardacji budowała jeszcze większe napięcie, aż w końcu… 

Nie! Mówię zdecydowane nie drugiej części książki. Po roku oczekiwania spodziewałam się spektakularnego efektu, a nie kolejnego schematycznego romansidła. Naprawdę liczyłam na dobrą dawkę porządnej akcji i kolejnych wręcz nabrzmiałych napięciem scen. Mało tego – byłam wręcz przekonana, że Kiedy przyjdzie czas (wtedy jeszcze nie wiedziałam, że taki tytuł będzie nosić druga część Naszego kiedyś) okaże się doskonałym rozwinięciem historii i jednocześnie mocnym akcentem ją zakończy. Byłam. 

Nie chcę przedłużać, ale muszę napisać jeszcze kilka(dziesiąt) słów. Po prostu muszę. O tej książce i o każdej innej, która ma coś wyjaśnić, rozstrzygnąć, która ma być wyczekiwana i równie mocno pokochana. 

Otóż… Kiedy przyjdzie czas to szablon. Szablon, od których chcemy uciekać. Desperacko bo desperacko, ale uciekamy z nadzieją na to, że w końcu napotkamy kawałek porządnej literatury. Wydaje się, że takich powieści już nie ma. Oprócz tych ambitnych książek, które swoją drogą można zliczyć na palcach rąk, nie mamy czym się poszczycić. Choć wierzę w naszych polskich autorów i uważam, że każdy może napisać naprawdę dobrą książkę, coraz częściej przyłapuję się na tym, że analizuję. Dość skrupulatnie przyglądam się temu, JAK się dzisiaj pisze, i jestem nieco zaniepokojona. Schematyzmem, wodolejstwem, zapchajdziurami… W końcu: rozwlekłymi fabułami, które nic nie wnoszą, mimo że zapowiadają ciekawą literacką podróż. Czy o to chodzi we współczesnej twórczości? Nie wydaje mi się. 

Z przyjemnością odkładam Kiedy przyjdzie czas na półkę, ale z równie dużą przyjemnością rozpoczynam lekturę kolejnej. Czujecie jakiś dysonans? Gdyby ta powieść okazała się choć w połowie taka, jaka rzeczywiście mogłaby się okazać (potencjał był, nie wykorzystano go, zdarza się…), z pewnością tak łatwo nie przyszłoby mi sięgnięcie po inną. Niestety, tym razem się zawiodłam, dlatego uciekam w inny literacki świat, a was mimo wszystko zachęcam do przeczytania serii Natalii Jagiełło-Dąbrowskiej. Warto czytać. Może wam się spodoba? A jeśli nie, przynajmniej pobudzicie szare komórki do krytycznego myślenia. To zawsze cenna umiejętność. W tych czasach chyba jedna z cenniejszych. 

 

Leave a comment



Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia