Porozmawiajmy o psach i… piesach

Marzec to trudny czas. Już prawie wiosna, a jednak nadal zima… Codziennie zmagamy się z wahaniem ciśnienia i walczymy o przetrwanie. „O jery” – powie poznaniak. Ano właśnie – i o jerach będzie dziś mowa. Nie będę wam jednak podawać regułek i silić się na tłumaczenie tego, czego tak naprawdę wszyscy możemy się tylko domyślać – wszak kiedy język polski zaczął się rozwijać, nas nie było na świecie! Mogę jedynie dzielić się z wami ciekawostkami. Gwarantuję, że podczas lektury każdy z was szeroko otworzy oczy ze zdziwienia. Zapinamy pasy i wyruszamy… do czasów prasłowiańszczyzny! Kolejna odsłona Oczami polonistki – czas start!

 

No dobrze. Co powiecie na krótką wycieczkę do świata piesów (!)? Ja już wam wyjaśnię, o co chodziło tym jerom… Niczym mrówki znalazły sobie przytulny kącik w prasłowiańszczyźnie (języku, z którego powstał między innymi język polski jako jeden z grupy słowiańskiej) i trochę namieszały. Pozbyć się ich nie było jak, trzeba było poczekać, aż same sobie pójdą. No i poszły. A my mamy przez to same problemy.

Na spacer idziemy z psem (nie z „piesem”), wiosną kwitną bzy (nie „bezy”) – no i weź tu, człowieku, bądź mądry. Cóż począć? Postarać się to wyjaśnić i zrozumieć.

Tylko jak…

Słabe i mocne, miękkie i twarde 

Jery były mocne i słabe. Te mocne „siedzą” w polszczyźnie do dziś, choć zdajemy się ich nie zauważać, a te słabe – cóż, z reguły jest tak, że to, co słabe, szybciej znika. Tam, gdzie były twarde – tam mamy „wakat”, a tam, gdzie miękkie – dziś mamy nasze ulubione spółgłoski z szeregu ciszącego, czyli np. cizianie („ć”).

A gdzie właściwie były? Wszędzie tam, gdzie sylaby. Istniało bowiem pewne tajemnicze prawo, zgodnie z którym każda sylaba musiała się kończyć albo samogłoską, albo półsamogłoską. Rolę półsamogłoski odgrywał właśnie jer. Nie było w prasłowiańszczyźnie wyrazu, który nie kończyłby się jerem (chyba że kończył się zwykłą samogłoską). Tam, gdzie występował przed jerem mocnym, został; tam, gdzie przed słabym – po prostu sobie „poszedł”. I tyle go widzieli.

Jery mocne pozamieniały się w piękne „e”. Mamy więc wyraz „pies”, a nie „ps” (chyba że onomatopeję, jak „pf” i „uf”).

Jedne jery zanikły, inne – się zwokalizowały. I z tymi zwokalizowanymi dziś mierzą się miliony uczących się języka polskiego obcokrajowców, którym naprawdę trudno zrozumieć co, gdzie, jak i po co – tylko dlatego, że, choć jest to logiczne, nie możemy sobie tego w żaden sposób wyobrazić. „Pies” wygląda tak samo, gdy mówimy o nim, że jest „psem”. Dlaczego więc kiedy mówimy o „psie”, między „p” a „s” zanika to tajemnicze „ie”, które w wyrazie „pies” przecież jest?

 

Pies – niby taki krótki wyraz, ale… szkoda gadać

Początkowo wyraz, o którym mowa („pies”), zawierał bowiem aż dwa jery: pierwszy między „p” a „s” właśnie, a drugi – na końcu, aby móc stworzyć drugą sylabę. Wyobraźmy sobie na chwilę, że wyraz „pies” brzmi np. „piesi”. Ma dwie sylaby? Ma. Zatem wszystko się zgadza. „Pies” miał zatem postać: pьsъ.

Jak widać – oba jery nieco różnią się od siebie. Pierwszy nie ma wydłużenia z lewej strony. Co to oznacza? Ten bez wydłużenia był jerem miękkim – to dzięki niemu wspomniany wyraz nie ma dziś postaci „pes”, tylko „pies”, gdyż powstałe w wyniku zaniku jerów „e” dodatkowo zmiękczyło „p”. Drugi był jerem twardym – i dlatego nie mówimy dziś „pieś”. Niesamowite, prawda?

No dobra, ale nadal nie wiemy, skąd się wzięło to „psa” zamiast „piesa”. Już tłumaczę.

Gdy w wyrazie były aż dwa jery, zawsze – od końca – kolejność była taka: słaby – mocny – słaby itd. W przypadku wyrazu „pies” jer po „s” (jako słaby) po prostu zanikł, a drugi (jako mocny) przeszedł w samogłoskę „e”, z dodatkowym zmiękczeniem „p” – stąd „pies”,  a nie „piesi” z dwiema sylabami. Z kolei gdy pozycje jerów się zmieniały, zaczęły się dziać rzeczy niepojęte.

I tak wyraz „psa” miał kiedyś postać:  pьsa.

Jeśli liczyć od końca – jerem słabym w tym przypadku jest ten między „p” a „s”, a że jery w pozycji słabej zanikały, po prostu zanikł. I obecnie mamy „psa”, a nie „piesa” – jak wynikałoby z regularnej odmiany.

 

Skoro pies, to i piesek… 

A skąd piesek? Po podstawieniu rdzenia pьsъ i dodaniu „k” mamy postać: pьsъkъ (jer po „k” służy do stworzenia kolejnej sylaby). Zgodnie z zasadą „słaby – mocny – słaby” powstaje nam zatem „piesek”, a jer przed „k” uświadamia nam, dlaczego „piesek”, ale „pieska” (tak jak w przypadku „psa” – nastąpiła zmiana pozycji jerów). A dlaczego nie „piesiek”, skoro „pies”, a nie „pes”? Dlatego, że jer przed „k” jest jerem twardym – „e” nie zmiękcza więc spółgłoski.

Zanik jerów pozostawił po sobie samogłoski „e”, nie możemy jednak uznać, że wszystkie wyrazy zawierające „e” zawierały jery. W tym, jak odróżnić „e” pochodzenia jerowego od „e” „zwykłego”, pomaga nam dziś nielubiana przez nas odmiana przez przypadki. Gdy po odmianie zauważamy dziwne (jak już wiemy, są one dziwne z pozoru) zmiany, możemy być z siebie dumni – dotarliśmy do prawdy, o którą tak wykłócali się starożytni filozofowie.

 

Czy podobała wam się ta krótka wycieczka do prasłowiańszczyzny? Mam nadzieję, że udało mi się trochę wyjaśnić wam, jak przebiegał rozwój naszego ojczystego języka. I choć jest to zaledwie jego niewielka część – podobnych zmian zaszło bowiem o wiele więcej i skutki wszystkich, dziś „ukrytych”, odczuwamy niemal na każdym kroku – już na podstawie tego wycinka możemy sobie z łatwością uświadomić, że wszystko w języku ma swój powód. 

 

Przeczytajcie także inne artykuły cyklu Oczami polonistki.

Leave a comment



Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 11 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia