Wszyscy jesteśmy więźniami – „Powiernik królowej”

Gdy nastaje poranek, szereg garderobianych ustawia się przy wejściu do prywatnej komnaty królowej Wiktorii. Pierwsza wchodzi, by odsłonić okna i obudzić monarchinię. Reszta podąża tuż za nią, wnosząc kolejne elementy garderoby. Ubierają Wiktorię na czarno, bo tylko ten kolor nosi, odkąd dwadzieścia sześć lat wcześniej zmarł jej ukochany mąż. Gdy opuszcza sypialnię, by udać się na śniadanie i wysłuchać dzisiejszej listy obowiązków, jej twarz pozostaje obojętna. To tylko kolejny dzień z życia królowej. Do bólu przewidywalny, męczący, identyczny jak wszystkie poprzednie.

Twórcy filmu Powiernik królowej wprowadzają widza w środek owej rutyny w jej szczególnym momencie – Wiktoria właśnie obchodzi jubileusz. Lecz nawet tak ważna okazja nie sprawia, że jej codzienność ulega zmianie. Każdego dnia widzi tych samych ludzi, odwiedza te same pomieszczenia i uczęszcza na kolejne spotkania, organizowane z godną monarchy pompą. Nic dziwnego, że Pałac Buckingham zdaje się dla niej więzieniem, a otaczający ją członkowie dworu – katami. Nie ma bowiem miejsca, do którego mogłaby uciec. Nie ma przestrzeni, w której mogłaby się skryć. Może być za to pewna, że wszystko, co robi, jest kontrolowane i szeroko komentowane za jej plecami. Ma sześćdziesiąt osiem lat, dziewięcioro dzieci, blisko czterdzieści wnucząt i królestwo. Nie ma natomiast radości.
Być może dlatego moment spotkania Wiktorii i Abdula staje się tak intymny w oczach widza. Iskry pojawiające się w oczach królowej i lęk w spojrzeniu hinduskiego sługi rodzą wyjątkowe połączenie, którego rozwój widz będzie mógł obserwować do końca filmu. Będzie miał szansę przywiązać się do bohaterów, skupić na łączącej ich przyjaźni, być może przeżyć ją razem z nimi, nawet jeśli bez wzruszeń. Bo to trzeba zaznaczyć – Powiernik królowej rezygnuje z manipulacji, nie wyciska łez, nie wywołuje emocjonalnego tornada, nie każe o sobie długo myśleć. Historia, którą chłonie się z zainteresowaniem, wkrótce pozostaje miłym wspomnieniem. I nie przypomina o sobie agresywnie, nie każe się gorączkowo roztrząsać. Przedstawia się za to jako pełna ciepła i intymności opowieść o wyrwaniu z rutyny, o prostej radości i potrzebie uczucia. Wciągając odbiorcę w szarą codzienność, dobitnie pokazuje mu, jak piękna może być wolność.

„Wszyscy jesteśmy więźniami” mówi królowa i trudno nie przyznać jej racji. Powiernik królowej zadaje kłam tym, którzy w pozycji monarchy widzą bezczynność i imponującą prezencję. Film pokazuje, jak pełne ograniczeń i zakazów jest życie królowej. Nie ma w nim miejsca na intymność czy spontaniczność. Nie ma pozwolenia na radość. Jest za to lista obowiązków, grupa garderobianych w sypialni i postępująca samotność wśród tłumu ludzi. Nic dziwnego, że surowa Wiktoria pragnie więcej. Bo choć sama przyznaje, że jest do władzy przywiązana – z roztkliwieniem wspomina ukochanego męża Alberta czy Johna Browna. Abdul staje się szansą na kolejną chwilową wolność. Zwłaszcza gdy nawet dzieci królowej skupione są wyłącznie na własnych, materialistycznych celach.

Judi Dench kreuje postać monarchini (zresztą nie po raz pierwszy (!), nadając jej charakter i rozbierając z konwenansów. Wiktoria nie jest bowiem jednostką reprezentacyjną z nienaganną etykietą i wypudrowanym licem. Nie jest uosobieniem elegancji. Jest stara, ograniczona własną fizjologią, momentami niekulturalna, przysypiająca na królewskich bankietach i chrapiąca pod nosem. Jest bardziej ludzka, niż mogłoby się na początku wydawać, gdy dworzanie ubierają ją w ciasne stroje. Doskonale operuje ciętym dowcipem, momentami błyszczy cynizmem. A to wszystko włącznie z jej fizycznością i oznakami starości jest celowo uwydatnione, uchwycone częstymi zbliżeniami, wydłużonymi klatkami. W obliczu tego Powiernik królowej staje się filmem stroniącym od ukazania publicznego wizerunku Wiktorii, a skupiającym się na jej intymności. Jest to przy tym dzieło stawiające na konkretny przekaz, rezygnujące z wątków pobocznych, retrospekcji i sięgania do przeszłości. Reżyser filmu – Stephen Frears (znany między innymi jako twórca Niebezpiecznych związków (1988), czy Królowej (2006) – jest pewny historii, którą chce przedstawić i realizuje ją bardzo porządnie, akcentując dokładnie to, co zaakcentować chce. Przeszłość – obojętnie jak interesującą – zostawia do samodzielnej weryfikacji widzowi. Podobnie koleje losu innych bohaterów, którzy są tu ledwie epizodami, sprawnie funkcjonującą masą. Twórcy nie pozostawiają wątpliwości co do tego, że jedyne osoby, na które mamy zwracać uwagę to Wiktoria i Abdul (taki jest zresztą angielski tytuł filmu).

Niesie to ze sobą pewne konsekwencje. Choć rozprawiający o bogatym XIX wieku, nie będzie to film dla wielbicieli imponujących kostiumów czy scenografii. Klimat epoki zostaje odtworzony do tego stopnia, którego potrzebuje reżyser, aby opowiedzieć historię – nie dalej. Co za tym idzie, kostiumy są dobre, choć nie zapadające w pamięć, scenografia zaś nie przyciąga wzroku. Dech w piersiach zapierają natomiast sceny kręcone przy Glas-allt-Shielt (domu królowej, który nazywała wdowią chatą), gdzie przepiękne szkockie krajobrazy ukazane są w pełnej krasie.
Brak imponujących kostiumów czy scenerii nie jest jednak w tym wypadku wadą – jest jedynie kolejnym dowodem na konsekwencję twórców.

Nieco ponad trzydziestoletni Ali Fazal doskonale sobie radzi w roli Abdula Karima. Stawia na wydobycie uroku z bohatera poprzez ukazanie jego naturalności, nieobycia, a nawet niewiedzy. Czyni go pełnym ciepła, wzbudzającym sympatię, godnym zaufania. A przy tym nieco błądzącym we mgle i nie zdającym sobie sprawy z powagi sytuacji, w którą został zaangażowany. Abdul to prosty, radosny człowiek – wśród wszystkich obytych z etykietą dworzan najbardziej zaznajomiony z uczuciowością. I choć dotknięty rasizmem, wciąż spokojny, gotowy nie opuścić królowej z żadnego powodu.

No właśnie. Rasizm. Film porusza kwestię w nienachalny sposób, odnosząc się jedynie do warunków panujących w wieku dziewiętnastym. Nie rezygnuje także z humoru wycelowanego w kolejnych bohaterów. I choć jego użycie może być dyskusyjne (przedmiotem dowcipu stają się między innymi kobiety w burkach), raczej nie stanowi on problemu, gdyż nie jest złośliwością, a raczej puszczonym do widowni okiem. W pełni brytyjskim okiem – to warto dodać. W filmie dominuje humor sytuacyjny, który nie tylko umila oglądania, co czyni seans dodatkowo lekkim, nawet jeśli momentami powoduje smutek, wskazując na przykrą rzeczywistość rasizmu. Warto jednak pamiętać, że nie on jest tematem przewodnim. Patrząc na Abdula czy Wiktorię, widzimy ludzi z krwi i kości, radosnych, załamanych i przeżywających rozterki – bez wglądu na ich kolor skóry, pochodzenie etniczne czy wyznanie. I może to jest wskazówka, jak powinniśmy patrzeć na ludzi każdego dnia.

Gdy nastaje poranek, szereg ludzi ustawia się przy łóżku królowej, lecz tym razem nie po to, aby odziać ją w czerń i przedstawić listę obowiązków na kolejny dzień. Po raz pierwszy od wielu lat Wiktoria zostaje ubrana w białą suknię, podług jej ostatniej woli. I w tej białej sukni pozostać ma na zawsze. Spotkania z ważnymi ludźmi więcej się nie odbędą, nie będzie już musiała przysypiać przy bankietowym stole. Jej syn wkrótce przyjmie imię Edward VII i zostanie królem. Wcześniej – nakaże Abdulowi Karimowi odejść i spali wszystkie jego pamiątki związane z matką. Bogata, wieloletnia korespondencja zaginie bezpowrotnie, a Karim wróci do Indii. Jak dobrze, że po latach Stephen Frears sięgnie do pamiętników królowej, by wskrzesić historię wyjątkowej przyjaźni pogrążonej w żałobie Wiktorii Hanowerskiej i muzułmańskiego sługi – Abdula.

Leave a comment



Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia