Diabeł jest Brytyjczykiem

A więc wydało się: diabeł jest Brytyjczykiem i nie ma ku temu żadnych wątpliwości. Co prawda ja podejrzewałam to od dawna, jednak gdybym wypowiedziała te słowa na głos, nie każdy by mi uwierzył. Śmiem twierdzić, że duża część krzyknęłaby radośnie, że w piekle na pewno mówią po niemiecku. Otóż nie. W piekle, proszę państwa, mówią głębokim akcentem prosto z walijskiego Cardiff.

 

A przynajmniej tak mówi Tom Ellis, czyli odtwórca głównej roli w amerykańskim serialu produkcji DC, Warner Brothers i Jerry’ego Bruckheimera o losach władcy ciemności, Lucyfera, któremu piekielne życie wyraźnie się nudzi, więc postanawia zorganizować przeprowadzkę do Miasta Aniołów, zwanego inaczej Los Angeles. Z ową decyzją wiążą się wielorakie komplikacje stanowiące fabułę serialu.

Lucyfer jest mieszanką wszystkich gatunków, które obecnie są popularne. Mam tu na myśli kryminał, fantasy (konkretnie podgatunek angel fantasy), romans i komedię. Ten iście hollywoodzki miszmasz ma swoje słabe strony na wielu płaszczyznach, ale też jedną silną, która podważa wszystkie minusy. Tą mocną stroną jest właśnie Tom Ellis.

Umówmy się. Fabuła Lucyfera wydaje się prosta i niewymagająca. Opowiada mniej lub bardziej składnie (dlaczego mniej – wyjaśnię później) o życiu głównego bohatera w Los Angeles, które tylko pozornie usłane jest różami. Za niewątpliwymi przyjemnościami, które niesie życie w rozpustnym Mieście Aniołów, idą duchowe rozterki i konflikt z mieszkańcami Nieba. W ogólnym rozrachunku wychodzi na to, że Lucyfer Morningstar wcale nie ma spokojnej codzienności, o jakiej marzył. Wszechobecna niesprawiedliwość budzi jego niesmak, cierpienie ludzkie przestaje cieszyć, a pragnienie zadawania bólu powoli odchodzi w niepamięć. Diabeł zaczyna przybierać ludzkie oblicze za sprawą kobiety – rozwiedzionej policjantki o silnej, często irytującej osobowości. Niespodziewana łagodność Lucyfera denerwuje z kolei jego demoniczną partnerkę, która w utrudnianiu życia ludziom odnajduje przednią rozrywkę. Wszystkie aspekty nowego życia kierują ostatecznie Morningstara do terapeutki. W wizji twórców serialu Lucyfer nie do końca jest tym, kogo spodziewalibyśmy się ujrzeć. To prędzej odzwierciedlenie bogatego i zepsutego mieszkańca LA, który pod dewizą sex, drugs and rock&roll kryje wrażliwe, ludzkie oblicze.

Trzymałoby się to kupy. Byłoby to nawet fantastyczną metaforą, wynoszącą ten serial na wyższy poziom, nadającą mu zupełnie inne znaczenie. Mówię byłoby, bo wszechobecna fantastyczna otoczka więcej psuje, niż daje. Można jeszcze przeżyć wysłannika niebios – Amenadiela, który próbuje ściągnąć Lucyfera z powrotem do piekieł. Jest to nawet całkiem zrozumiałe, jeśli wyobrazimy sobie, że Piekło rzeczywiście zostało pozbawione władcy. Amenadiel to ciekawa postać, której motywacje trudno określić. Jest też bohaterem, który ewoluuje w bardzo interesujący sposób, a jego poglądy ulegają zmianie. Można powiedzieć, że podobnie jak Lucyfer, zostaje poddany uczłowieczeniu. Interesująca wydaje się też Maze, dawna mieszkanka piekła, która dla szefa również porzuciła interes. W swoim zabawnym okrucieństwie jest bohaterką, której nie sposób nie lubić. Problem z postaciami oraz fabułą pojawia się dopiero, gdy na scenę wchodzi kolejna fantastyczna osoba – matka Lucyfera, a zarazem żona samego Boga. Jest postacią tak jawnie niepotrzebną, tak nieznośną i irytującą, tak niepasującą do uniwersum (które przez jej obecność traci na autentyczności), że aż trudno cokolwiek o niej powiedzieć. Spiskowanie to jej jedyne zajęcie, poza tym po prostu zabiera czas antenowy innym, dużo bardziej wartym uwagi postaciom. Jej obecność nadaje serialowi cechy telenoweli i podważa zdolności twórców do wykreowania poważnego uniwersum z zakresu angel/demon fantasy.

Po tej dozie krytyki chcę przejść do obrony, co, jak zapewne zauważyliście, robię często. Otóż, jak już wspomniałam, obrońca tego serialu to Tom Ellis. Nie ma co się oszukiwać – Lucyfer to nic innego jak show jednego aktora, którego rola jest nie tylko świetnie zagrana, ale także dobrze napisana. Scenarzyści zdecydowali się cały swój talent oprzeć na tym jednym bohaterze, a walijski aktor w zupełności wykorzystał jego potencjał, tworząc kreację zagadkową, błyskotliwą, zabawną, uwodzicielską, lecz także, gdy trzeba, przerażającą. Jeśli celem twórców było, aby demoniczna umiejętność kuszenia wyszła poza ekran, to udało się. Ellis bowiem uwodzi nie tylko kolejne przewijające się przez serial kobiety, lecz także widzów. I robi to w pełni naturalnie. Na tyle, że pomimo znacznych minusów w kreacji uniwersum, dałam się Lucyferowi porwać.

Tu warto zastanowić się nad fenomenem serialu, który co prawda nie jest bardzo popularny, ale zyskuje pozytywne recenzje. Pomimo błędów, które mu wytknęłam, absolutnie nie dziwię się dobrym opiniom. Po pierwsze, świetny scenariusz jest jednocześnie chwytliwy. Wydaje się, jakby twórcy mrugali do publiczności, chcąc wciągnąć ją do realnego świata dotkniętego odrobiną magii. Dialogi są błyskotliwe, pełne poczucia humoru i dynamiczne. Bohaterowie wydają się dosadni, w żadnym wypadku nie nudni, myśli wyrażają jasno, klarownie i szybko. Każda scena zawiera konkretne działanie, co daje wrażenie wartko przebiegającej akcji. W tym wszystkim rewelacyjny jest humor sytuacyjny, próba pokazania widzowi sytuacji pod tytułem: co by było, gdybyś był demonem w świecie ludzi, którzy o twoim istnieniu nie mają pojęcia. Odpowiedź na to gdybanie okazuje się bardzo zabawna. Otóż obdarzony wyjątkową bezczelnością (którą w tym przypadku kochamy) Lucyfer w żaden sposób nie ukrywa tego, kim jest. Wręcz przeciwnie. Choć widz spodziewa się, że bohater będzie próbował ukryć swoją tożsamość, on wesoło biega po Mieście Aniołów mówiąc każdemu: Cześć, to ja, władca piekła. Jak możemy się spodziewać, nikt mu nie wierzy. Dodatkowy pech sprawia, że każde użycie przez niego mocy pozostaje niezauważone. Ten zabieg twórców wyróżnia się oryginalnością – w dotychczasowych produkcjach fantasy mieliśmy raczej do czynienia z magicznymi postaciami, które swą odmienność od ludzi traktują jako najpilniej strzeżony sekret. W Lucyferze jest dokładnie odwrotnie, co tylko dodaje serialowi atrakcyjności.

Pod względem scenograficznym i kostiumowym to serial przeciętny. Trudno spodziewać się wiele, gdy fabuła rozgrywa się w obecnie istniejącym miejscu i w czasie teraźniejszym. Zapewne ze względu na niewielki budżet, kuleją nieco efekty specjalne. Ich nieudolność, a także bardzo mocne osadzenie bohaterów w świecie realnym, każe zadać pytanie, czy w ogóle są potrzebne. Bo o ile anielskie skrzydła zachwycają, o tyle wizja piekła wydaje się bardziej senną marą, niźli czymś równie realnym. Nie stanowi to jednak przeszkody w odbiorze, który ostatecznie okazuje się pozytywny – o ile tylko wyłączymy zbędne myślenie i zapomnimy o istnieniu matki Lucyfera, której w mojej opinii wcale nie powinno tu być. Po obejrzeniu wszystkich odcinków dochodzę jednak do wniosku, że twórcom serialu wcale nie chodzi o wykreowanie fantastycznego uniwersum, a o to, żeby się działo, żeby była wartka akcja i żeby były emocje. A jeśli o to chodzi – serial jak najbardziej spełnia swoją rolę.

Leave a comment



Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Czytaj pierwszy!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia