Herkules Poirot się boi

Nie da się uniknąć dyskusji o Poirocie. Nie po tworzonym przez dwadzieścia cztery lata serialu z Davidem Suchetem w roli głównej, którego kreacja stała się właściwie kultowa. Na tyle kultowa, że wszystkie inne (Albert Finney, Peter Ustinov, Ian Holm) schowały się w jej cieniu i nigdy z niego nie wyszły. Tworzenie nowego Poirota jest współcześnie nie lada wyzwaniem. Wyzwaniem, na które może sobie pozwolić Kenneth Branagh, jako jeden z czołowych twórców kina brytyjskiego. Bo nawet jeśli to autor niedoskonały, mający liczną rzeszę zarówno wyznawców (to ja), jak i przeciwników (to nie ja), to jemu wolno. Po prostu. Nie można jednak ukrywać, że nadchodząca premiera Morderstwa w Orient Expressie budziła niemałe kontrowersje. Najsłynniejszy bodaj kryminał Agathy Christie był wielokrotnie adaptowany, co niektórym krytykom kazało zadać pytanie: czy w temacie Poirota można coś jeszcze dodać? Coś zmienić, namieszać, stworzyć na nowo bez powielania schematów? I co najważniejsze: czy można być Poirotem, nie będąc Suchetem?

 

Jak się okazuje – można, i to z powodzeniem. Nowe Morderstwo w Orient Expressie to produkcja niezależna i zupełnie oderwana od wiekopomnego serialu, stworzona z inną dramaturgią oraz zbudowana innymi środkami. Choć nie wnosi nic nowego do interpretacji powieści (bo i trudno, żeby wnosiła, o czym jeszcze powiem), jest obrazem świeżym, zapewniającym godną rozrywkę i trzymającym w napięciu. Złote gwiazdy Hollywood nie są tu po to, by stać i błyszczeć – tworzą za to role fascynujące, spójne i wielowymiarowe. Charaktery, na które zwraca się uwagę, pomimo tego, jak wiele ich jest. Tu nawet Johnny Depp dobrze gra, choć – jak wiemy – na ekranie pojawia się bardzo krótko…

Agatha Christie była mistrzynią krótkich kryminałów. Jej powieści są spójne, konkretne, pozbawione wylewności, skupione na jednym wątku, jakim jest morderstwo. Dla zaangażowanych każda książka to lektura na jeden wieczór, dla tych bardziej zajętych – na dwa. Linia fabularna u Christie nigdy nie jest rozgałęziona, wartko idzie do przodu, zgrabnie prezentuje problemy natury moralnej, w wielu przypadkach nie pozostawia swobody interpretacyjnej. Morderstwo w Orient Expressie nie wydaje się inne. Powieść, której słynne rozwiązanie zna niemal każdy, to historia spójna i frapująca, z wielowymiarowymi bohaterami, lecz nie wieloznaczną fabułą. Bo choć wiemy, że za każdą z postaci kryje się więcej, niż początkowo myśleliśmy, to wciąż mamy do czynienia z jednym, najważniejszym i niemożliwym do zdominowania wątkiem – morderstwem Samuela Ratchetta. To zabójstwo na ekranie zostało przedstawione wielokrotnie. Na zakrwawionej kuszetce leżał już Toby Jones, Peter Strauss, Richard Widmark, a teraz także Johnny Depp. Przy takiej mnogości ekranizacji trudno o wprowadzenie czegoś nowego. Zwłaszcza, gdy – jak już wspomniałam – mamy do czynienia z gatunkiem tak precyzyjnym, w którym liczą się fakty i dowody, motywy i szczegóły. Trudno więc wymagać od reżysera, aby zrewolucjonizował postrzeganie jednego z najbardziej znanych kryminałów na świecie. I oczywiście Branagh tego nie robi. Moje spojrzenie na Morderstwo w Orient Expressie jest dokładnie takie, jakie było przed seansem. Zmieniło się natomiast coś innego – moje spojrzenie na Poirota.

Nie mogę powiedzieć, że nie rozumiem tych, którzy doszukują się jedynej słusznej wersji detektywa w Davidzie Suchecie. Aktor, który przez dwadzieścia pięć lat budował jedną postać, zdołał przyswoić ją do tego stopnia, że granica pomiędzy nim a bohaterem została nieodwracalnie zatarta. Świadczy to nie tylko o doskonałości jego roli, ale i o sile przyzwyczajenia, które atakuje różne sfery naszego życia. W pewnym momencie łatwo przyłapać się na zapomnieniu. Nie pamiętamy, co było przed stanem, w którym się znajdujemy. Tak właśnie jest z Suchetem. Co było przed nim? I czy coś może być po nim?

Lęki są więc uzasadnione, choć świadczą właśnie o sile przyzwyczajenia, a nie o książkowej adekwatności. Wiele osób twierdziło, że Suchet jest dokładnym odzwierciedleniem książkowego Poirota, podczas gdy – niespodzianka – nie jest. Każdy obecny w popkulturze wizerunek, każda grafika, okładka książki czy rysunek oparte są już na wyglądzie aktora, żaden na oryginalnym opisie. I nie ma w tym oczywiście nic dziwnego, ani tym bardziej nic złego, lecz… Warto dać szansę temu, co nowe. Ja dałam i nie zawiodłam się.

Nie zawiodłam się przede wszystkim dlatego, że Poirot Branagha nie jest kalką, Poirotem-kopią, nawet nie Poirotem inspirowanym. To wolny, niezależny, słowem: nowy Hercules Poirot z indywidualnymi cechami, wyglądem i zachowaniem. Branagh gra postacią słynnego detektywa, uwydatniając jego groteskowość, lecz nie przekraczając linii parodii. Tworzy bohatera ze świadomością jego dziwactw i ekscentryczności, i obraca to w żart, wciąż pozostając poważnym. Nie sugeruje się żadnym poprzednim odtwórcą roli Poirota, stawia wyraźną linię pomiędzy sobą a nimi. Prowadzi niebezpieczną grę, bo grę z widzem i jego wyobrażeniem na temat detektywa. Nie polemizuje jednak z Suchetem, a po prostu się od niego odcina, bo to najlepsze i najmądrzejsze, co może zrobić. Jednocześnie sugeruje się powieścią, ale nie pozostaje jej wierny. Utrzymuje swojego Poirota w określonych ramach, ale odkrywa ich dalsze zakamarki, tworząc bohatera bardziej emocjonalnego i sentymentalnego.

Hercules Poirot się boi. I wiemy to od niego samego (nawet jeśli nie mówi tego publicznie), od fotografii tajemniczej Catherine, którą wszędzie ze sobą wozi. Uczepiłam się tych słów, bo stanowią bardzo ciekawy klucz do interpretacji jego postaci. Bohatera, który w wersji Branagha jest pełen uczuć, momentami niepewny, zwyczajnie smutny, emocjonalnie zaangażowany. Pozbawiony został książkowej dumy, a jego zarozumiałość wydaje się jedną z tych przekornych. Poirot Sucheta jest uprzejmy i pełen kurtuazji, ale też ostry, cyniczny, bezwzględny, gdy chodzi o zbrodnię. To perfekcjonista bez skrupułów, którego bystrość tnie niczym ostrze. Poirot Branagha, z kolei, ma w sobie łagodność, znosi też pewien dystans pomiędzy sobą a widzami. Tego Herculesa czujemy, tego Herculesa przeżywamy (nawet jeśli w iście hollywoodzkim stylu).

Nagromadzenie wielu znanych gwiazd w jednym filmie może budzić niepokój. Zwłaszcza, że uczeni doświadczeniem wiemy, że takie produkcje często kończą się klapą. Wielką ulgę odczułam, gdy w tym wypadku okazało się inaczej. Szczególnie zachwyciła mnie pozornie wyrachowana i zimna, ale pełna wewnętrznego ognia i rozpaczy Michelle Pfeiffer jako Caroline Hubbard. Lecz świetna była także Judi Dench jako ostra w obyciu, wymagająca i epatująca starością księżna Dragomiroff. Doskonale poradzili sobie także młodzi aktorzy: przybyły z Broadwayu Josh Gad (niezapomniany i przeuroczy LeFou z Pięknej i Bestii) w roli przestraszonego, niepewnego i nieco gubiącego się w zeznaniach Hectora, Leslie Odom Jr. jako działający w miłosnym uniesieniu dr Arbuthnot, a także pewna siebie, prowokacyjna Daisy Ridley jako Mary Debenham. I nawet Johnny Depp, choć wciąż był tu Johnnym Deppem, wykreował postać odpychającą, niepokojącą w swym obyciu, wzbudzającą dyskomfort. Warto tu również zaznaczyć, że wszyscy aktorzy osiągnęli wspólny efekt, działając odmiennymi środkami. Poczucie współpracy między nimi jest znamienne, pozwala na traktowanie ich zarówno jako grupy pasażerów pociągu, jak i indywidualnych charakterów, za którymi kryją się niebanalne historie.

Co zaś się tyczy całej otoczki filmu – wydaje się ona iście Branaghowska, a co za tym idzie, klasyczna, z nutą wyniosłości, silnie stylizowana. Kompozycja kadrów zaskakuje, tworząc atmosferę ciasnoty, zamknięcia, istnego uwięzienia. Wiele rzeczy pokazanych zostało z góry, widzimy częste zbliżenia na twarze. Ujęcia momentami przypominają ekranizację z roku 2001, ale nie jest to regułą. Film przedstawiony został w żywych barwach: dojmującej bieli śniegu, różnorodnej kolorystyce nieba, bogatych kostiumach. A skoro już o nich mowa – są szczegółowe, z dbałością przygotowane, przyjemne w obserwacji. To samo tyczy się rekwizytów oraz scenografii. Pomimo ograniczonej przestrzeni, jaką jest wagon pociągu, sceneria wydaje się rozmaita i bogata w detale. Wszystko tutaj ma się wyróżniać, ma być osobne, traktowane indywidualnie. Oglądanie filmu Branagha to przyjemność, nawet jeśli nie wstrząsa on naszymi fundamentami. Ciekawa jest też muzyka Patricka Doyle’a – wzbudzająca niepokój, prowokująca napięcie, a jednocześnie dynamiczna i angażująca.

Morderstwo w Orient Expressie przeszło do historii nie tylko ze względu na swoje szokujące zakończenie, lecz także dylemat natury moralnej, któremu musiał stawić czoło Poirot – człowiek, który umiłował sobie sprawiedliwość i obrzydził zbrodnię. Podjęta przez niego decyzja była ilustrowana różnie. W książce nie miała oblicza emocjonalnego, w serialu Poirot wiązała się z irytacją, aż w końcu poddaniem bohatera. W filmie Branagha była zaś emocjonalna, gwałtowna, a ostatecznie sentymentalna. Reżyser poszedł o krok dalej, tworząc postać, która braku sprawiedliwości i kłamstwa nie może znieść, więc decyduje się ocalić bohaterów tylko wtedy, jeśli udowodnią, że nie są mordercami. Może to sprawdzić prowokując ich do zabójstwa. A gdy podstawiony przez niego pusty rewolwer, nie zostaje w niego skierowany, Poirot już wie. Może się tylko odwrócić i odejść, zabierając ze sobą tajemnicę, która nigdy nie zostanie ujawniona. Dwanaścioro niewinnych będzie patrzyć za nim, a każdy z nich bez uczucia ulgi. W powietrzu zostanie tylko echo słów Caroline Hubbard: We mnie nie ma już życia.

Leave a comment



Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia