Wszystkie deszcze Baby’ego

Everybody wants happiness, no one wants pain but there can’t be a rainbow without a little rain. No właśnie. Można poniekąd powiedzieć, że nowy film Edgara Wrighta upływa pod tym stwierdzeniem, wyciągniętym z piosenki Dolly Parton. Bohater, którego przedstawiają nam twórcy, nie mówi wiele, twarz zakrywa ciemnymi okularami, a od świata dźwięków dzielą go starannie ułożone playlisty na kilku odtwarzaczach, które chowa we wszystkich kieszeniach. Oprócz tego jest świetnym kierowcą, co prawda na usługach mafii, ale każdy ma jakieś wady. Jego pseudonim to Baby, a film o którym mowa to nic innego jak Baby Driver.

 

Muszę przyznać, że nie miałam w planach zobaczenia Baby Drivera, lecz ostatecznie przekonały mnie pozytywne recenzje żywo komentujące zastosowanie muzyki w filmie. Właśnie motyw głównego bohatera nieustannie słuchającego utworów był tym, co mnie zaintrygowało i zachęciło, aby udać się do kina. Jak się okazuje – postąpiłam słusznie, bo nawet gdyby film wydał się dla kogoś prosty i przewidywalny, zaprezentowana przez twórców wyjątkowo bogata playlista nie może nudzić, a wręcz cieszy, gdy znajdujemy w niej lubiane przez siebie kawałki.

Fabuła obrazu od początku do końca opiera się na postaci głównego bohatera i jego historii przedstawionej w krótkich, rzucanych od czasu do czasu retrospekcjach. Wspominki z przeszłości są jedynie migawkami prześladującymi myśli Baby’ego, lecz jednocześnie dają widzowi pojęcie na temat jego życia i pomagają w zrozumieniu charakteru postaci. Zgrabnie przedstawione i połączone z wypowiedziami szefa mafii (Kevin Spacey), który w skrócie opowiada o swojej znajomości z Babym, tworzą obraz na tyle wystarczający, aby widz nie potrzebował niczego więcej. Jednocześnie mamy szereg innych postaci, głównie członków mafii, przybranego ojca Baby’ego oraz dziewczynę – Deborę (Lily James). Ich charaktery są ledwie zarysowane, ale warto zaznaczyć, że nie są oni jedynie typami, o co można by ich z początku podejrzewać. Prędzej czy później każdy z bohaterów będzie miał swoje pięć minut, moment, w którym powie coś znaczącego, co każe widzowi przypuszczać, że nic nie jest tak jednoznaczne, jak się do tej pory wydawało. Twórcy pokazują jasno, że za każdą z postaci kryje się osobna historia, jednak nie rozwijają jej. Zostawiają nas bez odpowiedzi, z samymi domysłami, znów zwracając uwagę na głównego zainteresowanego – Baby’ego. Twórcy są w pełni świadomi zabiegów, które wykorzystują oraz historii, którą chcą przedstawić i nie zbaczają na pomniejsze tory. Baby Driver jest więc filmem bardzo konkretnym, przynajmniej jeśli chodzi o postęp wydarzeń.

Mówię akurat o postępie wydarzeń dlatego, że obraz w bardzo sprawny sposób łączy konkret fabuły ze swobodą interpretacji, o czym widz przekonuje się zwłaszcza na końcu. Nie chcę zdradzać tu bardzo ciekawego, w moim mniemaniu pozytywnego zakończenia historii. Pozostawia ono pytania, na które oglądający musi odpowiedzieć sobie sam. Sam reżyser wyjaśnił, że kończąc film w taki, a nie inny sposób, chciał dać widzowi możliwość wyboru – czy przedstawioną sytuację uzna za realną czy może za wyobrażenie głównego bohatera? A wyobrażeń Baby’ego mamy tu kilka. Momentami wchodzimy do jego głowy i jesteśmy świadkami, po pierwsze, jego wspomnień, a po drugie, krótkich fantazji. Ten zabieg jeszcze bardziej zbliża nas do postaci, która przecież prawie nic nie mówi, a o której od początku wiemy tyle, co powiedzą nam inni – jest młodym chłopakiem bez rodziców, który ma dług wobec szefa mafii i musi go spłacić, dowożąc jego ludzi na kolejne akcje. Zawsze przy tym słucha muzyki, która zagłusza szum w uszach powstały w wyniku wypadku z dzieciństwa.

No właśnie – muzyka. Świetnie dobrana, współgrająca z każdą kolejną sceną i dodatkowo napędzająca fabułę. Użyta w specyficzny sposób, gdyż nie towarzyszy kolejnym wydarzeniom jako tło, ale jest ich integralną częścią. Poniekąd ustawia sceny, wyznacza ich rytm, szybkość, przebieg. Są pod nią podporządkowani zarówno bohaterowie, jak i przedmioty. Jej użycie jest przez bohaterów komentowane, kolejne utwory znajdują swoje miejsce we wspomnieniach postaci. Muzyka służy także odmierzaniu czasu, to prywatny timer Baby’ego. Czas każdej zaplanowanej przez mafię akcji znajduje swoje odzwierciedlenie w czasie trwania konkretnego utworu. Dzięki muzyce Baby może poprawnie funkcjonować i sprawnie działać – ona nadaje mu tempo, rytm i pomaga w koncentracji. Bardzo często przysłania też kwestie bohaterów, które w danym momencie po prostu nie mają znaczenia. Nie musimy słyszeć tego, co słyszą inni, słyszymy to, co słyszy Baby. I ten zabieg sprawdza się w stu procentach.

Swojej wartości film bez wątpienia nie osadza na scenariuszu, który mimo wszystko jest pełen błyskotliwych i znaczących, choć krótkich dialogów. Nie opiera go też na samej fabule, która wydaje się prosta. Jego siła leży przede wszystkim w rewelacyjnym montażu (właściwie wygrywa on tu wszystko), dynamicznej akcji, doskonale dobranej muzyce i w postaci głównego bohatera. Bo choć jego przeszłość nie okazuje się szokująca czy nieprawdopodobna, jej prostota wykorzystana jest w wyjątkowy sposób. Historia pozbawionego rodziców chłopaka, który z powodu błędu przeszłości musi pracować dla mafii, choć sam nie lubi przemocy, zdaje się idealnym materiałem na dramat. Tymczasem Wright eksponuje postać Baby’ego krótko, pozbawiając jego opowieści patosu, nie przypisuje mu wzniosłych monologów, mających wyrazić tęsknotę za szczęściem i potrzebę wolności. Nie przedstawia dramatu człowieka uwikłanego w powiązania z mafią. Nie próbuje wzruszać. Pokazuje, jakie skutki przynoszą podjęte w przeszłości decyzje, pokazuje deszcz – ten, po którym ma pojawić się tęcza. Ale przy tym nie używa moralitetów, nie ocenia, nie komentuje. Za to buduje napięcie, pokazuje bardzo dynamiczne sceny jazdy samochodem, które za każdym razem robią wrażenie. A to wszystko okrasza świetnym poczuciem humoru. Baby nie jest więc postacią, nad którą się użalamy. To jednak bohater, któremu zdecydowanie kibicujemy. Obojętnie, czy ucieka przed policją po napadzie na bank czy próbuje się wyrwać z sideł mafii.

W swojej kreacji warty uznania jest nie tylko Ansel Elgort jako Baby, lecz także inni aktorzy. Kevin Spacey tworzy postać bossa mafii, bazując na niezmiennym spokoju i nieprzeniknionym spojrzeniu, które niemal od początku wzbudza niepokój. Operując bardzo skromnymi zabiegami, od razu potrafi sprawić, że mu nie ufamy, że w pewien sposób się go boimy. Nie jest jednak tak jednoznaczny, jak się na początku wydaje – za maską obojętnego, wypranego z uczuć i wzruszeń człowieka kryje się ktoś więcej, kogo namiastkę możemy poznać w trakcie upływu filmu. Na uwagę zasługuje również Buddy grany przez Jona Hamma. Z pozoru ciepły, wyluzowany mężczyzna, w jakiś sposób wrażliwy na muzykę i nieustannie zainteresowany swoją partnerką o przydomku Darling, także ujawnia swoje drugie oblicze. Pojawiają się także insynuacje i sugestie dotyczące jego traumatycznej przeszłości, lecz i one nie zostają potwierdzone, a co dopiero rozwinięte. To zresztą łączy wszystkich drugoplanowych bohaterów – wiemy tylko, że w jakiś sposób stali się przestępcami. Wiemy, że coś o tym przesądziło. Nie wiemy jednak co i dlaczego.

Obiecałam, że nie będę spoilerować. Nie odpowiem więc na pytanie, do jakiego punktu prowadzi historia Baby’ego. Nie napiszę, czy po wszystkich deszczach przez jakie przeszedł, pojawia się tęcza. Ale powiem, że w swoim wydźwięku jest to film nie tylko ciekawy, dynamiczny i przepełniony dobrą muzyką, lecz także bardzo pozytywnie nastrajający. Pozytywny, obojętne jak wiele złych wydarzeń widz może w nim zobaczyć. Ma też dużo ukrytych przekazów, tych, które reżyser Edgar Wright zostawił do indywidualnej interpretacji każdego widza. I właśnie korzystając z tego prawa uznaję Baby Driver za film upływający pod znakiem tekstu piosenki Dolly Parton. Jest bowiem tak samo prosty (tj. nieskomplikowany fabularnie) i tak samo wyjątkowy, jak ten krótki rym wypowiedziany przez jednego z bohaterów w środku filmu i odbijający się echem aż do jego końca.

Leave a comment



Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia