Bałagan, wady i potencjał, czyli Shadowhunters

Porozmawiamy dzisiaj o amerykańskim serialu, który ogólnie rzecz ujmując serialem dobrym nie jest, lecz ma też dobre elementy. Ponieważ ostatnie cztery dni spędziłam na nieustannym jego oglądaniu, mam głęboką potrzebę wypowiedzenia się na jego temat. Wszyscy fani Cassandry Clare, usiądźcie wygodnie i postarajcie się na mnie nie gniewać.

Większości fanów młodzieżowej fantastyki Cassandry Clare nie trzeba przedstawiać. To autorka, która rozpoczynając karierę od potterowskiego fanfiction, zyskała szansę stworzenia własnego uniwersum, na którym zarobiła miliony. Jest to uniwersum przepełnione wszystkim, czego nastolatki mogą pragnąć – są wampiry, wilkołaki, magowie, anioły i demony, a także rozterki miłosne, zakazane związki, przyjaźnie i walka ze złem. Choć seria Dary Anioła miała być skierowana do czytelników dorosłych, to dzięki zmianie grupy wiekowej osiągnęła ogromną popularność. Nie dziwi mnie to ani trochę, otóż Dary Anioła to lektura przyjemna, niezobowiązująca, pozwalająca przeżywać nieskomplikowane rzeczy, zawsze ostatecznie kierująca się ku dobru. Nie jest to oczywiście książka, która wryje się w pamięci potomnych. Nie jest to też książka, która do literatury cokolwiek wniosła lub zmieniła. Zapewne dlatego powstanie jej ekranizacji nie było ogromną sensacją, a fakt, że owa ekranizacja okazała się zwyczajnie średnia (Dary Anioła: Miasto Kości, 2013) tym bardziej przyczynił się do powolnego zapomnienia o lekturze. Nie mniej wciąż istnieje ona w świadomości swoich fanów. I choć po finansowej klapie filmu jego reżyser porzucił pomysł ekranizowania kolejnych części, z odsieczą przyszedł Freeform we współpracy z Netflixem, decydując się na zrobienie serialu. Tak powstała teen drama, która wzbudziła bardzo mieszane uczucia.

Przyznam szczerze, że w trakcie mojej czterodniowej przygody z dwoma sezonami serialu zdążyłam odczuć jego względem wszystkie możliwe uczucia. Zainteresowanie, zażenowanie, fascynację i zawód. Z tego punktu jestem w stanie zrozumieć obie strony krytyków. Na samym wstępie muszę jednak powiedzieć, że jest to serial, który trudno jednoznacznie ocenić. Pierwotnie miałam tu napisać, że jest on zły, lecz zmieniłam zdanie. Nie róbmy jednak radosnej fali – wcale nie mam na myśli tego, że jest świetny. Jego niskobudżetowość kole w oczy, efekty specjalne przyprawiają o politowanie, reżyseria tylko momentami wyrywa się sztampowości, a niektórzy bohaterowie są bardzo źle rozpisani, nie dając aktorom możliwości grania. Zabrzmiało złowrogo? Przejdźmy więc do analizy serialu Shadowhunters.

Zarówno fabuła powieści, jak i serialu koncentruje się wokół grupy Nocnych Łowców, których zadaniem jest chronić ludzki świat przed demonami oraz utrzymywać pokój pomiędzy wampirami, wilkołakami, magami i wróżkami (istotami częściowo demonicznymi). Główną bohaterką jest osiemnastoletnia Clary Fray, której w dziecięcych latach wymazano pamięć i dopiero teraz zaczyna odkrywać swoje przeznaczenie. Po tym, jak jej matka zostaje porwana, Clary musi porzucić doczesne życie i wkroczyć w świat cieni, który przez tyle lat przed nią ukrywano. Dołączając do grupy Nocnych Łowców, poznaje dziesiątki bohaterów, których perypetie śledzimy przez sześć tomów powieści.

Twórcy Shadowhunters już od samego początku nie oszukują widza, że zamierzają trzymać się wydarzeń z powieści. I to akurat uważam za duży plus serialu, gdyż dzięki temu historia nabiera świeżości, zaskakuje i trzyma w napięciu. O ile fabuła zatrzymuje główne wątki i nie zmienia ogólnego wydźwięku, scenarzyści dodają własne pomysły, ujmują inne, a niektóre wydarzenia przestawiają w czasie. Niektórzy bohaterowie jawią się tu zupełnie inaczej; ci, którzy mieli umrzeć, zostają przy życiu, a ci, którzy winni żyć, umierają. I to tylko część zaskakujących zmian, z których większość kupuję, bo jestem jak najbardziej otwarta na podobne eksperymenty.

Innym plusem serialu jest charakteryzacja głównych bohaterów, którzy znacznie bardziej przypominają pierwowzory, niż charaktery wykreowane w filmie z 2013 roku. Pokuszę się również o stwierdzenie, że bardzo dobra jest scenografia – różnorodna, wyraźnie charakteryzuje poszczególne światy i wymiary. Nadaje piękno i efemeryczność światowi wróżek, mrok i eklektyczność kolebce wampirów oraz ciepły nieład domowi wilkołaków. Efekt wizualny psują niestety koszmarne efekty specjalne, które działają tylko czasami. Wszelkie próby wzniecenia ognia, tworzenia run i otwierania portali epatują sztucznością i każą myśleć o amatorskiej realizacji serialu. Zwłaszcza że pomimo dobrych zdjęć, montaż pozostaje przeciętny.

Jak w przypadku wielu seriali młodzieżowych, tak i Shadowhunters posiada bardzo dobrą ścieżkę dźwiękową, za której sporą część odpowiedzialna jest amerykańska piosenkarka Ruelle. Muzyka z pogranicza popu i elektroniki świetne sprawdza się we współczesnym świecie, z niektórych szczególnie emocjonalnych momentów czyniąc coś na kształt teledysków. Doskonałym przykładem jest tu scena ślubu Aleca (sezon 1, odcinek 12), na który niespodziewanie wkracza Magnus. Jest to bodajże najładniej zrealizowana romantyczna scena w całym serialu, a użyta przy niej piosenka War of Hearts doskonale łączy się z obrazem i bez wątpienia zapada w pamięć. Robiąc bogaty research, zdołałam się też dowiedzieć, że nie tylko ja oglądałam ją tysiąc razy. Dobrze wiedzieć.

Skoro już omówiliśmy kwestie techniczno-wizualne, przejdźmy do bohaterów i zagłębmy się w fabułę. Otóż jednym z największych zawodów całego serialu są jego główni bohaterowie. Mowa tu przede wszystkim o Clary, granej przez Katherine McNamarę i Jace’ie w wykonaniu Dominika Sherwooda. Oboje zostali źle poprowadzeni przez reżysera, który nie pozwolił im zrozumieć granych przez nich postaci. Efekt tego jest taki, że grają sztywno, sztucznie, pozbawieni są energii, a dodatkowo nie ma pomiędzy nimi żadnej chemii. Dialogi rozgrywają bez dynamiki, nie próbują nawet zainteresować widza, ale trudno powiedzieć, aby było to ich winą. Bardziej skłaniam się ku stwierdzeniu, że nie dano im okazji do rozwoju i zaprezentowania swoich umiejętności. Jace nie ma w sobie nic z książkowego bad boy’a, ma za to bardzo ograniczoną mimikę, a jego postać nie ulega żadnym przemianom. Podobnie jest zresztą z Clary, u której uwydatniono irracjonalne zachowanie, przypisano bezsensowne zachowania i ograniczono jej rolę do krzyku, płaczu i mocnych, kwadratowych ruchów.

Jak łatwo się domyślić, działa to bardzo na szkodę całego serialu, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że Clary to główna bohaterka, a jej związek z Jacem to jeden z najsilniej eksploatowanych wątków powieści. Co gorsze, w miarę upływu serialu wspomniane postacie zdają się irytować coraz bardziej, często ich zachowania stają się więcej niż irracjonalne i zostawiają widza z poczuciem zażenowania. Dużo się dzieje, prawie nic nie zostaje wyjaśnione albo choćby uzasadnione. Po prostu – stało się i już. Zresztą jak wiele rzeczy w Shadowhunters, które nie znajdują żadnego uzasadnienia nie tylko w powieści, lecz choćby w logice czy psychologii. W wątku głównych bohaterów widać niestety ewidentne braki scenariuszowe, a ich postacie są po prostu fatalnie rozpisane. Pozostaje mieć nadzieję, że sytuacja zmieni się w nadchodzącym sezonie trzecim.

Na szczęście są w tej produkcji świetne charaktery, które przychodzą z odsieczą i ratują aktorski wizerunek serialu. Bez wątpienia można wymienić tu całą rodzinę Lightwoodów, poczynając od Isabelle (Emeraude Toubia), jej brata Aleca (Matthew Daddario) czy Magnusa (Harry Shum Jr.), lecz także czarne charaktery: Valentine’a (Alan van Sprang) i jego syna Jonathana (Will Tudor). Wątek Isabelle zdecydowanie odbiega tu od książkowego pierwowzoru. Twórcy nie rezygnują jednak z jej wizerunku jako pewnej siebie i dynamicznej, a jednocześnie zwyczajnie wrażliwej. Emeraude w dużej mierze gra ciałem, wykorzystując też bogatą mimikę, przez co czyni Isabelle postacią godną pożądania i fascynującą.

Z zupełnie innych środków korzysta natomiast Matthew Daddario jako Alec; bazując na minimalizmie, tworzy postać nieprzystępną, momentami odpychającą, a przy tym frapującą i tajemniczą. W każdym minimalnym geście kryje się cała gama emocji, jeden uśmiech zapada w pamięć na długo. Jednocześnie Alec jest jedną z najbardziej ewoluujących postaci w całej serii. Harry Shum operuje z kolei luzem, szerokim gestem i ekstrawagancją, które czynią jego postać niemożliwą do niepolubienia. Przy omawianiu aktorskich plusów serialu warto tutaj zwrócić uwagę na postacie poboczne, takie jak Raphael, Meliorn czy Hodge, które pomimo stosunkowo niewielkich ról są kolejną dawką ciekawie wykreowanych charakterów.

W tym miejscu warto by się zastanowić nad powodami, dla których część aktorów radzi sobie świetnie ze swoimi rolami, a inni nie. Nie wydaje mi się, aby w tym przypadku zależało to od talentu aktorskiego poszczególnych członków obsady. Raczej od tego, jaki nacisk kładą twórcy na poszczególne wątki. Ewidentnie bowiem rozwijają jedne kosztem drugich. Jeden z producentów serialu powiedział w wywiadzie, że dla Cassandry Clare bardzo ważnym elementem powieści jest Malec (relacja Alec + Magnus). I rzeczywiście – widać jak na dłoni, że twórcy przyłożyli się do tego wątku, nadając mu atmosferę, prowadząc aktorów tak, aby doskonale zrozumieli swoje role, dobierając przydatne efekty wizualne i aranżując dodające uroku sceny. Przyczepiłabym się tylko do scenariusza, bowiem z chęcią posłuchałabym dialogów tej pary, które wychodzą ponad zwyczajowe „kocham cię” lub prośbę o pomoc.

Wracając… Ja oczywiście nie narzekam. Myślę, że jestem jedną z bardzo wielu osób, które ten wątek uwielbiają. Nie zmienia to jednak faktu, że realizowany jest on kosztem innych relacji, które potraktowane są niestarannie, wręcz po macoszemu, pozbawione napięcia i zwyczajnie niewciągające. Nie myślałam, że kiedykolwiek to powiem, lecz pocałunek Campbell-Bowera z Collins był bombą namiętności przy tym, co twórcy robią z Sherwoodem i McNamarą. A szkoda, bo z niecierpliwością czekam, aż pozwolą tej dwójce rozwinąć skrzydła. 

Jedna rzeczą, którą muszę przyznać, jest to, że twórcy Shadowhunters lubią trzymać w napięciu i męczyć. Są takie rzeczy, na które jako fani czekamy z niecierpliwością, skręcając ręce i nie mogąc wysiedzieć w miejscu. A oni je ciągną, komplikują, wydłużają i nie pozwalają spokojnie spać po nocach. Oczywiście uważam, że to dobrze, lecz gdyby do tego wydarzenia były wystarczająco szczegółowo i ambitnie rozpisane przez scenarzystów, byłoby świetnie.

Trzeba przyznać, że jest to serial pełen wewnętrznych sprzeczności. Od bardzo słabo do bardzo dobrze wykreowanych charakterów, od bezsensownych wydarzeń po te świetnie rozegrane i wciągające. Scenariuszowo wybrakowany z bardzo dobrymi fragmentami, lecz niestety z kulejącą reżyserią. Zepuste główne wątki przeszkadzają nieco w odbiorze tego, co dobre, lecz jedno trzeba przyznać – Shadowhunters to młodzieżówka wciągająca. I choć fanów twórczości Cassandry Clare może czasem zniechęcić, ja ten serial kupuję, wierząc, że z sezonu na sezon będzie rozwijał się coraz bardziej. Bo ma potencjał i ma szanse.

Leave a comment



Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia