I tak wszystko zmierza ku samotności – dwie twarze Victora Frankensteina

O tym, jak wymyśliła Frankensteina, Mary Shelley napisała przy okazji trzeciego wydania słynnej powieści. W serialu Dom grozy (2014–2016) młody Victor Frankenstein, grany przez Harry’ego Treadawaya, pojawia się jako asystent w kostnicy, gdzie dokonuje sekcji zwłok. Wciąż jest młody, zafascynowany życiem i śmiercią, mimo że swoje dzieło wzbudził z martwych już dawno. Kim jest serialowy Frankenstein? Jaki wpływ wywarło na nim jego własne odkrycie? Czy podąża tymi samymi ścieżkami, co blady student ze snu Mary Shelley?

„Jest tylko jedna rzecz warta naukowego wyjaśnienia: linia oddzielająca życie od śmierci.  Wszystko inne, od morskich głębin, aż po najwyższe szczyty, jest nieistotne. Życie i śmierć oraz mgnienie, które oddziela jedno od drugiego – szybsze niż skrzydło nietoperza, piękniejsze niż jakikolwiek sonet… To moje morze. To moja góra” – mówi ze łzami w oczach, patrząc na rozmówcę. Widz poznaje Victora jako człowieka pełnego pasji, odizolowanego od innych ludzi, niechętnego do współpracy z kimkolwiek. Cele innych go nie interesują, swój uznaje za jedyny właściwy. Swoją pracownię skrzętnie ukrywa, siebie samego – również. Analizując powyższy cytat, można dojść do wniosku, że jest on zupełnie spójny z wizerunkiem Frankensteina, który Shelley tworzy w powieści. I rzeczywiście: książkowy Victor miał w zwyczaju być ignorantem, gwałcić prawa natury i siebie stawiać w uprzywilejowanej pozycji człowieka, który może oszukać śmierć. Lecz był taki do momentu, w którym jego własne dzieło nie obróciło się przeciwko niemu. Jedno doświadczenie zaburzyło istotę, którą był dotychczas. W serialu natomiast Frankenstein kontynuuje eksperyment (pomimo stworzenia potwora), wciąż szukając doskonałości. Aby więc zrozumieć różnice pomiędzy jednym a drugim, trzeba pokrótce przeanalizować narrację zarówno powieści, jak i serialu.

Struktura narracyjna powieści podzielona jest na kilka części. Po pierwsze, czytelnik ma do czynienia z elementami powieści epistolarnej – wprowadzenie do opowieści oraz ekspozycja tematu przedstawione są za pomocą listów jednego z narratorów, Roberta Waltona, pisanych do siostry. Opowiada w nich historię uratowanego właśnie Victora. Bohater odgrywa tu bardzo ważną rolę – jest nie tylko jedyną widownią naukowca i jego historii, lecz także kimś bardzo podobnym do niego i w pewien sposób również do jego „potwora”. Walton jest czynnikiem łączącym główne postacie. Przerażony Frankenstein widzi ich podobieństwo i z całych sił chce mężczyznę przestrzec, aby nie szedł tą samą drogą co on w przeszłości. By nie oślepiła go żądza sławy, poczucie stworzenia do „wyższych celów”, aż wreszcie – próba ustawienia siebie w pozycji Boga. Victor Frankenstein jest drugim narratorem powieści, którego poznajemy jako strwożonego swym dziełem stwórcę. Dopiero wraz z upływem opowieści otrzymujemy wcześniejsze elementy układanki, a później – jej zakończenie. Można więc powiedzieć, że już na pierwszych stronach zostajemy wrzuceni w środek historii bohatera.

Nie inaczej jest w przypadku Domu grozy, lecz w serialu ma to inne znaczenie i przyjmuje odmienny bieg. Również wkraczamy w środek historii Victora, lecz tutaj nie wykracza ona poza mury Londynu. Frankenstein podobnie jak w oryginale stworzenie i ucieczkę „potwora” ma już za sobą, lecz niemal zdołał o nim zapomnieć, oddając się udoskonaleniu swojej profesji. Poznajemy go w momencie, gdy powołuje do życia swoje drugie dzieło – tym razem postanawia „potwora” usynowić i nauczyć go, niczym dziecko, wszystkich podstawowych czynności. Niespodziewanie jego pierwszy twór powraca, pragnąc zemsty. Bohater jednak nie cofa się, nie wykorzystuje też minionych doświadczeń, aby porzucić chęć władzy nad życiem i śmiercią – wręcz przeciwnie. Przywołany na początku cytat serialowego Victora mężczyzna wypowiada na długo po tym, jak jego pierwsza próba oszukania śmierci nie skończyła się takim sukcesem, jaki zaplanował. Mówi je w czasie, w którym bohater książkowy ulega załamaniu, gdy potwór morduje mu żonę. Nieudane dzieło, które pierwotnego Victora wpędza na dno, w Victorze z Domu grozy wzbudza jeszcze większe pragnienie doskonałości i prowadzi go do podjęcia kolejnych prób, z których każda ma zbliżać go do sukcesu.

Nie można oczywiście zapomnieć, że postać Frankensteina zmieniała się bardzo dynamicznie, wraz ze zmianami, które zachodziły w życiu jego autorki. Mary Shelley żyła ze swym bohaterem w pewnej symbiozie – tragiczne wydarzenia, których doświadczyła w ciągu swojego życia (została wdową w wieku dwudziestu pięciu lat, wcześniej straciła kolejno czwórkę dzieci), wpływały także na jego dynamiczne przemiany. Nieustannie powracała do wykreowanego przez siebie bohatera, ulepszając go i zmieniając. Stąd tak wiele wersji Frankensteina, które wspólnie tworzą wizerunek bardzo niejednoznaczny. Pierwszy Victor Frankenstein był pewnym siebie młodzieńcem, polegającym wyłącznie na własnych osądach, ostatni, a zarazem ten, którego znamy – cierpiętnikiem, bezwiednie poddanym okrutnemu losowi. Być może pewność serialowego Victora oparta jest na którejś ze wcześniejszych wersji powieści. 

Niezależnie od prawdy jedno jest pewne: postać Frankensteina uległa znacznemu przeniesieniu i została wykorzystana na nowo – na tyle jednak logicznie i spójnie, aby móc ją w pełni zaakceptować i wciąż utożsamiać z bladym studentem ze snu Mary Shelley. Zwłaszcza że i w Domu grozy dochodzi w pewnym momencie do uświadomienia błędów i próby odwrotu, tyle że z zupełnie innego powodu. Aby zrozumieć różnice pomiędzy przemianą bohatera książkowego i serialowego, należy najpierw zrozumieć różnice pomiędzy wspomnianymi już wielokrotnie „potworami”. Ujmuję to słowo w cudzysłów ze względu na jego niejednoznaczny charakter. Jak dowiadujemy się w powieści – potwór, o którym mowa, w rzeczywistości wcale nim nie był. Odrzucony przez stwórcę tylko na podstawie wyglądu, musiał zmierzyć się z nienawiścią i brakiem akceptacji ludzi, z odtrąceniem, samotnością oraz brakiem miłości. Negatywne emocje stały się źródłem jego agresji i następnie doprowadziły do okrutnych czynów, których się dopuścił.

Kwestią sporną pozostaje, czy mimo morderstw, jakich dokonał, można go nazwać potworem, czy jednak nie. To podlega jednak osobistej ocenie. Jeśli chodzi o Potwora z Domu grozy, rewelacyjnie wykreowanego przez Rory’ego Kinneara – jest podobnie. On również został odrzucony i wypędzony przez swojego twórcę, jakby nie patrzeć – ojca, który jako jedyny mógł pomóc mu w zrozumieniu otaczającego go świata. Odszedł więc, zdobył negatywne doświadczenia i zemścił się na ludziach, którzy go skrzywdzili. Lecz pomimo swojego bogatego charakteru i ogromnego znaczenia dla fabuły w przemianie Frankensteina nie bierze większego udziału. W przeciwieństwie do powieści, nie od niego owa przemiana zależy, nie jest jej powodem. To bohater z własną historią. Bogate w doświadczenia indywiduum, które wraz z kolejnymi odcinkami pozwala widzom zapomnieć o swoich powiązaniach z własnym twórcą.

Większej roli nie odgrywa też drugie dzieło Victora, o imieniu Proteus, choć daje bohaterowi poczucie odniesionego sukcesu i jest bliższy ideału niż jego poprzednik. Staje się też istotą, która utwierdza Frankensteina w przekonaniu, że ze swymi badaniami zmierza w dobrym kierunku. Upragnionym ideałem, posiadającym wszystkie ludzkie cechy, włącznie z pamięcią, tożsamością i charakterem, okazuje się jego trzecie dzieło, tym razem kobieta – Lily. I paradoksalnie to właśnie ideał powiedzie go ku zgubie, gdyż stanie się bezlitosną morderczynią i okrutnicą, której celem będą głównie mężczyźni. Nim zacznie realizować swój plan, zdąży zwieść samego Victora, rozkochać go w sobie, a następnie złamać mu serce. I dopiero nieodwzajemniona miłość do kobiety, której jest obojętny, wymusi na nim uniżenie i poddanie, do którego nie był skłonny. Uczucie zatrząśnie fundamentami jego tożsamości na tyle, że po serii brutalnych wydarzeń doprowadzi do uświadomienia, czym stało się jego dzieło i do czego doprowadziła niegasnąca obsesja. Frankenstein zostaje więc złamany nie przez szukającego zemsty „potwora”, któremu z trudem przyszło zrozumieć własną naturę i nauczyć się żyć od nowa, ale przez dzieło doskonałe, które od samego początku jego pomocy nie potrzebowało. Dzieło, które od początku skrywało swą zaradność i niezależność, a potem wykorzystało ją przeciwko własnemu twórcy i światu. Właśnie ona oraz jej okrutne działania stanowią punkt zwrotny w myśleniu Victora, który ulega ciężarowi winy i postanawia pokonać własny twór.

Wykorzystanie postaci Frankensteina w serialu Dom grozy w pełni czerpie z powieści Mary Shelley oraz jej przemian. Bardziej jednak wykorzystuje postać doktora, jego charakter, motywacje i obsesje niż rzeczywiste wydarzenia i wątki fabularne. W serialu bohater nie ma swojego alter ego, nie ma też widowni. Jego samotność i głęboki smutek są tu zdecydowanie zwielokrotnione i – co ważne – nie mają nic wspólnego z załamaniem po nieudanym eksperymencie. Victor jest szczególnym indywiduum, które nie potrafi dopasować się do otaczającego go społeczeństwa. Twórcy serialu sumiennie dają widzowi do zrozumienia, że dzieło Frankensteina, badanie „linii oddzielającej życie i śmierć” stanowi całe jego istnienie, nie pozostawiając miejsca na nic innego. W związku z taką narracją rodzi się pytanie: co będzie, gdy to wszystko runie?

W powieści Potwór oznajmia swojemu stwórcy, że zamierza popełnić samobójstwo, po czym znika. W serialu jedno dzieło Victora ginie, dwa odchodzą na zawsze. W obydwu przypadkach bohaterowie zostają z pustymi rękami – nie ma znaczenia, czy pośrodku zlodowaconego morza czy zatłoczonego Londynu. Życie poświęcili dziełu, które przepadło, zbierając ze sobą żniwo w postaci ich bliskich. I kiedy w ten sposób spojrzeć na Victora z powieści i Victoria z serialu – różnice między nimi zdają się nie mieć znaczenia.

Leave a comment



Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Czytaj pierwszy!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia