Czy prawdziwy Jude Law istnieje?

Czy prawdziwy Jude Law istnieje? DO  KOREKTY

W 1968 roku The Beatles wydało jeden ze swoich największych przebojów o tytule Hey Jude. Napisana przez Paula McCartneya piosenka miała być wyrazem współczucia dla syna rozwodzącego się wtedy Johna Lennona. Ponadto stała się inspiracją dla Margaret Anne i Petera Roberta Law, którzy ze względu na nią oraz powieść Thomasa Hardy’ego – Jude The Obscure postanowili nazwać swojego syna nie inaczej, jak właśnie Jude. Było to chwilę przed Nowym Rokiem – 29 grudnia 1972 roku, gdy znany dziś zarówno z kina jak i teatru aktor przyszedł na świat.

Aktor nieskategoryzowany
Dyskusja na temat kariery Jude Law nie jest łatwa. Przez nieco ponad dwadzieścia lat aktywności aktor zagrał w pięćdziesięciu filmach, prowadząc jednocześnie dynamiczną karierę teatralną, a przy tym nie pozwolił się skategoryzować. Grał w dramatach, filmach akcji, kryminałach, komediach romantycznych, biografiach, science-fiction i fantastyce. Przy takiej rozpiętości gatunkowej trudno o punkt zaczepienia czy metodologię, która okazałaby się przydatna w badaniu twórczości aktora. Zwłaszcza że podobnie jak filmy, różnorodne są również role, które w nich grał. Był nie tylko kochankiem Oscara Wilde’a, lecz także żołnierzem-dezerterem, niepełnosprawnym pływakiem, męską prostytutką, papieżem, a nawet pomocnikiem Sherlocka Holmesa. W tym samym czasie na deskach teatru mówił słowami Hamleta, Henryka V i doktora Faustusa. Zmieniając się niczym w kalejdoskopie, sprawnie umykał wszystkim możliwym emplois. Można nazwać Jude Law aktorem charakterystycznym, aby oszczędzić sobie prób jego rozszyfrowania, jednak odbyłoby się to ze szkodą dla fascynującej ewolucji artysty, którego sztuka zbudowana jest nie tylko na gwałtownych przemianach i skrajnościach, lecz także przymiotach, które pozostają niezmienne – jak na przykład zmysł obserwacji. Bo choć grani przez Law bohaterowie bywają oazami spokoju lub wulkanami energii, choć stoją w miejscu lub zajmują sobą cały plan, ledwie dosłyszalnie szepczą lub rzewnie płaczą, jedno robią zawsze – obserwują i widzą. Widzą często więcej, niż komukolwiek się wydaje. Inman (Wzgórze nadziei, 2003) nie ma słów, którymi chciałby się dzielić. Za to oczy stanowią główny organ komunikacji pomiędzy nim a jego ukochaną (Nicole Kidman). Pius XIII (Młody papież, 2016) jest z kolei wygadanym, pewnym siebie i cynicznym człowiekiem. Lecz nie musi rozmawiać z innymi, aby samą obserwacją zgadnąć, jakie są ich zamiary lub myśli.

Kariera aktorska
Początkom kariery Jude Law towarzyszyły w większości pozytywne opinie, choć bardzo często przywiązywano większą wagę do jego aparycji niźli sposobu gry. Jude uważany był za ładnego chłopca i tak chciano go widzieć. Będąc młodym-gniewnym sam z irytacją mówił: „Jak potrzeba kogoś ładnego, dzwońcie do Jude Law”, śmiał się też, że „prawdziwą sławę zdobył dopiero, gdy po raz pierwszy rozebrał się na ekranie”.  Po roli w Utalentowanym panu Ripley (1999) w Hollywood okrzyknięto go kolejnym symbolem seksu. Zjawisko sparodiował nieco Steven Spielberg, obstawiając Law w roli robota-prostytutki, przypominającego lalkę Kena (towarzysza Barbie) w filmie A. I. Sztuczna inteligencja (2001). Zapytany w jednym z wywiadów o to, czy aparycja pomogła mu w zdobywaniu ról, które chciał, odpowiedział: „To możliwe. Nigdy nie wiedziałem jak bardzo, ale myślę, że ocenianie na podstawie wyglądu jest czymś całkowicie naturalnym; podobnie, jak ocenianie na podstawie osiągnięć. To trochę, jak z kurą i jajkiem. Nikt nie wie, co było pierwsze.”.  Wraz z wiekiem Law zaczął otrzymywać coraz więcej ról, które zakładały manipulowanie jego wyglądem lub jego celowe oszpecenie, jak na przykład Dom Hemingway (2013), gdzie aktor zagrał pragnącego zemsty byłego więźnia. W ramach wywiadu związanego z premierą powiedział, że sam nigdy na swoim wyglądzie nie polegał i nie wierzył, że w budowaniu roli jest on pomocny. Z tego powodu nie miał problemu z groteskową charakteryzacją czy oszpeceniem.

W mediach bardzo często mówi się na temat aktorstwa metodycznego. Polega na przedsięwzięciu często drastycznych środków, aby w pewien sposób zespolić się z graną postacią i ma ono bardzo wielu kultywatorów. Wśród sztandarowych przykładów można wymienić Jareda Leto (Requiem dla snu czy Witaj w klubie), Heatha Ledgera (Mroczny Rycerz), Christiana Bale’a (Mechanik) czy Daniela Day-Lewisa (Moja lewa stopa czy Ostatni Mohikanin). Mówię o tym, ponieważ ostatni z wymienionych aktorów był tym, który zainspirował Jude Law do podjęcia kariery filmowej, o której nigdy wcześniej nie myślał. Choć wiele czasu spędził na uczeniu się nowych, przydatnych umiejętności, a raz nawet znacznie schudł na rzecz roli (Wróg u bram, 2001) sam nigdy aktorstwa metodycznego nie praktykował. Uczył się za to gry na saksofonie (na potrzeby Tajemniczego pana Ripley), baletu (A. I. Sztuczna Inteligencja), a także studiował zawzięcie aktorstwo Freda Astaire (Dom Hemingway). Sam mówi, że rolę dla pieniędzy przyjął tylko raz i jest to do tej pory jedyna, której nie lubi. Mowa o komedii romantycznej Melodie miłości z 1998 roku. Jest to o tyle ciekawe, że po raz kolejny pokazuje jego rozpiętość jako aktora – Law nie ma ról ulubionych ani typów, które chętniej wybiera. Z tego powodu dyskusja o jego aktorstwie staje się jeszcze trudniejsza.  

Czy istnieje prawdziwy Jude Law?
Niemniej w niniejszym artykule chcę ową dyskusję podjąć, analizując dwie filmowe role, które – choć zagrane w krótkim odstępie czasu – pokazują, jak różnorodnie Law podchodzi do postaci. Mam tu na myśli przełomowy w jego karierze występ w Utalentowanym panu Ripley oraz nieco późniejszy niekwestionowany sukces we Wzgórzu nadziei. Elementem łączącym oba filmy jest nie tylko Jude Law, lecz także ich reżyser – Anthony Minghella. Choć obydwu utworom chcę poświęcić zdecydowaną większość artykułu, pragnę także odwołać się pokrótce do innych dzieł, które pomogą mi w dojściu do wniosków końcowych – m.in. Grand Budapest Hotel Wesa Andersona, Geniusza Michaela Grandage’a oraz serialu Młody Papież w reżyserii Paolo Sorrentino.

Brytyjska reżyserka filmowa – Po-Chih Leong powiedziała: „Najlepsi aktorzy zawsze mają wokół siebie aurę tajemnicy. Ci nużący pokazują wszystko, jeśli zaś chodzi o Jude Law – nigdy nie pojawi się człowiek, który pozna jego prawdziwe oblicze”. Analizując wspomniane role, bazując na całej karierze aktora oraz szukając w kolejnych filmach cech wspólnych, chcę więc spróbować odpowiedzieć na postawione w tytule pytanie: czy prawdziwy Jude Law istnieje?

Utalentowany pan Ripley
Dickie Greenleaf uważa, że wszystko jest zabawne. Sprawia wrażenie lekkoducha, a beztroska jest pierwszym, co rzuca się w oczy, gdy widzimy go leżącego na plaży. Jest lekko umięśniony, opalony, włosy ma jasne, a ręce trzyma nonszalancko splecione pod głową. Nie sprawia wrażenia osoby sympatycznej, prędzej protekcjonalnej. Moment spotkania bohatera nie jest jednak zaskoczeniem – jego postać zostaje wprowadzona do filmu dużo wcześniej. Jest obecna w ustach jego rodziców oraz głównego bohatera, Toma Ripleya.

Utalentowany pan Ripley to produkcja z pogranicza dramatu oraz thrillera powstała w roku 1999. Film nominowany był zarówno do Oscara, jak i Złotych Globów w aż pięciu kategoriach, nie zdobył jednak żadnej statuetki. Fabuła opowiada historię utalentowanego muzyka, Toma Ripleya (Matt Damon), który ze względu na swoją niską pozycję społeczną nie ma szans, aby zostać docenionym pianistą. Udając byłego studenta prestiżowej uczelni poznaje bogate małżeństwo, które prosi go, aby za opłatą pojechał do Włoch i sprowadził ich syna. Po skończeniu studiów Dick zbuntował się i wyjechał tam w podróż. Jak można się domyślić, owego syna gra nie kto inny jak Jude Law, a jego postać towarzyszy widzowi jeszcze zanim zdołamy go ujrzeć. Ojciec Dickiego z nutą dumy opowiada o jego zapędach muzycznych, fascynacji jazzem czy umiejętności gry na saksofonie. Ze smutkiem jednak reaguje na ich rodzinne doświadczenia, chcąc, aby syn marnotrawny, który uciekł, by prowadzić hulaszczy tryb życia, wrócił. W narzuconej misji Tom Ripley widzi swoją szansę. Szansę wkroczenia w wysokie sfery i zdobycia uznania. Tak rozpoczyna się burzliwa historia znajomości głównego bohatera z Dickiem.

Jude Law, wypowiadając się na temat roli, stwierdził, że pierwszym i dosyć trudnym dlań zadaniem było przyswojenie sobie amerykańskich nawyków. Przez kilka miesięcy chodził na spotkania z trenerem głosu, aby wyćwiczyć amerykański akcent, nieco przybrał na wadze i wyrzeźbił sylwetkę, by budową ciała przypominać studenta z USA. Jak sam argumentował – w Ameryce wychowanie fizyczne jest dużo istotniejsze niż w Wielkiej Brytanii. Zrozumienie różnic między obydwiema nacjami i przyswojenie amerykańskiego stylu życia zajęło mu sporo czasu, lecz ostatecznie był zadowolony z efektów. Ciekawie wypowiadał się o współpracy z samym reżyserem. Zapytany za co uwielbia twórczość Anthony’ego odpowiedział, że głównie fascynuje go jej wielopoziomowość. Właśnie ona powodowała, że on jako aktor miał kontrolę nad wydarzeniami tylko na wybranych płaszczyznach – później to one przejmowały kontrolę nad nim, generując odruchy i emocje, których się nie spodziewał. W ten sposób zyskiwał autentyczność w działaniu. W postaci Dickiego doszukiwał się sensualności, pragnienia przeżycia życia w pełni – każdą komórką ciała oraz spontaniczności. Włochy, gdzie kręcono film, były według Law idealnym miejscem dla bohatera, którego grał – równie zmysłowym i pociągającym.

Tak więc Dicka po raz pierwszy widzimy na plaży, lecz jak wspomniałam wcześniej – znamy go już z opowieści. Jest beztroski, jego głos pobrzmiewa ironią. Wydawać by się mogło, że trudno o sympatię dla tego bohatera, lecz z drugiej strony budzi on zainteresowanie. Aktor operuje luźnym, szerokim gestem, tworząc bohatera otwartego i gadatliwego, lecz przy tym nonszalanckiego i dominującego. Pomimo silnego wrażenia jakie wywołuje, zdaje się być jednocześnie nieuchwytny. Law korzysta z pewnej nieobliczalności Dicka, gładko przechodząc od spokojnej, zrównoważonej postawy do gwałtowności wszelkiego rodzaju – czy to radości, czy złości. Trudno nie odnieść wrażenia, że aktor bawi się rolą, wykorzystując to, że jej charakter znosi wszelkie granice. W przeciągu kilkunastu minut na ekranie można zobaczyć Dicka z poczuciem wyższości, Dicka beztroskiego, Dicka zdenerwowanego, aż wreszcie Dicka radosnego. Każde z jego obliczy budzi inne emocje i sprawia, że trudno podjąć decyzję o sympatii dla bohatera. Tu można zadać pytanie o ewentualną grę, jaką prowadzi z widzem aktor. Bo być może to wszystko jest zabawą i ma nas tylko zwieść?

Greenleaf lubi dominować. Choć wraz z upływem historii częściej widać jego śmiech niż irytację, widać, że w pewnym stopniu sprawuje kontrolę nad każdym w swoim otoczeniu. I jest to kontrola świadoma – Dickie po prostu okręcił sobie wszystkich wokół palca. Swoją narzeczoną (Gwyneth Paltrow), kochanki oraz Toma. Przy jednej z okazji Marge mówi: „Z nim jest wyjątkowo – pięknie i niesamowicie. A potem zapomina o tobie i robi się bardzo zimno. Gdy zwraca na ciebie uwagę czujesz, jakbyś tylko ty był dla niego istotny. Dlatego wszyscy go kochają”. I tu pojawia się kolejny wątek; niewypowiedziany wprost, a jedynie zasugerowany. Otóż główny bohater, Tom, ma na punkcie swojego nowego przyjaciela obsesję, która ujawnia się w wyraźnym napięciu seksualnym, jakie towarzyszy ich wspólnym scenom. Szczególnie wyróżnia się tu moment gry w szachy podczas kąpieli, gdy Tom uważnie obserwuje detale w wyglądzie Dicka – jego dłonie, fragmenty twarzy, oczy czy tors. Greenleaf zdaje się nie reagować i mieć do znajomości zupełnie inne podejście. Jak brak zainteresowania rozgrywa Law? Tak, by postać nie traciła na swej beztrosce, wplata do niej elementy powagi. Na dosłownie sekundę rysy bohatera tężeją, gdy na pytanie o wspólną kąpiel odpowiada surowe, nieznoszące sprzeciwu „nie”. Po chwili jednak znów jest sobą; wesołym chłopakiem z poczuciem wyższości, który wie, że może wszystko.

Jude Law tworzy bohatera, któremu obce jest przywiązanie, który żyje chwilą i szybko nudzi się stałością. Jest w tym czysty egoizm, nie zaś zło, które kazałoby postaci nie lubić lub kategoryzować jako negatywną. Zwłaszcza że kryje się w nim wrażliwość, swego rodzaju poetyckie zacięcie, pragnienie rozmyślania na egzystencjalne tematy. Jest to jednocześnie postać, która wiele widzi i ma świadomość wpływu, jaki wywiera na innych. Zauważa wszystkie ukradkowe spojrzenia, zwraca uwagę na niby beztroskie ruchy, wiele analizuje, choć wcale tego nie pokazuje. To bohater spójny w swej sprzeczności; jednocześnie precyzyjnie zaplanowany i przemyślany, z drugiej zaś strony – zbudowany na spontaniczności i naturalnych reakcjach. Jego gwałtowność czy agresja pojawiają się tak szybko, jak znikają. Law operuje postacią w ten sposób, aby widz nie odczuwał przy niej bezpieczeństwa. Dickie ma być nieobliczalny. Widz z kolei ma nieustannie zgadywać, z kim ma do czynienia. Jedno wiadomo na pewno: nie jest to bohater pusty, nie jest to nawet bohater zepsuty. Jest to natomiast człowiek, któremu dano zdecydowanie zbyt mało czasu ekranowego, aby pozwolił się odkryć. Zresztą – tu rodzi się pytanie – czy gdyby owego czasu było więcej, Jude Law obnażyłby przed widzem kolejne cechy bohatera? Podejrzewam, że nie. Dickie Greenleaf ma być łatwy do skategoryzowania tylko pozornie. W głębi natomiast ma być niekończącą się tajemnicą, która w niespełna połowie filmu zatonie w morzu i nigdy nie zostanie zbadana.

Wzgórze nadziei
Zupełnie inną postacią okazuje się Inman – amerykański żołnierz, uczestnik wojny secesyjnej, a jednocześnie główny męski bohater filmu Wzgórze nadziei z roku 2003. Choć jest to film tego samego reżysera, co Utalentowany pan Ripley i również towarzyszy mu pewna aura nostalgii i pustki, jego bohaterowie są wręcz skrajnie różni od Toma, Dickiego i Marge. Zmieniają się również czasy. Widz zostaje przeniesiony do Ameryki drugiej połowy dziewiętnastego wieku na sam początek wojny secesyjnej. Wtedy też, w małej północnej miejscowości, robotnik Inman (Jude Law) poznaje nowo przybyłą córkę pastora – Adę (Nicole Kidman) i zakochuje się w niej od pierwszego wejrzenia. Para zostaje jednak rozdzielona przez wojnę, na którą mężczyzna chętnie wyrusza. Po trzech latach, gdy wojna nie zbliża się ku końcowi, podejmuje desperacką próbę powrotu do ukochanej pomimo wiszącej nad nim groźby śmierci (gdyż tak karani byli dezerterzy). Wyrusza w długą, samotną podróż, podczas gdy wykończona cierpieniem Ada powoli traci nadzieję, że kiedykolwiek go jeszcze zobaczy.

Inaczej niż w przypadku Utalentowanego pana Ripley, tym razem bohatera widzimy od początku, lecz nie rzuca się on w oczy. Przesiaduje w okopach otoczony innymi, tak samo ubranymi, żołnierzami. Gdy inni rozmawiają – on milczy. Wprowadzony zostaje bardzo subtelnie, Jude Law widocznie dba o to, aby jego bohater pozostał w cieniu.

Film zbudowany jest na przeplatance scen wojennych i retrospekcji Inmana oraz Ady – od momentu gdy spotkali się po raz pierwszy, aż do chwili, gdy widzieli się po raz ostatni. Każda kolejna retrospekcja pozwala widzowi zbliżyć się do postaci i zrozumieć ich aktualny stan oraz uczucia. W żadnej z nich nie ma nachalności, wszystkie zaś cechują się swego rodzaju wycofaniem. Tu napięcia nie buduje gwałtowność (jak w relacji Toma i Dickiego), a milczenie. Często długie, lekko nieznośne, czasem smutne. Poznaniu Inmana również towarzyszy cisza, a to dlatego, że jak mówią mieszkańcy miejscowości – jest to człowiek milczący, nieśmiały i nigdy nie odzywa się z własnej woli. Podobnie jak w przypadku poprzedniego filmu, tu również bohater zostaje wprowadzony przez innych. Choć lubiany i poważany, znany jest jako nieco dziwny. Bo jak można być tak cichym?

Jude Law nie chce zwracać na swojego bohatera uwagi. Wykonując powolne, wyważone ruchy tworzy wrażenie człowieka niedostępnego, zamkniętego na bodźce zewnętrzne. Spojrzenie ma nieśmiałe i nienachalne – ledwo je widać spod spuszczonej głowy. Otwarty na słuchanie, sam ciągle milczy. Nawet gdy budząca jego zainteresowanie Ada zaczyna z nim rozmawiać, on odpowiada partykułami. Sprawia wrażenie, jakby chciał powiedzieć lub zrobić więcej, lecz nie może.

Aktor buduje postać na fundamencie, jakim jest jej odrębność. Law czyni ją odciętą od reszty świata, w pewien sposób samotną i niezwracającą uwagi na otoczenie. Owa aura nieprzystawalności sprawia wrażenie, jakby Inman nie umiał odnaleźć się w otaczającym go świecie, jakby był gdzieś poza nim lub obok niego. To postać, której siłą jest zamyślenie oraz obserwacja. Niewysłowione przez nią uczucia pobłyskują czasem w oczach, lecz w większości przypadków pozostają w sferze domysłów. To, co Inman robi dobrze, to patrzy. Patrzy na ludzi, na widoki, na podarowaną mu trzy lata wcześniej książkę. Obserwuje otoczenie z uwagą i zapewne wyciąga wiele wniosków, lecz żadnego z nich nie wygłasza. Biorąc pod uwagę gatunek, jakim jest melodramat, widz mógłby doszukiwać się wzniosłości i wielkich słów – lecz one nie przychodzą, zastąpione kolejną porcją milczenia. Z drugiej strony milcząc, Jude Law kreuje napięcie, którego moment kumulacji pozostaje tajemnicą. Bohater nie jest bowiem przewidywalny; trudno powiedzieć, kiedy, i czy w ogóle, zrobi coś gwałtownego. Jest w nim jednak pewna niezręczność, która objawia się głównie na polu komunikacji. „Wystarczyłoby stać bez słów”, mówi, gdy pierwsza rozmowa z ukochaną wkracza na niebezpieczne tory wojny i walki. To, czego nie wypowiada słowami, nadrabia gestami. Ale i one mają w sobie subtelność godną Inmana.

Nie jest to jednak postać monotonna. Pod płaszczem wycofania widać pokłady cierpienia i traumę związaną z wojennymi doświadczeniami. Wychodzą one na jaw podczas rozmowy ze starszą, mieszkającą w lesie, kobietą. Choć trudno o gwałtowny wybuch emocji, pojedyncza łza spływająca po policzku jest wystarczająca, aby pokazać, jak wrażliwy jest to bohater. Law korzysta z nieśmiałości Inmana, w jego przedstawieniu operując minimalizmem. I to właśnie daje druzgocący efekt, który pomimo swojej małości wart jest więcej niż niejeden wybuch emocji.

To nie jest bohater szczęśliwy. Jest to natomiast bohater dążący ku szczęściu – zwłaszcza gdy wreszcie odnajduje cel, jakim jest powrót do ukochanej. Wtedy pojawia się w nim wola przetrwania i pragnienie życia. I gdy w końcu wraca po trzech latach nieobecności, nie ma wiele słów. Nie chce powiedzieć nic ponadto, co już mówił. Nie biegnie ku Adzie, pragnąc wziąć ją w ramiona i wyznać bezgraniczną miłość. Chce po prostu „stać bez słów”, jak robił to już wcześniej. W momentach tak oszczędnej emocjonalności i gry ważny jest każdy najmniejszy element, który może zdradzić zamiary bohatera. W tym wypadku Jude Law gra spojrzeniem, które raz będąc pełne zacięcia, nagle staje się spokojne, aż w końcu – w momencie śmierci bohatera – błogie, gdy Inman może szeptem wypowiedzieć ostatnie słowa: „wróciłem do ciebie”.

Cztery lata przerwy. Ten sam reżyser, podobna stylistyka, dwie skrajnie różne postacie, a przy tym – dwa zupełnie różne podejścia aktora. Od bohatera zbudowanego na gwałtowności i sile po wrażliwego, cichego i podatnego na bodźce samotnika. W obu przypadkach Jude Law buduje indywidua, lecz buduje je zupełnie innymi środkami, umiejętnie przemieszczając się między oszczędnością i minimalizmem, a emocjonalnością i dynamicznością. Analizując tylko te przykłady można by stwierdzić, że trudno zamknąć aktora w konkretnej kategorii, trudno go przyporządkować i omówić sposób, w jaki podchodzi do roli. Zdawać by się mogło – choć to nieco banalne – że Jude Law traktuje każdego z bohaterów indywidualnie, nie filtrując go przez własną wygodę, a przez wrażliwość samej postaci, którą idzie mu zagrać. Przykłady można znaleźć nie tylko w jego pierwszych próbach filmowych, do których należy m.in. Utalentowany pan Ripley czy w późniejszym Wzgórzu nadziei, lecz także w nowszych produkcjach z jego udziałem.  

Utalentowany aktor
Chociażby w filmie Wesa Andersona – Grand Budapest Hotel z roku 2014 można zobaczyć, jak sprawnie posługuje się karykaturą, jak hiperbolizuje rzeczywistość, z jak komediowym zacięciem potrafi rozegrać drugo- lub nawet trzecioplanową postać. W Geniuszu z roku 2017 jest z kolei uosobieniem gwałtowności. Grając amerykańskiego pisarza – Thomasa Wolfe, po raz kolejny tworzy aurę nieobliczalności. Tym razem jednak widz odbiera bohatera jako niezrównoważonego, działającego pod wpływem gwałtownych uniesień i emocji cały czas. Law jako Wolfe to wulkan energii – wulkan, który jest wiecznie aktywny lub nawet w fazie wybuchu. Ten wulkan całkowicie zmienia towarzyszące mu napięcia, gdy staje się z kolei Piusem XIII, głównym bohaterem serialu Paolo Sorrentino, Młody papież. Choć postać również można nazwać nieobliczalną, nie można jej nazwać gwałtowną. Choć budzi ona niepokój, niesie ze sobą niezdrową fascynację i poczucie świetności. Jest to kolejny bohater, przez którego zagranie Law umyka wszelkim schematom. Bo choć można szukać połączeń między papieżem a innymi rolami Jude, jest to znowu coś nowego, co jedynie może zawierać pewne nieznaczne elementy ról poprzednich. W serialu, podobnie jak w innych produkcjach, ważna okazuje się obserwacja. Tylko że podobnie jak w każdym innym filmie, ma ona zupełnie inne znaczenie i inne intencje. Bo choć bohater grany przez Law to kolejny bohater obserwujący, to wykorzystuje on swój zmysł do siania strachu i niepokoju, do świadomego i pełnego rządzenia innymi wokół siebie, co dodaje mu tylko aury okrucieństwa. A to wciąż tylko część różnorodności, jaką prezentuje sobą Law. Skrajnie różne są bowiem jego role w filmach przygodowych, romantycznych czy science fiction. Błyskotliwy i pełen humoru dr Watson (Sherlock Holmes), ciepły i czarujący Graham (Holiday) czy zabawny w swym okrucieństwie Vortigern (Król Artur: Legenda miecza) są tylko wierzchołkiem góry lodowej, jaką jest Jude Law-aktor.

Wspomniana wielokrotnie różnorodność czyni Law nieuchwytnym. Badając jego twórczość niemożliwym jest stworzyć schemat lub opisać zasadę, według której funkcjonuje jako aktor. Można po prostu stwierdzić, że przyjmuje role, które zostaną mu zaproponowane – ich mnogość i różnorodność właśnie to sugeruje. Lecz byłoby to krzywdzącym uproszczeniem. Zwłaszcza że choć zdarza mu się grywać w filmach, które okazują się porażkami, on sam umyka ogniowi krytyki, w większości przypadków zostając zapamiętanym jako ten, którego rola była na tyle charakterystyczna, aby jej nie zapomnieć. Zmienia się niczym kameleon, czerpiąc z tego niewątpliwą przyjemność. Bawi się bohaterami, z jednej strony chcąc zrozumieć istotę roli, z drugiej strony zostawiając sobie pole do improwizacji. To wszystko prowadzi do swobody i naturalności, jaką prezentuje w większości swych ról. I właśnie dlatego tak trudno odpowiedzieć na pytanie o istnienie „prawdziwego” Jude Law. Bo jeśli wspomniana swoboda i naturalność są wszędzie, w każdej postaci; bez znaczenia, czy jest to dr Watson, czy zwierzchnik Watykanu, to jak można rozpoznać autentyczność? Gdzie szukać „prawdy”? Którą z postaci uznać za jemu najbliższą? Jak dojść do sposobu, w jaki funkcjonuje jako aktor? Można zadać owe pytania i próbować uzyskać na nie odpowiedź. Można jednak – i to uważam za lepsze – zaakceptować nieuchwytność aktora. Nieuchwytność, która w pewien sposób drzemie także w jego bohaterach – często zbuntowanych, czasem nieakceptowanych, głośnych lub cichych, lecz zawsze innych niż cała reszta, budujących mur pomiędzy sobą a światem. Jude Law również istnieje za murem; na tyle niskim, abyśmy mogli go zobaczyć, lecz jednocześnie na tyle wysokim, aby pole widzenia było ograniczone. I kto wie, czy nie jest to najlepsze, co aktor może nam zaoferować.

Leave a comment



Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Czytaj pierwszy!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia