Kiedy leżysz w samym sercu morza…

Kiedy leżysz w samym sercu morza…

Nawet się nie obejrzałam, a już nadszedł upragniony urlop. Wyjechałam więc z pełną świadomością tego, że wreszcie poświęcę czas temu, co kocham i cenię najbardziej: czytaniu, książkom. I tak też się stało. Oddałam się książkom w pełni. Zasiadłam w przecudownych okolicznościach przyrody i chłonęłam je jak gąbka. Jedną z tych, które do końca życia będę kojarzyła z wakacjami i urlopem, była właśnie najnowsza powieść Jojo Moyes w polskim wydaniu – W samym sercu morza.

Tytuł: W samym sercu morza
Autor: Jojo Moyes
Wydawnictwo: Znak

Bestsellery

Powieść ta skradła moje serce nie tylko z powodu motywu podróży, który w książkach zwykle traktowany jest „po macoszemu” – wielu autorów uważa, że wystarczy wpleść ten wątek, aby ten zaczął żyć swoim życiem. Niestety nie. Już wspominałam, że nie miałam przyjemności czytać Moyes w oryginale. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że tłumaczenie nieco wypacza rzeczywisty przekaz opowieści, wierzę jednak, że dobre tłumaczenie to efekt dobrej książki (przynajmniej ci tłumacze, których znam i z którymi pracuję, tak powtarzają). Nie waham się zatem stwierdzić, że skoro tłumaczenie wciągnęło mnie w historię, z oryginałem byłoby nawet lepiej!

Motyw podróży u Moyes to zupełnie inna bajka. Ona wie, co chciałaby przekazać, i ubiera to w słowa. Jak? Pokazując nam to, co zamierza opisać. Sprawiając, że oczyma wyobraźni dostrzegamy wszystkie detale opowiadanej historii, co więcej: płyniemy przez tę opowieść niczym statkiem. 

Nie bez przyczyny użyłam słowa statek, większość historii opiera się bowiem na podróży okrętem (Victoria). Podróż ta ma jednak wymiar nie tylko fizyczny, ale – co istotniejsze – mentalny. A ten jest o wiele cenniejszy, gdyż obrazując uczucia i przemyślenia głównych bohaterów, obrazuje jednocześnie nasze myśli i emocje, które skrywamy głęboko w sobie, nie ujawniając ich innym.

Każdy rozdział to przedstawienie kolejnego dnia rejsu. Rozpoczyna się mottem, a kończy – zdaniem, które wręcz zmusza nas do przewrócenia kartki i kontynuowania lektury NATYCHMIAST. Przeczytanie tej książki wbrew pozorom nie zajęło mi dużo czasu, jednak nigdy nie jestem na tyle odważna, by pisać recenzję zaraz po zakończeniu. Potrzebuję co najmniej kilku dni, aby na spokojnie przemyśleć fabułę, połączyć wątki, zrozumieć postępowania bohaterów i wypełnić tzw. miejsca niedookreślenia (to termin literaturoznawczy, ale w skrócie chodzi o to, że żadna książka nie zawiera wszystkich informacji, a wizja, która powstaje w naszej głowie po lekturze jest wynikiem „domknięcia” pewnych furtek).

Tym, co dopełniło dzieła uczynienia mnie zachwyconą czytelniczką W samym sercu morza, jest również umieszczenie akcji w ściśle określonych ramach historycznych. Wojna dobiegła końca, a kobiety i dziewczęta, które poślubiły brytyjskich żołnierzy służących poza granicami kraju, wyruszają w podróż HMS Victoria (!).

Pozostałych składników fabuły nie zdradzę. Tym, którzy Jojo Moyes lubią i szanują, polecam; tym, którzy nie przepadają za jej twórczością, również – kto wie, może to TA jedyna?

Leave a comment



Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Czytaj pierwszy!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia